Bożena Stachura: Dziś, coraz częściej jestem tu i teraz

Zamiast wieczornych rozmyślań w samotności woli Pani rozmowę z drugim człowiekiem?

Rozmowa? Zawsze! Na nią w żadnym wypadku nie szkoda mi czasu. Kiedyś Agnieszka Osiecka powiedziała, że nigdy nie wybierała czytania książki nad spotkanie z drugim człowiekiem. Mam podobnie. Czasem żal mi, że dzisiejszy świat stał się taki wirtualny. Żywą rozmowę zastępujemy SMS-ami, emotikonami, krótkimi message’ami, mamy całe rzesze wirtualnych przyjaciół, których tak naprawdę nie znamy.

Jest Pani duszą towarzyską?

Miewam dni, których nie wyobrażam sobie spędzić w samotności. Ale też nie wiruję codziennie w tłumie i nie odbijam się ciągle od ludzi. Czasem mam ogromną potrzebę pobyć sama i wtedy bardzo sobie cenię domowe zacisze. Raczej zachowuję w tym temacie równowagę.

Lubi Pani ciszę?

Lubię, ale też nie zawsze i nie wszędzie. Taka izolująca od świata, dudniąca w uszach cisza może doprowadzić do szału. Miejscem, w którym uwielbiam spokój, jest, na przykład, mój samochód. Dwa miesiące po tym jak go kupiłam, wybito w nim szybę i skradziono radio. Do tej pory nie wstawiłam nowego, a w pustą wnękę wmontowałam półkę na drobnostki i amulety. Znajomi czasem dziwią się, jak mogę jeździć bez radia. A ja przemierzam Polskę wzdłuż i wszerz słuchając szumu samochodu. To mnie resetuje, pozwala myśleć. Szczególnie ciszę doceniam stojąc w mieście, w korku. Wcale wtedy nie tęsknię za tętniącym reklamami radiem, które zasypuje mnie złymi, dobrymi czy zabawnymi newsami. Kiedy chcę posłuchać w samochodzie muzyki, radzę sobie w inny sposób.

Czego Pani słucha?

Bardzo różnie. Podczas dłuższej trasy uwielbiam puścić coś, co mnie pobudza. Czasem jest to jazz. Czasem etniczne kawałki z całego świata, szczególnie afrykańskie, brazylijskie, meksykańskie. Czasem argentyńskie tanga. Zawsze też mam przy sobie utwory mojego przyjaciela Jacka Kleyffa, którego mądre teksty wspaniale służą w podróży. W samochodzie słucham również namiętnie muzyki filmowej. I tu mam stały zestaw, z przepiękną, wzruszającą muzyką Michała Lorenca na czele. Kawałki z „Bandyty” stwarzają świat! Włączam je najczęściej jadąc przez malownicze, górskie krajobrazy. Ale, szumiąca wiatrem cisza, też bywa wspaniałą muzyką.

 Dużo podróżuje Pani autem?

Tak i bardzo się tym cieszę. Być może dlatego, że późno zrobiłam prawo jazdy. Od tego czasu zawsze sama sobie jestem kierowcą. Uwielbiam jechać po horyzont.

Mówiła Pani o szumie samochodu. A szum morza, drzew? 

Szum morza i szum drzew, to, w świecie dźwięków, kolejne moje fascynacje i balsamy dla duszy! Uwielbiam nasze nadmorskie uroczyska. Przynajmniej raz w roku muszę tam być. Nic tak nie ładuje moich akumulatorów, jak wakacje na łonie natury. Pasjonują mnie zachody słońca. Stoję wtedy zahipnotyzowana jak Mały Książę. Żałuję tylko, że nie mam swojej małej planety i kilku zachodów jednego dnia nie mogę zobaczyć.

Męczy Panią współczesny pęd życia w dużym mieście?

