Krzysztof Kwiatkowski: Od tej strony gryzę życie

Przeczytałam w Internecie wszystkie wywiady, których Pan udzielił. Lubi Pan obcować z naturą, umie przebywać sam ze sobą, nie zabiega o popularność. Bardziej niż twardzielem jest Pan romantykiem?

Nie mnie to oceniać.

Często odpowiada Pan w ten sposób.

Nie lubię ustawiać siebie w konkretnych rolach czy nadawać sobie konkretnych cech. Myślę o sobie jak o otwartej formie, a nie konkretnej osobowości obdarzonej szeregiem wyznaczonych przymiotów. Ale wracając do pytania… Chyba mam trochę z twardziela i trochę z romantyka. A Pani, czytając wywiady, co wywnioskowała?

Zdaję się być Pan bardzo normalnym facetem.

A to ciekawe…

Potem jeszcze o tym pomówimy. Liczy się Pan z opinią innych?

Oczywiście. Stając przed lustrem nie zawsze mamy odwagę zmierzyć się z prawdą o samych sobie. Słowa innych, szczególnie tych na których nam zależy, naszych autorytetów, są ważne. Nawet kiedy są trudne i ciężkie do zaakceptowania, warto ich wysłuchać. Ja tak robię. Krytyka od osób przychylnych, na celu zawsze ma nasze dobro.

Wspomniał Pan o autorytetach.

Są to osoby, z którymi od lat spotykam się w pracy. Cenię ich zdanie, tak jak zdanie najbliższych, czyli rodziny, partnerki.

Na pytanie, czy jest Pan wrażliwy, odpowiedzi pewnie nie otrzymam?

(śmiech) Wrażliwość to jedna z cech, którą powinien charakteryzować się aktor. Pozwala ona przerzucać tony tekstów i przerabiać tony emocji. Bez wrażliwości ciężko byłoby funkcjonować w tym zawodzie.

Mówi się, że mężczyźni są gruboskórni.

Nie mogę się zgodzić.

Ale taki stereotyp wciąż istnieje.

Jeśli poruszamy się na płaszczyźnie stereotypów, to jak najbardziej. Mężczyzna ma być twardy, nie może płakać i nie powinien okazywać swoich słabych stron. Mnie się jednak wydaje, że współczesny mężczyzna jest wrażliwy. Chociaż nie zawsze to pokazuje, nie zawsze jest ku temu okazja, nie zawsze chce to pokazać…

I wracamy do stereotypu… Optymistą się Pan urodził czy nauczył cieszyć się życiem?

Cechę tę mam od zawsze, to fakt. Ale jest to optymizm, który zwraca moją uwagę na dobre strony życia. To sposób patrzenia na świat. To świadomy zabieg psychologiczny dokonywany na mojej własnej osobie. Wiem, że każdy medal ma dwie strony i wolę spoglądać na to, co pozytywne, co pcha mnie do przodu. Oczywiście, mam czasem bardziej pesymistyczne okresy, ale zerkam na to, co może uruchomić drzemiące we mnie pokłady energii i dobrych emocji. Od tej strony gryzę życie. Wiem, ile negatywnych wariantów może ono przybrać i staram się temu nie poddawać.

A kiedy już jest źle?

Nie zakładam tylko happy endu. Staram się spojrzeć na problem z różnych perspektyw, roztrząsnąć go na wszystkie możliwe sposoby i przewidzieć co się wydarzy. Zdaję sobie sprawę z pozytywnych i negatywnych scenariuszy. Nie jestem ślepym optymistą.

Gorycz porażki Pan zna?

To nieodłączny element życia. Każdy prędzej czy później pozna ten smak. To nieuniknione. Co więcej, warto go znać. Bez porażki, zawodu, rozczarowania nie ma sukcesu.

Coś Pani powiem, odnośnie tej normalności, o której Pani wspomniała. Kiedy byłem małym chłopcem, jeździłem z ojcem po kraju i poznałem polski show biznes od podszewki. Wychowałem się za kulisami koncertów, festiwali, przedsięwzięć artystycznych. Zobaczyłem wszystko, co się z byciem artystą wiąże. Być może, to jest właśnie tajemnicą tej całej mojej normalności.

Od małego był Pan mądrym chłopcem.

Od małego byłem bacznym obserwatorem. Wiele nauczyłem się patrząc.

Ciężko było wyjechać z Krakowa?

