On już fika koziołki razem z Andrzejem u Pana Boga. Wspomnienia o Januszu Kondratiuku

Janusz Kondratiuk urodził się 19 września 1943 r. w Ak-Bułak na terenie ówczesnego ZSRS, obecnie Kazachstanu. W 1969 ukończył reżyserię na PWSTiF w Łodzi. Talent reżysera ujawniły wczesne fabularne filmy telewizyjne. Najgłośniejsze z nich to „Dziewczyny do wzięcia” z 1972 i „Czy jest tu panna na wydaniu?” z 1976, przy którym współautorem scenariusza był brat reżysera Andrzej. Bracia Kondratiukowie w latach 70. często byli postrzegani jako spółka autorska, a ich filmy oglądano, jakby wyszły spod jednej ręki. Twórcy stronili od skomplikowanych fabuł, ich ulubioną formą była stylizacja na dokument, stawianie na talent aktorów, ich naturalność i brak pozy. Swój ostatni film „Jak pies z kotem” Janusz Kondratiuk poświęcił pamięci swojego brata Andrzeja.

W rozmowie z Onetem twórcę wspominał Michał Kwieciński, producent ostatniego filmu Kondratiuka. – To był cudowny człowiek. Pozbawiony jakiejkolwiek zawiści, co w zawodach artystycznych jest rzadką cechą. Nigdy nie widziałem go w sytuacji plotkarskiej czy krytykującego innych. Rozumiał wszystko, był niesamowicie tolerancyjny. Może było to związane z jego smutnym dzieciństwem w Kazachstanie, spędzonym w samotności na stepach. Te przeżycia nigdy nie przeistoczyło się jednak w gorycz. Odwrotnie: był niesamowicie promienny, wesoły, oczywiście złośliwy, jak to człowiek inteligentny. Nigdy nie usłyszałem z jego ust czegoś apodyktycznie złośliwego. (…) – „Jak pies z kotem” to film, który z jednej strony go uskrzydlił, a z drugiej go poniekąd zabił. Choroba zaczęła się pod koniec zdjęć. Na pewno był bardzo szczęśliwy, że rozliczył się ze swoim dzieciństwem, bratem, ze swoim życiem. Z drugiej strony pod koniec pracy zaczął się źle czuć. Nie przyznawał się do choroby. Przyjaźniąc się z nim bardzo długo, nie miałem pojęcia, że to rak. Być może poprosił najbliższych, by utrzymali to w tajemnicy. Nigdy nie obciążał nikogo tą wiedzą. Dowiedziałem się o tym dopiero kilka tygodni temu, gdy sam zechciał mi o tym powiedzieć. Wnosił do każdego dnia ogromne ilości humoru i wiary, że życie jest piękne – dodał Kwieciński.

O odchodzeniu starszego brata – wybitnego reżysera Andrzeja Kondratiuka – co stanowiło inspirację do ostatniego filmu, Janusz Kondratiuk mówił w rozmowie z Onetem. „Przez niemal całe nasze życie trzymaliśmy się z Andrzejem na bezpieczny dystans. Ale w ostatnich kilkunastu miesiącach musiałem poświęcić mu dużo więcej uwagi niż do tej pory. Ten ostatni rok jego życia spędziliśmy wspólnie. Zamieszkał ze mną i moją żoną w naszym domu. Wspólnie opiekowaliśmy się Andrzejem. Obserwowałem, jak niszczy go choroba oraz jak ta sytuacja wpływa na mnie, zmienia mnie, jak zmienia relację między mną i moją żoną. Postanowiłem to wszystko zapisać. Wiernie. Nie zmieniając ani jednego słowa, ani jednej sytuacji, której byłem świadkiem” – opisywał reżyser.

Braci Kondratiuków w filmie zagrali Robert Więckiewicz (jako Janusz) i Olgierd Łukaszewicz w roli Andrzeja. W rozmowie z Onetem Łukaszewicz wspominał pracę nad tak niezwykłym, wiwisekcyjnym filmie. – Ten film to jego spowiedź, walka z samym sobą. Z wyobrażeniem o miłości braci, którzy żyli „jak pies z kotem”. Nazywałem go poetą zwykłości. Uzasadniałem to tym, że opowiadał mi o poetach, z którymi się przyjaźnił, jak Stanisław Grochowiak czy Ireneusz Iredyński. Było to pokolenie twórców, którzy deklarowali podniesienie zwykłości do poetyckiej rangi. On robił to w swoich filmach. Tworzył syntetyczne sceny przy tekście, który mógłby wydawać się prosty, tak że unosiły poezję tego filmu – podkreślił Łukaszewicz. – Pamiętam kręcenie jednej ze scen w „Jak pies z kotem”, kiedy brat podnosi mnie, jako chorego Andrzeja, z łóżka, chce mu pomóc. A ten, zwisając w jego ramionach i czując bliskość twarzy brata mówi do niego: nie chuchaj, k**** na mnie. Ta kwestia wpadła mu do głowy tuż przed kręceniem dubla. Nie było jej w scenariuszu. Mówił, że robi filmy o tym, na czym się zna. A zna się, bo to przeżył. Nie był to wymyślony film, skreślony pod tezę literacką czy poetycką. Był to rodzaj pamiętnika – tłumaczył. – Przychodził na plan, wygłaszał uwagi, bardzo zawodowo i konkretnie. Potem odchodził do pokoju, gdzie był sam na sam z monitorem. Wiedzieliśmy, że tam przeżywa i wzrusza się. Sam potem o tym opowiadał. Dla nas to było niezwykłe przeżycie. Mówił mi, że przez własną chorobę jeszcze lepiej zrozumiał chorobę, z powodu której cierpiał jego brat – dodał aktor.