Życie w dużym mieście, to mój własny wybór. Inaczej sobie tego nie wyobrażałam. Pochodzę z bardzo malowniczo usytuowanego na Opolszczyźnie, maleńkiego Paczkowa, ale już do liceum wyjechałam do Wrocławia. Byłam dzięki temu bliżej teatru, opery, kina, muzeów. Po Wrocławiu był Kraków, a od blisko dwudziestu lat jest Warszawa. Duże miasto, duże możliwości. Wszystko jest na miejscu, co niezwykle przyspiesza załatwianie wszelkich spraw. Bardzo sobie to cenię. Niektórzy współczują mi życia w korkach samochodowych, ze smogiem w tle, ale to akurat nie jest już dziś problemem wyłącznie dużych aglomeracji. Nieprawdą jest też, że w dużych miastach nie mamy na nic czasu, pędzimy każdego dnia na oślep. To, w jakim pędzie żyjemy, zależy od nas. Duże miasto daje mi wolność, swobodę i intymność, którą sobie w moim zawodzie bardzo cenię. Czasem daje też możliwość wpadnięcia na casting…

Na przykład, do roli w filmie „Jak pies z kotem”.

Marta Kownacka, wybitna reżyser castingów w Polsce, na bankiecie, po uroczystej premierze filmu Marii Sadowskiej „Sztuka Kochania”, powiedziała mi, że właśnie kompletuje obsadę do najnowszego, biograficznego filmu Janusza Kondratiuka i że szuka aktorki do roli partnerki Janusza – Beaty. Za kilka dni zadzwoniła i zaprosiła mnie na casting. Casting początkowo klasyk. Stoję w studio na tle białej ściany, z kamerą na statywie, wymierzoną prosto w twarz, zza której pada zwyczajowe: ,,Powiedz nam coś o sobie”. Miałam nagrać krótką prezentację i wygłosić jakiś dialog ze scenariusza. Janusz Kondratiuk nie był tego dnia obecny. Ja, niestety, niezbyt dobrze znoszę te castingowe sytuacje. Wiem, że to moje pięć minut, że powinnam zaczarować kamerę i błyskotliwie coś powiedzieć, a tu z każdą chwilą wyrasta mi dziesięć rąk i nóg i wszystko wydaje się jakieś nieprawdziwe. Marta nagle zapytała, co najbardziej lubię. W odpowiedzi zaśpiewałam ludową pieśń łemkowską. Jedną z moich ulubionych, o dziewczynie, która, pod osłoną nocy, zrozpaczona pyta rzeki, czy powróci jej ukochany. Okazało się, że Janusz Kondratiuk z racji tego, że urodził się w Kazachstanie, rozumiał tekst i moja pieśń go wzruszyła. Zostałam zaproszona na spotkanie z nim. Kiedy przyszłam, w studio castingowani byli Olgierd Łukaszewicz i Robert Więckiewicz do roli braci Kondratiuków. Reżyser zadawał im różne sceny ze scenariusza, a oni, z pełnym poświęceniem, odgrywali je przed kamerą. Siedziałam w kątku i nikt nic ode mnie nie chciał. Zapytałam nieśmiało, czy powinnam coś powiedzieć, coś zainscenizować, na co Janusz Kondratiuk odparł, że ja już w filmie gram. – Jeśli ktoś tak śpiewa, znaczy, że nie kłamie – dodał.

To było szczęście?

Wielkie! Zrozumiałam, że mam z reżyserem porozumienie od pierwszego wejrzenia. Później dowiedziałam się też, że wpisałam się w pewną Januszową ,,tradycję’’ obsadzania aktora przez śpiew właśnie. W kultowym jego filmie „Dziewczyny do wzięcia”, młodziutki Zbigniew Buczkowski uwodzicielsko wykonuje „Pieski małe dwa”. Jak się okazało, podczas castingu, Janusz Kondratiuk poprosił go, żeby coś zaśpiewał i Zbigniew zanucił nieśmiało właśnie tę piosenkę, która nie tylko stała się przebojem filmu, ale jeszcze na zawsze wprowadziła go do historii polskiego kina!

Śpiew- kluczem do serca reżysera Kondratiuka.