Wręcz przeciwnie. Kiedy skończyłem szkołę teatralną, bardzo chciałem zmienić miejsce, atmosferę i powietrze. Nieistotnym było, gdzie wyjadę. Na czwartym roku dostałem propozycję zagrania głównej roli w spektaklu „Nienasycenie” w warszawskim Teatrze Studio. Skorzystałem z tej szansy i wylądowałem w stolicy. Przeprowadziłem się ekspresowo. A że los lubi być przewrotny, chwilę później dostałem propozycję z Teatru STU i siłą rzeczy do Krakowa zacząłem wracać. Ale żyję w Warszawie. Lubię to miasto.

Kiedy mówię „dom”, Pan myśli…

Nie widzę problemu w tym, gdy ktoś ma dwa domy. Sam jestem teraz na takim etapie. W Krakowie mieszka moja mama z babcią, tam jest dom, w którym się wychowałem. A w Warszawie sam, od podstaw, własnymi rękami, mozolnie, kroczek po kroczku moszczę swój własny.

Jest Pan dorosły. Dojrzały również?

To słowo dla każdego może znaczyć coś innego. Moim zdaniem mężczyzna dojrzały, to taki, który coś już w życiu przeszedł. W sensie dosłownym i metaforycznym. Zbudował to, co chciał i na czym mu zależało. Być może założył rodzinę, spłodził syna.

…posadził drzewo.

Może ma siwe włosy na skroniach… Ja tak o sobie nie myślę. To czym się teraz zajmuje, ten etap mojego życia, wciąż jest przygodą. Jestem otwarty na wyzwania i czekam na więcej, a dojrzały mężczyzna kojarzy mi się…

ze starszym panem?

Niekoniecznie. Z takim, który przebył pewną ścieżkę. Tę, którą ja wciąż mam przed sobą.

W szkole był Pan kujonem?

(śmiech) Nie byłem, choć wiem, że tak się może wydawać. Generalnie, lubię się uczyć. Nie ślęczeć nad książką i wkuwać na pamięć, tylko dowiadywać się nowych rzeczy. Nie chcę się przechwalać, ale nigdy nie miałem problemów z nauką. Zdobywanie wiedzy przychodziło mi w dosyć łatwo. Przyjemność miałem szczególnie z przedmiotów humanistycznych, język polski, historia, historia sztuki. Tym się interesowałem.

Zachowanie zawsze wzorowe?

Nie pamiętam.

Na chuligana Pan nie wygląda.

Dzięki temu wiele było mi wybaczane. Generalnie, zawsze inwestowałem w sport. Oglądam teraz ciekawy program dokumentalny na Netflixie o współczesnych zawodnikach sztuk walki. W ciężkich dzielnicach biedy, w różnych miastach świata, organizatorzy życia, starają się wyciągać młodzież z kłopotów poprzez sztuki walki właśnie. Ja od małego swoją energię przekładałem na zaangażowanie w sport.

W szkole był Pan lubiany czy musiał zabiegać o bycie w centrum uwagi?

Byłem dobry w sporcie, szczególnie w piłce nożnej i lekkoatletyce. To przekłada się na to, o co Pani pyta. Byłem lubiany, nie tylko przez kolegów, ale też przez dziewczyny.

Naturalnie.

(śmiech)

Pamięta Pan co mówił przed komisją egzaminacyjną do szkoły teatralnej?

Tych tekstów było sporo. Na pewno przygotowałem fragment z „Chłopów” Reymonta, wiersz Grochowiaka, pieśń ludową śpiewałem.

Aktorem został Pan by dawać emocje innym czy czuć na sobie ich uwagę?

Pamiętam, kiedy byłem w szkole średniej, odbywał się festiwal artystyczny. Obowiązywała dowolność repertuaru. Ja przygotowałem fragment z Trylogii Sienkiewicza, monolog o Wołodyjowskim. Przede mną tańczył zespół, było głośno, wszyscy się bawili. I po tym żywiołowym pokazie, na scenę wyszedł gość, który mówił nie wiadomo o czym i z nie wiadomo jakiego powodu, czyli ja. Ale udało mi się widownię uciszyć i zwrócić ich uwagę. Kiedy mówiłem, czułem, że byłem bardzo mocno słuchany. Wtedy dotarło do mnie, że to jest to, co mnie pociąga. Niesamowite przeżycie. Bycie w posiadaniu uwagi drugiego człowieka i w skupieniu dzielenie się z nim pewną historią. Choć dziś już wiem, że np. w komedii, jako aktor, tym lepiej się czuję, im lepiej bawi się widz.

Kiedykolwiek czuł się Pan przed widzem zawstydzony?

