„Macho. Instrukcja obsługi” – fragment książki

Artur Górski: Czyli macho jest silny siłą innych? Sam preferuje bezpieczne miejsce na trybunach albo wręcz na kanapie przed telewizorem?

Andrzej Gryżewski: Patrząc na wielu moich pacjentów, w ogóle byś nie pomyślał, że mogą mieć cokolwiek wspólnego ze sportami walki, że pociąga ich widok dwóch naparzających się gości. A jednak pozory mylą. Dla aspirujących macho oglądanie spektakli w stylu KSW to trochę jak wejście do mafijnych struktur, przeniknięcie do hermetycznego świata, o którym inni nawet boją się pomyśleć. Na ringu są sami twardzi faceci, a ci, którzy ich podziwiają, to ta sama kategoria, tylko odmiana odrobinę inna. Ostatecznie żeby oglądać KSW, też trzeba się zdobyć na wysiłek, bo programy dostępne w ofercie pay-per-view trochę kosztują.

Nie chcę być jednak niesprawiedliwy. Część moich pacjentów trenuje sporty walki, choć raczej amatorsko, tak na zasadzie dwóch godzin w tygodniu.

Artur Górski: Boks bezpieczny, bez bicia po twarzy, bardziej „tarczowanie” niż rzeczywiste sparingi?

Andrzej Gryżewski: To prawda, ale nawet owa amatorka daje im posmak prawdziwego ringu. Większość z tych, którzy pojawiają się na treningach, to nie herosi w stylu KSW, a raczej tatuśkowie z dużymi brzuchami i niezbyt potężnymi ramionami. W ten sposób podłączają się pod grupy siły. No, ale zdarzają się też tacy, którzy wyglądają naprawdę imponująco. Nie można generalizować.

Artur Górski: Ty, jako naukowiec, nie możesz. Ja, jako amatorski obserwator świata, mogę. Czyli do sportów walki lgną faceci z różnych środowisk?

Andrzej Gryżewski: Dokładnie, tak samo zresztą jak do strzelania. Część moich pacjentów czy znajomych, którzy opanowali sztukę posługiwania się bronią, to goście wywodzący się z półświatka. W ich przypadku skłonność do strzelania wydaje się jakby naturalna. Ale są też tacy, którzy już na pierwszy rzut oka zdradzają swoje korporacyjne pochodzenie, na co dzień delektują się fast foodami i żyją w nieustającej strefie bezpieczeństwa. Ale chcąc odreagować ten poukładany świat, pędzą raz w tygodniu na strzelnicę, biorą spluwę do ręki i walą pełną serię pestek w wyimaginowanego wroga. To taka ich wisienka na torcie, choć zupełnie niekomponująca się z całością.

Artur Górski: Macho generalnie mają kłopoty z konsekwencją budowania wizerunku. Często spotykam na ulicy wytatuowanych brodaczy w stylu drwali, którzy wyprowadzają na spacer miniaturowe pudelki czy yorki. Dawni gangsterzy pojawiali się na mieście z pitbullami czy amstaffami, a teraz jakoś obyczaje uległy złagodzeniu.

Andrzej Gryżewski: Może to są yorki ich partnerek?

Artur Górski: Podejrzewam, że pieski są wspólne. Jego też. Macho dawnego chowu nigdy by się nie pojawił wśród ludzi z bielutkim jazgoczącym yorczkiem. W czasach, kiedy amstaffy nie były jeszcze popularne, paradował z wilczurem. Ale nie z ratlerkiem.

Andrzej Gryżewski: Bo w ogóle teraz istnieje taka kategoria jak macho z ludzką twarzą. Czyli przypakowany, wytatuowany, z futerałem na broń, ale… w różowym sweterku. Żeby ten element garderoby rozbijał pewien ponury i groźny monolit. A ten mały biały piesek to taki sygnał: „Patrzcie, choć wyglądam na zbira, potrafię otoczyć opieką takie słodkie maleństwo”.