W piosence człowiek chyba najprościej się odsłania. Śpiewając nie myśli się o sobie. Kiedy coś recytujemy, jesteśmy bezpieczniejsi, możemy się w pewien sposób chować za słowami, a piosenka rządzi się swoimi muzycznymi prawami, które bezwzględnie weryfikują nasze umiejętności. Zresztą muzyka jest dla Janusza ważna. Na planie często puszczał nam swoje ulubione muzyczne kawałki, m.in. właśnie ludowe, rosyjskie pieśni.

„Jak pies z kotem” to prawdziwa historia z życia rodziny Kondratiuków. Scenariusz, krótko po śmierci starszego z braci- Andrzeja, powstał na podstawie intymnych zdarzeń, których doświadczył Janusz- reżyser filmu.

Rzeczywiście, Janusz bardzo szybko dojrzał do tego filmowego pożegnania ze swoim bratem Andrzejem. Nie chciał tu nikomu wystawiać pomnika. Wręcz przeciwnie. Zdobył się na porażająco szczere i wzruszające wyznanie. Sytuacja dla wszystkich niezwykła. Przystępowaliśmy do pracy nad prawdziwą historią, w niespełna rok po śmierci jednego z głównych jej bohaterów. Pozostali, żyjący członkowie rodziny, których w filmie mieliśmy odegrać, byli codziennie z nami na planie, a do tego wśród nich zasiadał sam reżyser filmu! A plan filmowy mieścił się dokładnie tam, gdzie kilka miesięcy wcześniej rozgrywał się rodzinny dramat. To przeżycie naprawdę wyjątkowe! Większość dni zdjęciowych kręciliśmy w Łosiu, w domu Janusza Kondratiuka, w którym Andrzej spędził ostatni rok swojego życia. Graliśmy także w warszawskim mieszkaniu Igi Cembrzyńskiej i Andrzeja, gdzie każdy przedmiot, każda figurka, zdjęcie, obrazeczek naznaczone były obecnością wielkich artystów. W kącie salonu, od podłogi do sufitu, w okrągłych, dużych puszkach leżały Andrzejowe dzieła, m.in. te z magicznego Gzowa. Na puszkach, naklejone kawałki plastrów i ręką Andrzeja zapisane tytuły filmów wraz z cyferkami oznaczającymi różne ich wersje. „Wrzeciono czasu 1”, ,,Wrzeciono czasu 2”… To kopalnia wiedzy o jego artystycznych poszukiwaniach. W kinie widzieliśmy zmontowaną, ostateczną wersję filmu, a w mieszkaniu kłębią się na taśmach nieznane fragmenty, warianty scen, które dokumentują cały proces twórczy. Te materiały powinny kiedyś trafić do rąk badaczy i fanatyków twórczości Andrzeja Kondratiuka.

To nie był zwykły plan filmowy.

To był intymny, mały świat braci Kondratiuków i ich życiowych partnerek, Igi Cembrzyńskiej i Beaty. Świat nieupiększony, niepokolorowany, szczery i do bólu prawdziwy. Byliśmy jakby u nich w gości, przez co czasem doświadczaliśmy magicznych momentów. Graliśmy ludzi siedzących obok nas, w ich własnych przestrzeniach, wśród ich osobistych rzeczy i w środku ich najskrytszych emocji. Rzeczywistość planu filmowego i rzeczywistość realnego bycia, mocno się przenikały, granica się zacierała. Wszystkie występujące w filmie zwierzęta, oczywiście oprócz niedźwiedzia, który przyjechał do nas na chwilę z Czech, to autentyczni mieszkańcy domu. A rudy, niesforny kot, ukochany pupil Igi, wylegiwał się kiedyś na kolanach Andrzeja. Meble, zdjęcia, obrazy na ścianach były prawdziwe, nie z filmowych magazynów. Pamięta Pani scenę, w której Janusz obwozi Andrzeja na wózku i pokazuje mu swój dom?

Uwagę schorowanego brata przykuł wtedy obraz z umieszczoną w nim trawą ze stepu.