Nigdy jeszcze nie miałem takiej sytuacji. Może dlatego, że biorę udział w przedsięwzięciach, gdzie kilkumiesięczny czas prób pozwala wybudować rolę i ważne relacje z innymi postaciami. W momencie pokazywania tego widzom, jest to więc w mniejszym lub większym stopniu przemyślane. Nie czuję wstydu czy poczucia niedokończonej pracy. To, co robię i w czym biorę udział zawsze jest konkretną propozycją dla widza. W innym przypadku, oznaczałoby, że jestem nieprzygotowany.

A trema?

Jest zawsze. Przy premierach trochę większa. Za miesiąc czeka mnie kolejna i to napięcie powoli się we mnie pojawia. Wydaje mi się, że problemem byłoby, gdyby jej nie było.

Aktorstwo to nadzwyczajny zawód czy taki jak każdy inny?

W skrócie mogę powiedzieć, że robota to robota. Robi się i idzie dalej. Ale ważne jest, co się pod tym kryje. Jak ja się do tego przygotowuję. Jak tę robotę traktuję. A to zupełnie inna sprawa.

Jak?

Dostaję zadanie, które wykonać chcę najlepiej jak potrafię. Muszę zbudować bohatera, wiedzieć kim jest, co lubi, czego nie znosi, znać background całej historii, zbudować relacje z innymi postaciami. To rozbudowane. Pochłania czas i obejmuje różne środki przygotowania w zależności od materiału. Mówiąc w żołnierskich słowach: robota ma być dobrze wykonana.

Nosi Pan w sobie role teatralne?

Oczywiście. Mówi się, że okres prób to donoszenie roli, a premiera to czas narodzin.

Przejście ze świata rzeczywistego do scenicznego wymaga przekroczenia grubszej granicy?

To zależy od postaci. Kiedy wieczorem gram Hamleta, cały dzień poświęcam dla siebie. Od rana jestem skupiony, myślę o spektaklu, o mojej postaci, przypominam sobie założenia podstawowe i poboczne. Dzień grania Hamleta jest dla mnie dniem dużego skupienia. Trudno mi wtedy robić cokolwiek innego. Sięgam głęboko w siebie. Ale kiedy gramy np. „Żołnierza królowej Madagaskaru” w Teatrze Polskim, dwie godziny przed spektaklem wystarczą mi, żeby się wyciszyć, przypomnieć sobie postać, specyficzny rytm spektaklu komediowego, tempo, tak by zabawne puenty wybrzmiały na scenie.

Te przeobrażenia, różne wcielenia, możliwość bycia kimś innym, są fascynujące?

Oczywiście, ale zachowując odpowiednie proporcje. Bez wyznaczenia sobie granicy, taka fascynacja ocierałaby się o „szamanizm”. Dochodzi do metamorfozy, jestem Hamletem na czas spektaklu, na chwilę wcześniej i chwilę później, ale muszę wrócić do rzeczywistości i swojej prywatności. Czasami trwa to trochę dłużej, ale podstawą BHP w aktorstwie jest umiejętność powrotu. Stwarzanie postaci w określonym czasie i kolejno wyzerowanie. Przecież moją rolą, podstawowym zadaniem i pracą jest dokonanie metamorfozy, wykreowanie postaci.

Aktorstwo traktuje Pan poważnie?

Bardzo poważnie i powiem Pani dlaczego. W tym zawodzie funkcjonuje się w tak niewymiernych, wydumanych i wyobrażonych światach, że tylko poważne podejście, może nadać temu sens. Ja działam wyobraźnią, stwarzam, moja praca jest nienamacalna, fizycznie nie istnieje. Traktuje ją serio, bym sam na wstępie mógł uwierzyć w to, co robię i później, aby dwieście, trzysta, pięćset, czy tak jak w Teatrze Polskim, osiemset osób na widowni w to uwierzyło. To musi być traktowane poważnie.

Za co ceni Pan teatr?

Kontakt z widzem i natychmiastową weryfikację rezultatów tego, co robię. W komedii, jeżeli nie podam odpowiednio tekstu, widownia się nie zaśmieje. Jeżeli w tekście dramatycznym, nie będę dostatecznie skupiony i nie zagram z wymaganym napięciem emocjonalnym, widz nie zareaguje. To fantastyczna sprawa.

Dobry aktor?

Nie wiem czym się charakteryzuje. Ocena należy do widza, a jak wiemy każdy ma swoją własną opinię.

Aktorstwo zmusza do rywalizacji?

