Krzysztof Zanussi: Mówię to, w co sam wierzę

Niedawno zakończył Pan pracę nad „Eterem”. Film wkrótce wejdzie do kin, pokazywany będzie na festiwalach filmowych. Jest Pan z tego dzieła zadowolony?

Cechą artysty jest, że nigdy nie jest zadowolony. Gdyby tak było, zakończyłby swoją twórczość. Ja takiego zamiaru nie mam. Zawsze chcę powiedzieć coś więcej, coś innego. To, co robię zawsze trochę mnie dziwi, ale też trochę rozczarowuje i zawodzi. Każdy film zrobiłem najlepiej jak umiałem. Z „Eterem” nie mam poczucia klęski, czyli to już całkiem dobrze. Resztę niech osądzą ci, do których poprzez sztukę się zwracam i wśród których chcę zaistnieć. Nie jestem sędzią swojego utworu. Przecież nikt nigdy nie trudzi się po to, by zrobić coś dla własnej przyjemności. A nawet jeśli jestem trochę zadowolony, to nie dość. Dlatego już piszę kolejny scenariusz.

Gdy widzowie i krytycy cenią Pana twórczość, wtedy czuje się Pan lepiej?

Mało tego. Ja o to zabiegam. Ale tutaj też można się zawieść, bo czasem ludzie cenią nie za to, na czym mnie najbardziej zależało. A ważne jest, żeby utwór, nie tyle zapadł w pamięć, co w duszę. Chcę, żeby dzięki mnie inni poznali postaci, problemy i sytuacje, z którymi inaczej by się zetknąć nie mogli. Chcę im przedstawiać coś, co jest rzeczą wartościową. Film jest pośrednikiem między światem, który sam próbuję przeniknąć a odbiorcą, któremu ten świat przedstawiam. Sztuka to rodzaj komunikacji.

Jaką misję jako reżyser, ma Pan do spełnienia?

My, artyści, próbujemy ten świat poprawiać, ratować przed zagładą. Kultura jest czymś do czego żeśmy się z mozołem wnieśli, ale co możemy z powrotem utracić i wrócić do barbarzyństwa. Tak więc sztuka jest elementem procesu, w którym próbujemy ratować świat.

„Eter” to film o dobru, złu, nauce, pożądaniu władzy…

Niezwykle cenię magiczną moc sztuki, która przekazuje rzeczy nie dające się ująć w słowa. Motywem, który podjąłem w tej opowieści jest motyw nauki, która przerodziła się w scjentyzm. Jestem racjonalistą i wierzę, że świat zbudowany jest racjonalnie. Nie oznacza to jednak, że nauka jest jedynym narzędziem poznania. „Eter” to historia Fausta, który udaje Prometeusza. Tak mój film ocenił jeden z publicystów. Podoba mi się to określenie i żałuję, że sam tego nie wymyśliłem, bo bardzo jest ono bliskie temu, o czym myślałem.

Pan ma głęboką potrzebę, by w swoich dziełach poruszać się na płaszczyznach dobra i zła.

Jako członek najszerszej ludzkiej wspólnoty, potrzebuję wiary w sens i porządek świata. W chaosie przecież żyć nie warto. Chcę się przed tym uchronić i trwam w nadziei, że życie ma sens.

Wraca Pan czasem do swoich poprzednich dzieł?

Zawsze mam wrażenie, że robię coś nowego. Potem jednak okazuje się, że jest to przedłużenie tego, o co już kiedyś się otarłem. Często mówi się, że poważny powieściopisarz całe życie pisze jedną książkę, poważny reżyser całe życie robi jeden film, tylko na różne sposoby. Jest w tym prawda. Człowiek przecież ograniczony jest kręgiem swoich zainteresowań, doświadczeń, swojego talentu. Są dziedziny, nie moje i obce, w które nigdy się nie wdawałem. Natomiast w kręgu, w którym się poruszam, mam nadzieję, że nie stoję w miejscu.

Główny bohater „Eteru” – lekarz, zawiera w sobie Pańskie lęki, obawy, pragnienia?

Nie uciekam od tego utożsamienia, gdyż autor zawsze jest we wszystkich swoich dziełach. Opowiadam o ludziach, których rozterki mnie obchodzą. To nie jestem ja, ale filmy robię o sprawach mi bliskich.

Ten lekarz jest niebezpieczny, prawda?

Bardzo niebezpieczny. Dla świata i dla siebie. Tak jak nauka jest niebezpieczna w momencie, kiedy przestaje służyć prawdzie, a zaczyna być narzędziem władzy nad ludźmi. Wątek ten, kiedy nauka daje się użyć do celów innych niż tych, do których jest powołana, obecny jest w filmie.

O bohaterze powiedział Pan, że jest wewnętrznie dobry, ale zafascynowany złem.

Ocenę bohatera, teraz kiedy już niewiele czasu pozostało do premiery, pozostawiam widzom. O nikim nigdy nie chcę mówić, że jest ostatecznie zły, ale nie ulegam też sformułowaniu, że zło jest banalne. To zbyt proste wyjaśnienie. Uważam, że zło jest dynamiczną siłą… A na ile widzowie się z moją wizją i teorią zgadzają, zobaczę, kiedy film trafi do kin.

Pana twórczość nierzadko wywołuje dyskusję i wzburza emocje. Zadaniem sztuki jest prowokacja?