– Cieszę się, że razem pracowaliśmy, że byliśmy wobec siebie szczerzy, profesjonalni a często zwariowani, jak chłopcy. Pracowaliśmy w przyjaźni, a jednocześnie i z pokorą, i z swobodą. Choroba Janusza wybuchła ostatniego dnia montażu jego bardzo osobistego filmu JAK PIES Z KOTEM. Ten film kończy scena, gdzie Janusz wraz ze swoim bratem Andrzejem lecą samolotem. Kiedy skończyłem montaż tej sceny i obejrzałem ją w montażowni wzruszyłem się jak dziecko. Była w tej scenie magia i symboliczny realizm, oraz jeszcze większy ładunek absurdu, niż w innych scenach filmu. Ale Janusz zaprotestował, kiedy zobaczył tę scenę. „Jak to – mówił, to przecież Andrzej umiera, nie ja! Dlaczego ja siedzę w tym samolocie, który leci do nieba? Ja przecież żyję i nie mogę razem z nim siedzieć.” Protestował, bo kurczowo trzymał się życia, bo może czuł coś, czego my, jego przyjaciele i widzowie jeszcze nie wiedzieliśmy. I wiem, że się bał, że miał plany, że chciał więcej i mocniej. Troszkę spłyciliśmy obecność ekranowego Janusza (Robert Więckiewicz) w tej scenie. Januszowi wytłumaczyłem również, że jego tak naprawdę nie ma w tym samolocie, że on Andrzeja (Olgierd Łukaszewicz) tylko odprowadza, tak jak odprowadzał go przez cały okres choroby. Ta interpretacja do niego dotarła, podobała Mu się. Ale właśnie nadszedł czas, że Janusz wsiadł do tego samolotu i poleciał z Andrzejem tam, dokąd dolecimy wszyscy. On już fika koziołki razem z Andrzejem u Pana Boga – napisał we wpisie na Facebooku Marcin Kot Bastkowski, montażysta filmowy.

Jako reżyser dostrzegał to, co innym raczej umykało. Przeciętność do kwadratu zyskująca status unikatowości.  Wszystkie jego dziewczyny (i chłopcy) do wzięcia, miały może nieładną cerę, nosiły grube wełniane czapki, ale żyły, oddychały pełną piersią, nadużywały życia dopóki się dało.  Humor w filmach Kondratiuka był dowcipem z najwyższej półki. New Yorker i Szpilki w jednym. Ale w tym śmiechu, w bon motach i dowcipach, krył się przecież krzyk rozpaczy. O tę cerę, te czapki, i to życie. Trzeba je obśmiać – po to, żeby nie umrzeć. Ze smutku, nie ze śmiechu – napisał w mediach społecznościowych krytyk filmowy Łukasz Maciejewski.

W książce Piotra Czerkawskiego „Drżące kadry” Kondratiuk opowiadał:  „(…) Przeżyłem dwie sepsy i śmierć kliniczną. Miałem wtedy niesamowite wizje. Na przykład porozmawiałem sobie z Panem Bogiem i Jego rodziną. (…) Powiedział, że on to wszystko, cały nasz świat, stworzył z nudów, bo siedział sam w kosmosie i nie miał co robić, więc wymyślił sobie Ziemię i człowieka, przed którym postawił jeden cel – ma się śmiać i fikać koziołki. Cała reszta, według Boga z mojej wizji, jest nieważna”. Reżyser odszedł w poniedziałek, 7 października.

źródło PAP, Onet, Facebook
zdjęcie główne Maciej Kosycarz
zdjęcie w tekście East News

1

„Pan T.” najlepszym polskim filmem na Festiwalu Camerimage

Polska oczami Pałacu Kultury – debata w Teatrze Żydowskim