A wracając do sportów walki. Ci, którzy oglądają KSW czy jakieś inne MMA, to często farbowane lisy. Pragną utożsamić się z pewną formacją, ale nie zrobią tego, co zrozumiałe, w stu procentach. To w znacznym stopniu ta sama bajka, co kibice zasiadający na trybunach dla ultrasów – są częścią pewnej grupy, która kojarzy się z siłą, charakterem, brakiem pobłażania dla słabości i inności. Wielu z tych, którzy zasilają szeregi najzagorzalszych fanów i wręcz biorą udział w wielkiej świętej wojnie klubów, to faceci, którzy na co dzień grzecznie składają prezesowi raporty i noszą za nim teczkę. Jeśli widziałeś film Vice z Christianem Bale’em, to rozumiesz, o co chodzi.

Artur Górski: Idą na mecz, żeby nawdychać się testosteronu, którego im brak w korporacji?

Andrzej Gryżewski: Na trybunach, czy to KSW, czy meczów piłkarskich, kumuluje się męska energia, przybierająca czasami psychopatyczne formy. Trzeba wiedzieć, w którym momencie odpuścić, żeby nie popłynąć za daleko. Ostatecznie farbowane lisy wcale nie chcą stać się ultrasami, a tylko raz na jakiś czas ich poudawać. No, ale nie możesz zniknąć z trybun na długo, bo wypadniesz z obiegu i twoi kumple przestaną cię traktować poważnie. A powrót do ferajny bywa trudny.

Reasumując: ci, którzy sami uprawiają sport, lepiej nadają się do roli macho. Ci, którzy tylko go oglądają, pozostaną na pozycjach aspirujących.

Artur Górski: A to wspomniane uwielbienie dla krwawych sportów. Jak bardzo działa na kobiety?

Andrzej Gryżewski: Na niektóre kobiety bardzo. Jeśli pani szuka macho, to na pewno jej się spodoba ta pasja.

Mam pacjenta, który chciał zaimponować pewnej atrakcyjnej kobiecie. Wykupił pay-per-view, żeby obejrzeć sobie galę KSW. Oczywiście nie omieszkał jej o tym poinformować, dodając, że najchętniej pojechałby na tę imprezę, no, ale z braku czasu nie może. Bo on tym żyje, to dla niego ważne, KSW to według niego prawda, a nie jakieś cukierkowe naśladownictwo egzystencji. Zapewnił też, że ogląda sporty walki od wielu lat, podczas gdy w rzeczywistości miał to być jego pierwszy raz. No, ale zaimponował jej tym, co przełożyło się na udane pożycie seksualne. Po zbliżeniu ona mu powiedziała, że to KSW było dla niej takie męskie, że prawie czuła zapach piżma w powietrzu.

Artur Górski: Czyli niektóre panie kręcą teoretycy mieszanych sztuk walki? A co powiesz o motoryzacyjnych pasjach macho? W sumie niemal w każdym rozdziale pojawiają się piękne fury naszych bohaterów. Pytanie, czy to pasja, czy po prostu konieczność.

Andrzej Gryżewski: W tym miejscu skupiłbym się na… dźwięku. Otóż typowy samiec alfa nie może jeździć furą z małolitrażowym oszczędnym silnikiem, którego prawie nie słychać. Nawet jeśli naszego macho nie stać na nowe maserati czy audi R8, jego przechodzona mazda czy opel muszą wydawać z siebie sportowe pomruki. Rzecz jasna, nie jest to dźwięk fabryczny, ale osiągnięty metodą podrasowania układu wydechowego.

Obaj spotykamy koło naszej żoliborskiej siłowni takich facetów, którzy wycinają tłumik, żeby bardziej było ich słychać. Jak jeszcze dorzuci się z tyłu spojlerek i zainwestuje w alufelgi o dużej średnicy, to można mieć poczucie, że wkracza się w świat właścicieli superbolidów. No, ale tak naprawdę to są bolidy raczej aspirujących samców alfa, spotykanych z reguły w nieco mniejszych miejscowościach.

