Ewa Bukowska: Jestem osobą dojrzałą, wreszcie!

Smutny film o żonie korespondenta wojennego Pani zrobiła.

Ja bym dodała, z elementami humorystycznymi, a nawet groteskowymi. Ta historia generalnie ma szerszy kontekst. Dotyczyć może wszystkich kobiet, które po prostu czekają na swoich mężów, mężczyzn, na kogokolwiek lub cokolwiek. To subiektywne studium samotności. Miałam silną potrzebę wypowiedzi skonstruowanej właśnie w ten sposób. Opowiadanie przez bohatera pozwoli widzom inaczej tę historię przeżyć. Zbliżyć się do niej.

Dlaczego te wojny tak Panią zajmują?

Temat konfliktów od zawsze był moim podświadomym i głębokim zainteresowaniem. Od dziecka ciekawiły mnie problemy społeczne w ich szerszym ujęciu, m.in. wojennym. A przecież dzieciaki zazwyczaj interesują się tym, co w nich głęboko siedzi, działają intuicyjnie. Moja czujność na te tematy budziła pobłażliwe uśmiechy i ogólne zdziwienie w rodzinie, zwłaszcza, że wizerunkowo zupełnie do tego typu spraw nie pasowałam. Pamiętam, jak do kin wszedł „Czas Apokalipsy”. Miałam lat czternaście i widziałam go tyle razy, ile razy pokazywany był na dużym ekranie. Potem, gdy studiowałam w Łodzi, ciągle się tą „Apokalipsą”, w szkolnym kinie, katowałam. Oczywiście, w moim zakręcie na punkcie tego filmu, ogromną rolę odegrała muzyka, a w niej The Doors i kawałek The End. Może to przez Doors’ów zostałam w tych tematach? (śmiech) Zresztą, do tej pory często słucham The End. A jeśli chodzi o moje opowieści wojenne – one są i muszą być dalekie od fascynacji filmem Coppoli. Nie posiadam takich pieniędzy, żeby jak on szeroko opowiadać. Skupiam się zatem na jednostce, na wybranej sytuacji. W „Wojnach” jest to specyficzna relacja między mężczyzną a „kobietą Penelopą”, która dwadzieścia lat czeka na męża. I mimo prób walki z tym stereotypem, nie potrafi wymyśleć sobie zadania, a nawet jeśli je wymyśla, to nie potrafi przez to zadanie przejść i go zrealizować. Nie potrafi urzeczywistnić celu, jakim mogłoby być spełnienie. Zatem przyjmuje rolę osoby cierpiącej, ofiary. Ustępuje miejsca mężowi, oszukując zarówno jego, jak i siebie…

Na życie jest Pani pesymistką?

Raczej skrają optymistką! Nie rozumiem znaczenia słów – nie da się czegoś zrobić. Wydaje mi się, że wszystko jest możliwe. Oczywiście, mam za sobą ostrą lekcję życiową. Ale optymizm, nie wyklucza upadków.

Za reżyserię dość późno się Pani wzięła.

Tak, ale to właśnie dowód na mój życiowy optymizm. Nie czuję ograniczeń. Jestem osobą dojrzałą, wreszcie! I to moja siła. Ludzie w moim wieku zazwyczaj sądzą, że szans na realizację życiowego planu już nie mają. Myślą, że wszystkie drogi są pozamykane. Nie należy się temu dziwić, bo rzeczywiście ten sposób myślenia jest głęboko zakorzeniony. Sama słyszałam proponowane ograniczenia wiekowe jeśli chodzi o debiutantów filmowców. Pewna pani, postulowała o postawienie granicy do lat czterdziestu. Czyli idąc tokiem myślenia tej pani, człowiek ma prawo żyć tylko przez połowę swojego życia. Druga połowa upłynąć musi na czekaniu na śmierć i dzierganiu np. szalików czy czegoś tam. Zakładając oczywiście, że przeciętnie żyje się lat osiemdziesiąt. I faktycznie, jeżeli ktoś takiemu absurdalnemu wykluczeniu ulegnie, to w istocie po pięćdziesiątce jest już skończonym. Tymczasem w tym właśnie wieku, zgromadzona wiedza i doświadczenia, w dziedzinie sztuki dać mogą najlepsze efekty. Ludzie uwielbiają sami sobie zakładać kajdany i kneblować usta.