Nie powiem, żeby wpisane to było w jakiś mój program. W mass mediach, owszem, zwycięża skandal i prowokacja. Natomiast jeżeli coś co mówię nie jest dla wszystkich oczywiste lub jest w sprzeczności z ogólnie przyjętym mniemaniem, wtedy spełniam swoją rolę artysty. Otwieram dialog, ale mówię to, w co sam wierzę. Głupią jest postawa skandalistów, którzy mówią tylko po to, by rozległ się wrzask. To nie mój zwyczaj.

Oczekuje Pan, że „Eter” uderzy w czuły punkt współczesnego człowieka?

Proszę Pani, ja wszystkiego oczekuję i nic nie wiem.

Film, za chwilę, powalczy w Gdyni o Złote Lwy. Festiwal ten ma dla Pana szczególną wartość?

Nie jestem wielkim entuzjastą tego wydarzenia. Jest to Festiwal urzędowy, a nawet rządowy. W budżecie mojego filmu znalazły się pieniądze publiczne, a zatem zobowiązany jestem w Gdyni być. Mój poprzedni film, który uważam za jeden z ważniejszych utworów, nie został do tego Festiwalu dopuszczony, a zatem siłą rzeczy nie mam do tej imprezy stosunku wdzięczności. Natomiast wiem doskonale, że każdy festiwal ma swój profil. Ten, zapisaną ma w tradycji taką niezręczność, że kolegów sądzą koledzy. Nie jest to najbardziej obiektywny sposób osądu. Ale „Eter” pokazywany będzie również na Warszawskim Festiwalu Filmowym, czyli Festiwalu klasy A, który bardzo szanuję. Zaproszony jestem również z filmem za granicę. Dopiero suma tych wydarzeń pokaże, jak utwór funkcjonuje i jak jest odbierany w różnych kręgach.

Kilka lat temu, powiedział Pan, że chyba nadszedł już czas, aby Pan sam spróbował być mistrzem. Udaje się ten zamiar realizować?

Nie wiem co mi wtedy do głowy przyszło! Mistrzostwo to termin wyniesiony z rzemiosła. Byłem zaszczycony, gdy kiedyś Dolnośląska Izba Rzemieślnicza nagrodziła mnie właśnie jako rzemieślnika. Dziś, termin ten zastosowanie ma wyłącznie w pedagogice. Relacja mistrzowska polega na tym, że doświadczony człowiek przekazuje coś młodszym i mniej doświadczonym. Oczywiście, do tego się poczuwam. Chociaż nie oczekuję, że inni postępowali będą tak jak im radzę. Ale daję opcję wyboru i możliwość dowiedzenia się jak patrzy na to ktoś, kto dłużej stąpa po tym świecie. No bo któż inny, jak nie człowiek doświadczony, powiedzieć może, że nie warto być modnym, bo to co modne najszybciej przemija? Lepiej pozostać wiernym sobie, nie modzie.

To prawda, że dziś jest trudniej żyć niż kiedyś?

Nie ma sensu przykładać miary innych czasów do tych, w których żyję teraz. To nieporównywalne. Oczywiście, że rozróżnienie dobra i zła, w czarno białym świecie, który istniał za komuny, było łatwiejsze niż dzisiaj. Teraz te barwy są zmieszane i większa niż kiedykolwiek jest możliwość wyboru. Co również nie ułatwia życia. Kiedy nie ma wyboru, nie ma rozterki. Dzisiaj, kiedy można tyle różnych dróg w życiu przemierzać, wskazanym jest sięgać do źródeł, by zorientować się co warto, a czego nie warto. Czyli paradoksalnie jest trudniej, bo jest łatwiej.

Pan lubi ten dzisiejszy świat?

Chcę dokonywać wyboru tego, co dobre. Lubię łatwość i dostępność środków, mobilność, cieszę się, że mam możliwość dotarcia w różne zakątki świata nawet kilka razy w tygodniu, że mogę kontaktować się z ludźmi bez ograniczeń. Ale są w dzisiejszej rzeczywistości chybione i nieszczęśliwe wybory, których unikam. Nie mam jednak wpływu na globalny kształt świata, w którym żyję. Pewnie, gdybym urodził się w średniowieczu, z zachwytem patrzyłbym na świeżo powstające uniwersytety i na ten niesłychany rozkwit Europy, który się wtedy dokonywać zaczął. A dzisiaj śledzę niebywały wybuch postępu i oszałamiający rozwój, ale nie bez strachu patrzę również, czy aby ten rozpędzony pociąg się z czasem nie wykolei.

Możliwym jest, by artysta czuł się spełniony?

Artyści, póki żyją, myślę, że spełnieni do końca nie są. Czasem jest się bliżej tego spełnienia, a czasem dalej. To zmienna. Nigdy nie dochodzimy do ostatecznego jej punktu. Ktoś, kto byłby w pełni zadowolony z tego co zrobił, sądzę, iż byłby człowiekiem niemądrym.

A Pan, w którym punkcie dziś jest?

Jestem bliżej niż mógłbym być, zważywszy na mój wiek, ale dalej niż bym sobie marzył…

Rozmawiała Ola Grądzka
Zdjęcie Studio Filmowe TOR

1 2

„Zimna Wojna” z nagrodą publiczności EFA

Olga Tokarczuk: Wszyscy czujemy, że nie ma świata bez kobiet