To niesamowita instalacja w złotej ramie obrazu. Za szybą dwie lalki, które Mama Kondratiuków zrobiła w czasie wojny z przypadkowych gałganów. Lalki piękne i jednocześnie potworne, przypominające biedę i ostateczność tamtych lat. Jest tam również wklejona pożółkła mała karteczka, a na niej list, który siedmioletni Jędruś napisał do Taty na front. Krzywymi literkami, z błędami ortograficznymi, pytał co u Taty słychać i prosił, żeby wreszcie złapał Hitlera do niewoli i żeby znowu byli razem, bo święta bez Niego są bardzo smutne. Kiedy przeczytałam ten list na głos, Januszowi oczy zaszły łzami. W złotą ramę wciśnięte jest też zasuszone źdźbło trawy ze stepu… Taka energia z tego obrazu biła, że nie można było przejść obok niego obojetnie.

Na planie była też Iga Cembrzyńska. Podobno początkowo był pomysł, żeby w tej historii zagrała samą siebie…

Wielka Iga – wielka aktorka. W mojej młodości otwierała przede mną magiczne światy. Dziś drobniutka, cichutka, po planie błądziła jak po nowej, nieznanej rzeczywistości. Bez Andrzeja Iga jest jak połóweczka jabłka, która ,,katula się’’ w nieznanym sobie kierunku. Ciężko jej się teraz, w samotnym życiu, odnaleźć. Nie miała siły zagrać siebie w naszym filmie – ,,Za wcześnie”- ucięła temat. Na szczęście ma wsparcie w Januszu i Beacie. Mieszka u nich w Łosiu i mówi, że znalazłą swój nowy dom. Beata, również była z nami każdego dnia na planie. Dobry duch, dobra energia, służąca pomocą każdemu. Parzyła nam herbatę, robiła kanapki. Serce na dłoni.

Beata, czyli postać, którą Pani zagrała. Ujęło mnie jej szlachetne zachowanie i sposób, w jaki zajęła się chorym bratem męża.

Zachowała się wspaniale. Wzięła na siebie ogrom pracy i obowiązków. Stanęła na wysokości zadania. Janusz mówił, że bez niej, nie udźwignąłby ciężaru całej tej sytuacji.

To piękna postawa…

Beata taka właśnie jest. Dzisiaj również to obserwuję. Nie ma łatwego życia. Zajmuje się na co dzień Igą i Januszem. Nie zadaje pytań, nie interesuje jej co będzie z tego miała. Jest zadaniowa, robi to, co zrobić należy. Jest ofiarna i dyskretna. Kiedy nagrywaliśmy sceny, siadała przed monitorem i po cichutku płakała. Beaty i Janusza łzy, nie raz dodawały nam skrzydeł. Wiedzieliśmy, że poruszamy ich katartyczne rejony, że oni oczyszczają się z cierpienia i żalu. Wszystko to było żywe, tu i teraz, a nie wymyślone na potrzeby filmu.

To było granie czy bycie?

Kiedy dostaję scenariusz, czytam go jak aktor rolę, patrzę, na to, co mam do zrobienia. A kiedy staję przed kamerą, wtedy zaczyna się magia, interpretowanie i poszukiwanie. Plan filmowy zawsze zaskakuje. Nie można sobie nic wymyślić w domu i tego się trzymać. W przypadku „Jak pies z kotem” okazało się, że nie granie, a bycie było podstawą. Miałam dużo scen z cudownym Olgierdem Łukaszewiczem, który Andrzeja grał bardzo ofiarnie. Oddał całego siebie tej roli. Partnerując mu, trudno było cokolwiek grać. Trzeba było się tematowi oddać. Podczas kręcenia scen nie myślałam o kreowaniu roli, tylko o tym, co zrobić, żeby Olowi nie wyrządzić krzywdy. W scenach kąpieli, podnoszenia, czy przekładania z wózka na łóżko, koncentrowałam się tylko na tym, by faktycznie pomóc. Wszystko działo się dynamicznie. Zrozumiałam, że ja nie muszę grać, tylko muszę być czujna na partnera, na to co się z nim dzieje. Nie było wymyślania, tylko działanie.

Ile razy widziała Pani ten film?