A Pani zaczyna głośno mówić. „53 Wojny” są sukcesem?

Dla mnie ogromnym. Trudno sobie wyobrazić, jak niebywałą ilość przeszkód musiałam pokonać. A największą z nich, jak się okazało, byłam ja sama. Ja – kobieta aktorka. Zestaw nieakceptowalny. „Wojny” zrobiłam dzięki wsparciu tylko jednej osoby, a przede wszystkim dzięki własnemu uporowi. Mam nadzieję, że przecierając ten szlak, utorowałam drogę innym kobietom – aktorkom, czy też po prostu kobietom, które mają pasję i talent, by robić filmy.

Czyli to prawda, że kobietom w świecie filmu jest gorzej niż mężczyznom.

Jest trudno. Przede wszystkim spowodowane jest to wysokim progiem dostępności tego zawodu, który ciągle uważany jest za stricte męski. W świecie filmu kobiety mocno odczuwają coś, co nazwać można selekcją negatywną. To powoduje, że te z nich, które osiągają sukcesy, z lęku o utratę pozycji, stają po stronie mężczyzn i zwracają się przeciwko innym kobietom. A mężczyźni… Oni ciągle pozostają w przeświadczeniu, że wiedzą lepiej i więcej, że tylko oni są w posiadaniu narzędzi, dzięki którym mogą robić dobre kino. Ja natomiast sadzę, a nawet jestem pewna, że fakt, iż kobiety były i często są tłem, spowodował nagromadzenie w nich tak wielkiej, unikalnej, wielobarwnej materii, choćby szczerości w opowiadaniu, że nadszedł czas eksplozji tych talentów. To COŚ, co zyskały, znacznie przekracza umiejętności filmowego opowiadania mężczyzn. Nie wszystkich oczywiście, ale da się zaobserwować globalne zjawisko wypalenia twórczych możliwości męskiej części ludzkości. W końcu, ile wieków można być we wszystkim najlepszym? (śmiech) Nadeszły czasy, w których groteskowi są, ciągle domagający się zapewnień o swojej najlepszości, mężczyźni. Ponadto ilość produkowanych filmów i dostępność tego rodzaju sztuki sprawia, że trudno dziś zrobić film, który zostanie zauważony, który widza zatrzyma, który go wzruszy, do którego widz będzie chciał wracać. A kobiety, to w kinie świeżość.

Dla Pani to wszystko oznaczać może więcej pracy.

Tak i cieszyłoby mnie to bardzo. Zależy mi, aby poszerzać formy świadomości. Chcę, żeby punkt widzenia kobiet był istotny, równoważny męskiemu.

Tylko czy ten kobiecy punkt widzenia trafia również do mężczyzn?

Jestem po doświadczeniach festiwalowych z „53 Wojnami” i film właściwie wszędzie jest doskonale przyjmowany. Oczywiście, mężczyźni tę historię widzą na swój sposób. Są tacy, którzy po seansie zadają pytania, których kobiety nigdy by nie zadały. Były też sytuacje, kiedy mężczyźni wychodzili z kina. Rozumiem, akceptuję i szanuję każdy sposób odbioru. Ale poza tymi jednostkowymi sytuacjami, historia Anki i Witka rezonuje, współbrzmi z widzami, mocno widzów przejmuje. Chyba, że ktoś ogląda filmy bardziej intelektualnie, wtedy tworzy się między nim a obrazem dystans.

Co ciekawe, film ten został bardzo dobrze przyjęty przez młodych ludzi. To było duże zaskoczenie, bo wydawałoby się, że to zupełnie niemłodzieżowy temat. A jednak okazuje się, że jeśli historia jest dobrze opowiedziana, to zachwycić się nią może każdy. Film pokazywany był w ramach Koszalińskiego Festiwalu Debiutów i tam właśnie, od młodych ludzi dostałam nagrodę za najlepszy film, a Magda Popławska za najlepszą rolę kobiecą. Wyjątkowo szczerze i entuzjastycznie obraz został przyjęty w Karlowych Varach. Zobaczymy jak zadziała w Hajfie.

Ufa Pani intuicji?