Artur Górski: Albo w metropoliach, gdy przyjeżdżają na występy gościnne.

Andrzej Gryżewski: Tak. Ci natomiast, których stać na leasing luksusowych samochodów, nie oszczędzają. Biorą sportowe auta z najwyższej półki, i to w najdroższych wersjach. No bo jak już kupuję porsche, to musi być porsche stuprocentowe, a nie namiastka.

Ale jako że o samochodach twardzieli mówiliśmy wielokrotnie, chciałbym zwrócić uwagę na dość specyficzną grupę wielbicieli motoryzacji, jaką są użytkownicy motocykli.

Artur Górski: Skoro przechodzimy do motocykli, to trzeba pamiętać, że kierowcy ścigaczy to zupełnie inna kategoria niż harleyowcy.

Andrzej Gryżewski: Mnie chodzi głównie o tych pierwszych, o desperados na superszybkich ścigaczach. Wprawdzie większość z nich dysponuje także samochodami, nierzadko z wysokiej półki, ale najważniejszy jest ścigacz i to, co można na nim przeżyć. Albo i nie przeżyć. Bo z moich mniej więcej sześćdziesięciu pacjentów, którzy szaleli na tego typu motorach, nie żyje już co najmniej trzydziestu. To bardzo ponure memento, ale niestety prawdziwe. Jeśli mam pacjenta z tej kategorii, a po dwóch, trzech sesjach facet nagle znika i nie pojawia się przez kolejne tygodnie, to zaczynam się obawiać o jego życie. A potem dostaję wiadomość, że terapia została zakończona z powodów naturalnych. Jako że środowisko zapalonych kierowców ścigaczy jest stosunkowo niewielkie i wszyscy o wszystkich wiedzą, inni moi pacjenci poruszający się na motorach przynoszą mi w końcu tragiczną wiadomość.

Artur Górski: Grupa wyjątkowo wysokiego ryzyka?

Andrzej Gryżewski: Oj tak! To faceci o bardzo wysokim poziomie testosteronu, którzy czują przymus, by każdego dnia przekraczać barierę zdrowego rozsądku i szukać coraz to nowych wrażeń. Zresztą nie tylko na motorach. Oni bardzo chętnie sięgają po narkotyki, a ich standardem jest chemsex, czyli ostre współżycie pod wpływem kokainy, mefedronu czy innych dopalaczy. Nie chcę generalizować, ale większość moich pacjentów z tej grupy pojawia się na terapiach nieregularnie. Niby chcą poprawić swoje życie, ale ze wskazaniem na „niby”. Kiedy przychodzą, często są poobijani, posiniaczeni, zabandażowani, nieraz jedną nogą pod wpływem psychostymulantów. Ale mam wrażenie, że są dumni z tych sińców – ostatecznie nie spadli z krzesła, zmieniając żarówkę, ale kusili śmierć, pędząc na jednym kole po autostradzie. Ich zapotrzebowanie na adrenalinę jest zdecydowanie ponadnormatywne, a balansowanie na granicy świata żywych i umarłych stanowi dla nich sens istnienia. Prawdopodobieństwo, że zginą na drodze albo że popełnią samobójstwo, jest niezwykle wysokie, a terapia takich osób trudna i żmudna.

Artur Górski: Takie podejście do życia podoba się kobietom?

Andrzej Gryżewski: Naturalnie. Desperaci na wspaniałych motocyklach mają sporą grupę wielbicielek. Mam pacjenta, który zawsze spóźnia się na terapię. I niemal zawsze słyszę tę samą śpiewkę: „Panie doktorze, nie mogłem się oprzeć. Stałem na światłach i zobaczyłem piękną dziewczynę, która wręcz prowokowała mnie wzrokiem. Spodobałem się jej, co do tego nie było wątpliwości. Podniosłem szybę kasku, złapaliśmy kontakt wzrokowy. Grzech się nie spotkać. Człowiek jest w stanie odmówić wszystkiemu oprócz pokusy”.

źródło materiały praoswe

1