Tak jak każdy inny zawód. Dzieje się to na takich samych zasadach jak w korporacji czy redakcji. Osobiście nie widzę w tym nic złego. Zdrowa rywalizacja pozwala się rozwijać, windować swoje kompetencje. Dzięki temu powstają świetne filmy, dobre spektakle. Kiedy każdy podnosi sobie poprzeczkę, wszyscy się wznosimy i na tym korzystamy.

Podział ról jest sprawiedliwy?

Dużo zależy od szczęścia. Można intensywnie grać przez dziesięć lat, a później nie grać nic. Lub odwrotnie, nie grać dziesięć lat, a później być wszędzie. W życiu trzeba tylko trzymać się swoich zasad i z nimi iść przed siebie.

Czyli?

Zacytuję Shakespeare’a:

Niestosownej myśli nie zmieniaj w słowo ani w czyn. Z ludźmi bądź prosty, ale nie prostacki. Przyjaciół, zwłaszcza tych wypróbowanych przykuj do serca stalową obręczą, lecz nie podawaj ręki pierwszym lepszym nieopierzonym chłystkom. Strzeż się zwady, ale gdy do niej dojdzie, niech przeciwnik ciebie się strzeże. Wysłuchaj każdego, mów do niewielu. Wobec innych bądź krytyczny, ale innych nie krytykuj. Żyj na poziomie, na jaki cię stać, ale nie szalej; ubieraj się dobrze, lecz bez przesady, bowiem strój to człowiek… (…) A najważniejsze byś zawsze był wierny samemu sobie, i – co za tym idzie jak noc za dniem – byś nie kłamał.”

Pięknie powiedziane. Po szkole teatralnej na brak propozycji Pan nie narzekał. Tak jest do dziś. Fart?

Fart, a może ciąg zdarzeń. Debiutowałem w Teatrze Studio, potem zrobiłem zastępstwo w Teatrze STU, gdzie dyrektor Krzysztof Jasiński co wieczór oglądał mnie w spektaklu i zobaczył mnie w kolejnych rolach. Mogłem odmówić tego pierwszego zastępstwa, nie wracać do Krakowa. Gdybym tak zrobił, nie byłoby mnie dziś w zespole Teatru STU. Być może te rzeczy są ułożone, zapisane…

Wierzy Pan w przeznaczenie?

Wierzę w wykorzystywanie szans.

Jest Pan wdzięczny życiu za wszystkie te, które dało?

Jestem bardzo wdzięczny ludziom. Tym, którzy mi zaufali, powierzyli role, dali fantastyczny materiał, nad którym mogłem i wciąż mogę pracować. A ja staram się po prostu nie zawieść.

Marzył Pan kiedyś, żeby było tak, jak jest teraz?

Kończąc szkołę chciałem dużo pracować. Po prostu. Nie traciłem czasu na wyobrażenia. Zachłannie pracowałem i nie spodziewałem się, że dostanę te role, które zagrałem. Cały czas mam głód pracy i głód rozwijania się. Chcę pracować jeszcze więcej. Jestem otwarty. Niespełniony. Na początku mojej drogi zawodowej.

Wciąż pisze Pan dziennik?

Tak, oczywiście. Nie ma on charakteru terapeutycznego, a raczej archiwalny. Zapisuję fakty, mniej tam refleksji. Czasem wracam do tego, co pisałem kilka lat temu i wtedy przypominam sobie, że rzeczywiście tak było. Odtwarzam wspomnienia. Człowiek tak wiele zapomina. Staram się uchronić chwile przed zapomnieniem.

Lubi Pan wracać do przeszłości?

Wręcz przeciwnie. Ale zaskakuje mnie, ile wydarzeń z życia zapominamy.

Był Pan ze mną szczerzy?

W innym przypadku, po co rozmawiać? Udzielam mało wywiadów, nie mówię dużo publicznie, ale kiedy już chcę rozmawiać, jestem szczery.

Na jakiej pozycji grał Pan w piłkę?

Stopera.

Proszę nie zapominać, że mówi Pan do laika.

Byłem szybszy od napastników drużyn przeciwnych, którzy nie mogli mnie wyprzedzić. Zapobiegałem ich atakom na naszą bramkę. Mocno czyściłem w obronie.

Teraz na innym boisku, ale wciąż w grze.

I jak na razie bez kontuzji.

Rozmawiała Ola Grądzka
Zdjęcie galeria prywatna Krzysztofa Kwiatkowskiego

1 2 3

„Zimna Wojna” z nagrodą publiczności EFA

Olga Tokarczuk: Wszyscy czujemy, że nie ma świata bez kobiet