W życiu artystycznym bardzo sobie wierzę. Kiedy czuję, że powinnam iść w danym kierunku, robię wszystko by osiągnąć cel. Nigdy się nie wycofuję. Za to w co wierzę, gotowa jestem stanąć do walki wręcz. Natomiast jeśli chodzi o inne formy zarabiania pieniędzy, potrafię zrobić krok do tyłu. Odkąd zdecydowałam o zmianach w moim życiu osobistym i zawodowym, znalazłam się w skrajnie trudnej sytuacji życiowej. We wszystkich formach zarabiania pieniędzy, nastąpiła niemal blokada na moją osobę. Moje umiejętności okazały się bezwartościowe. Jako aktorce, scenarzystce i reżyserce – wszędzie mówiono mi nie. Pracy odmówiły mi wszystkie trzy główne stacje telewizyjne. Moja sytuacja stała się wybitnie trudna. Pewnego dnia usłyszałam, że jak chcę robić filmy to mogę o to żebrać, a pracy i tak w żadnej z telewizji nie dostanę. To było już po „Powrocie” – trzydziestominutowym, bardzo dobrym filmie, który można zobaczyć na Ninatece, po zdjęciach do „Wojen”, wygranym konkursie na scenariusz itd. Jestem pewna, że nie miałabym tych problemów, gdybym była facetem…

W końcu, w jednej ze stacji wyżebrałam, tak jak sobie życzyli, możliwość próby reżyserowania programu. Dano mi „szansę”  i zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki. Przede wszystkim weszłam na teren innych aspirujących do roli reżysera. To byli bardzo młodzi, kończący Szkołę Filmową ludzie, którzy lada moment w rubrykę z zapytaniem zawód wpisywać będą – reżyser. Ledwo z tej hecy uszłam z życiem. (śmiech) Teraz się śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Kwestie moralne, etyczne, szacunek – to terminy zupełnie im obce. Ta sytuacja wymaga zresztą mojej głębszej refleksji i być może napiszę z tego wydarzenia jakiś utwór dramatyczny. W każdym razie, podczas tego krótkiego epizodu pracy z przyszłymi reżyserami i osobami im towarzyszącymi zaobserwowałam, że oto mamy przedstawicieli nowej moralności, według której prawdziwy materialista niczego się nie boi i jest zdolny do wszystkiego. Zatem stając się reżyserem musiałam ponieść karę i nadeszła seria kar. (śmiech) Najpierw kara za to, że w ogóle przyszedł mi do głowy pomysł, żeby zrobić film. Potem, za to, że się udało. (śmiech) Opowiadam o tym w formie anegdoty, ale w zasadzie to bardzo smutna historia.

Dziwi mnie w tym wszystkim postawa TVP, bo tak bardzo deklaruje szacunek do artystów i ich pracy, potencjału twórczego, ludzi w ogóle. Ja tego nie odczułam. Tylko jedna osoba z tej stacji okazała litość i zamówiła u mnie sztukę teatralną. W sumie mogłam z tych wszystkich zdarzeń zrobić performance i zatrudnić się na kasie w Biedronce, a potem jechać do Karlowych Varów i reprezentować Polską Sztukę Filmową. Szkoda, że na to nie wpadłam. Jakbym wrzuciła na YouTube serial „Ewa Bukowska szuka pracy”, to chociaż niezłą kasę mogłabym zarobić. (śmiech)

Łatwo się Pani nie poddaje. Współczesna Supermanka.

Chciałabym, żeby moje dzieci to wiedziały i w ten sposób o mnie myślały. Mama Supermanka. Moje dzieciaki, niestety, nie widzą siły z jaką oddaję ciosy we mnie wymierzone.

Mam nadzieję, że z czasem dostrzegą jaka Pani jest naprawdę.

Moi Synowie, nie mają pojęcia jaką ścieżkę zdrowia mi zafundowano. Nie wiedzą, co znaczy być kobietą reżyserem. Nie zdają sobie sprawy, że to bezwzględny świat, w którym by przetrwać, trzeba mieć psychikę ze stali.

A jaka Pani była na planie?

Tamten czas był wyjątkowy. Miałam wspaniałą ekipę. Jestem im wdzięczna absolutnie za wszystko, przede wszystkim za okazanie mi szacunku. Przecież to był mój pierwszy raz. Na planie tworzyliśmy idealnie zgrany zespół. Wiadomo, zdarzały się osoby, powiedzmy przeszkadzające w tej pracy twórczej, ale to nie miało znaczenia. Ścisłe grono to operator Tomek Naumiuk i aktorzy, zwłaszcza Magda Popławska. Byliśmy idealnie dobraną grupą ludzi, która porozumiewała się w lot. Każdego dnia mieliśmy do zrobienia bardzo dużo scen, w bardzo krótkim czasie. Film powstawał w biegu. Nic by z tego nie wyszło, gdyby któraś z tych kluczowych osób zawiodła.

Obawiała się Pani czegoś poruszając tę historię?

Czułam jedynie odpowiedzialność przed Jagielskimi. Zaufali mi, a ja nie mogłam tego zaufania zawieść. Reżyseria jest dla mnie przyjemnością. Pracuję jak w transie. Zupełnie się zatracam. Nie widzę ograniczeń i przeszkód. To jak utrata świadomości. Po prostu jestem wtedy na swoim miejscu. A aktorstwo… W nim zawsze odczuwałam pewien trud, musiałam ze sobą walczyć, nie lubiłam udawać, trochę się wstydziłam, w tym nigdy nie było mi wygodnie.

To dlaczego się w to Pani w ogóle bawiła?

Ono było zamiast. Marzyłam, że zbuduję wielką firmę producencką, że będę robić filmy. Niestety, nie spotkałam ludzi, z którymi mogłoby się to udać.

A nie prościej było od razu na reżyserię zdawać?

Proszę sobie wyobrazić, że na egzamin na reżyserię zamiast jechać sama, zawiozłam byłego, a wtedy świeżo upieczonego, męża. On się nie dostał, ale mi do głowy nie przyszło, że to ja powinnam zdawać. Oczywiście nie odpuściłam i postanowiłam, wbrew wszystkiemu, zrobić z niego reżysera. Zmusiłam go do zrobienia dwóch filmów, załatwiłam na to kasę, wyprodukowałam je. Groteska. (śmiech) On oczywiście nie był zainteresowany tego typu robotą, więc nie pociągnął tego dalej i moje wysiłki upadły. Natomiast jeśli chodzi o mnie, to w latach, kiedy zdawałam do szkoły aktorskiej, na reżyserię zdawali chyba sami faceci. Sądziłam, że to nie do zrealizowania i przykleiłam się obok – do aktorstwa. Ale nie przeżywałam tych studiów, nie podchodziłam do nich na sto procent, nie odczuwałam ich zasadności. Ja tego aktorstwa nie studiowałam. Uważam zresztą, że miejsce prawdziwego aktora jest w teatrze, gdzie ma możliwość wewnętrznego rozdarcia. Tam dokonuje się praca na własnym organizmie. Ja, z szansy by stać się prawdziwą aktorką, nie skorzystałam. Przecież takie spotkanie z tym zawodem, jakie uprawiałam, czyli od czasu do czasu film, płytkie produkcje, nie uprawnia mnie by nazywać siebie w ten sposób. A w pisaniu, reżyserowaniu, daję całą siebie. To, co przeżywam pisząc, aktor prawdopodobnie przeżywa w teatrze. Teraz swoją pracę nazwałabym sercem. Centrum mnie. Wtedy, mój mózg jest w sercu i czuję się kompletna.

Żałuje Pani roli w „Galerii”?

Tę rolę dostałam, kiedy Szymon, młodszy syn, miał szesć lat. A te sześć lat, odkąd go urodziłam spędzałam tylko z nim. Poszłam więc w ten serial jak w dym. To wreszcie było coś tylko dla mnie. Potwornie niezdrowe jest wykluczenie siebie z różnych aspektów życia i trwanie tylko i wyłącznie w poświęceniu dla innych. Moje imię zniknęło gdzieś w niebycie i nadano mi nowe imiona Matka albo Żona. A one nie definiowały mnie do końca. Nie definiowały mnie na tyle, abym tylko na nie mogła się zgodzić.

Oczywiście, moje dzieciaki to skarb i poświęcenie się im jest sprawą naturalną, jednak muszę przyznać, że zajęło mi to kawał życia. Kiedy urodził się Szymon, Marcin miał dwanaście lat i lata te były tylko i wyłącznie dla niego. Z różnych przyczyn, bo chorował, bo trenował, itd. A potem Szymon… Łącznie dwadzieścia lat, to chyba dużo. Więc kiedy dostałam tę propozycję, cieszyłam się jak dziecko. Wszystko mnie zachwycało, droga do Wrocławia, a nawet przebieranka w kostium, czego generalnie robić nienawidzę. Pracowałam jednak tylko parę miesięcy, bo ostatecznie, na prośbę byłego męża, musiałam z tej roboty zrezygnować. Dom się beze mnie walił. (śmiech) Wkrótce potem zrobiłam „Powrót” i kupiłam prawa do „Wojen”, więc  tak naprawdę, inna droga była mi wyznaczona. Teraz nie pamiętam nawet imienia mojej serialowej bohaterki, chociaż bardzo ją lubiłam.

Ostatnio powiedziała Pani, że historię filmowych bohaterów „53 Wojen” przeżyła, przerobiła i przepłakała.

Tak jest. To wyczerpujący styl pracy. Transowy powiedziałabym. I kiedy w nim trwam, inni otwierają się i wiedzą, że mogą ze mnie czerpać. W pracy jestem chodzącą baterią. Nie mam pojęcia co mnie zasila. Oczywiście do czasu. Okres zdjęciowy od reżysera wymaga przygotowania fizycznego. Ja to zlekceważyłam. I rzeczywiście przez 26 dni radziłam sobie świetnie, a po zdjęciach długo się zbierałam. Spałam chyba tydzień. Być może jest to niehigieniczny styl pracy, ale bardzo efektywny. A tu o cel chodzi. A cel to osiągnięcie prawdy. Ostatecznie, żadne niedociągnięcia nie mają znaczenia, kiedy stwarza się coś prawdziwego. A prawdę daje i wydobywa reżyser.

Polega Pani na sobie i bierze odpowiedzialność za innych.

Tak jest. Zawsze taka byłam.

Prywatnie również?

Uważam, że w życiu i w związku, istnieją pewne zadania przypisane mężczyźnie, które przy tym mężczyźnie na zawsze pozostać powinny. Wtedy stworzyć można dobry związek. Nie jestem feministką, która będzie samochód naprawiała i udowadniała, że wszystko potrafi. Chodzi o to, że współtworzenie zdrowego związku, poza tym, że każdy uprawia własne pole, odbywa się na archetypicznej podstawie. Ona jest stuprocentową, świadomą kobietą, która mieni się różnymi kolorami, a on ją za to podziwia. Upraszczam, oczywiście. Ale wyobrażam sobie, że jest to rodzaj zabawy, gry między kobietą i mężczyzną, podtrzymywanie żaru między nimi. A oprócz tego normalna partnerska współpraca, na zasadach wzajemnego szacunku, w przedsiębiorstwie zwanym rodziną. Jeśli natomiast role się odwracają, taki świat musi runąć. Świadomość i dojrzałość są w związku najważniejsze.

Tylko jak tę dojrzałość zdobyć?

Przede wszystkim, delikwent musi chcieć. Musi rozumieć znaczenie słowa dojrzałość. Bo jeśli zarzuca się komuś brak dojrzałości a on odpowiada, że to chyba dobrze, oznacza to, że człowiek ten pozostaje w głębokiej niewiedzy i nieświadomości po co i dlaczego na tym świecie żyje. Ludzie wschodu mówią, że w takich przypadkach, potrzebne jest więcej cierpienia.

Artystów podobno często dopada egoizm, narcyzm…

W pracy artystycznej zdrowy egocentryzm jest okay. Ale tu znowu potrzebna jest samoświadomość, na ile można tym egoistą być, żeby nie krzywdzić innych. A ego, wiadomo… Podlewane, rośnie z zabójczą prędkością, rozrasta się jak chwast i wtedy staje się pychą, zza której nie widać zupełnie nic. A pycha, jak to mówią, kroczy przed upadkiem, więc ostatecznie takie historie zawsze dają bolesną lekcją.

Czym są dla Pani „53 Wojny”?

Pierwszym filmem pełnometrażowym, kolejnym krokiem w karierze filmowej, początkiem mojej profesjonalnej drogi reżyserskiej. Na pewno są przekroczeniem granicy koniecznej do tego, żebym mogła w ogóle żyć. Żyć nie tylko dla dzieci, ale też dla siebie samej. Bo mam jeszcze kilka filmów do zrobienia.

Rozmawiała Ola Grądzka
Zdjęcie galeria prywatna Ewy Bukowskiej

1 2 3