Z dziesięć razy, na pewno. Zaczęło się na Festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu nad Wisłą, potem wrocławskie Nowe Horyzonty i FPFF w Gdyni, a ostatnio latałam z nim po Ameryce. Byłam na Festiwalach Polskiego Filmu w USA (Seattle, Los Angeles, Houston, Austin) i w Kanadzie (Vancouver, Toronto). Wróciłam do Polski na międzynarodowy Camerimage w Bydgoszczy, gdzie nasz film startował w konkursie polskich filmów. Prawie wszędzie oglądałam go z widzami. Interesowały mnie ich reakcje, dzięki którym sama, za każdym razem, odkrywałam coś nowego.

Granie w filmie jest dla Pani ważne?

Bardzo. Jednak, mimo wyrazistego debiutu rolą Solange w filmie „Chopin. Pragnienie miłości” Jerzego Antczaka i mimo, docenionej przez krytykę, sędzi w „Bezmiarze sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego,  kino mnie omijało. Czekałam lata na powrót na duży ekran, na kolejną rolę w wartościowej produkcji. „Jak pies z kotem” taką właśnie jest. Ludzie na ten film reagują bardzo emocjonalnie, często płaczą, cenią szczerość i prostotę tej opowieści. Mam poczucie, że zrobiliśmy coś ważnego. I nigdy nie zapomnę tej podróży, którą z ,,Psem i kotem “ odbyłam po świecie. Bardzo za nią dziękuję Januszowi Kondratiukowi.

Ja, oglądając ,,Jak pies z kotem”, łzy przeplatałam śmiechem.

 I o to chodzi. Śmiech na pewno cieszy reżysera. Janusz czasem dziwi się tym wszystkim łzom. Nie chciał zrobić smutnego filmu wyłącznie o śmierci. To przecież także film o cieszeniu się ostatnimi, wspólnymi momentami życia. O tym, jak to życie należy wypełniać po ostatnią minutę. Nie wystawił pomnika na cześć swojej wielkoduszności. Pokazał całą pokraczność, trudność i zwyczajność życiowej sytuacji. Wydaje mi się, że tą szczerością i odwagą obnażenia się, najbardziej ludzi wzruszył. Poza szlachetnymi gestami, pokazał również niedoskonałość rodziny, momenty upadku, rozpaczy i zwątpienia.

W filmie swoją historię odnaleźć może niejeden z nas.

Kiedy byłam w Ameryce, film na festiwalowych pokazach, oglądali nie tylko Polacy, ale też Amerykanie i ludzie innych nacji, którzy pojęcia nie mieli o dwójce polskich reżyserów. Wszyscy byli tak samo wstrząśnięci i poruszeni. Na spotkaniach z widownią wsłuchiwałam się w ich pytania i opinie. Po powrocie, z wielką radością przekazałam Januszowi, że jego film, tak jak chciał, jest bardzo uniwersalny. Na bankiecie podczas festiwalu Camerimage, podszedł do mnie młody reżyser filmowy, który pochodził z Indii. Ze łzami w oczach opowiedział mi historię swojej babci, którą zajmował się przed śmiercią. Nasz film przyniósł mu ulgę i pozwolił się oczyścić.

Podejście młodych ludzi do starszych i chorych osób, nie zawsze jest jednak ofiarne. Scena, w której dzieci reżysera przyglądają się walce z cewnikiem, wygląda jak gdyby oglądały coś z gatunku science fiction.

Ten wątek jest bardzo ważnym elementem filmu, wprowadząjącym pewną trójwymiarowość. Tragedia, która spotkała rodzinę, w oczach tych młodych osób, odbiła się jeszcze inaczej. Ostatecznie podsumowały: „Tata tak się nie robi. Od tego są specjalne miejsca.”

A tata odpowiedział „To już wiem, co mnie czeka…”

Bez tej sceny film zamknąłby się w pokoleniu osób starszych. Ona daje niesamowity wymiar. Janusz pokazał nowoczesność swoich dzieci. Ten moment, gdy pociąg odjeżdża, a on sam zostaje na dworcu, wielu ludzi doprowadza do łez. Szarpią ich wtedy refleksje nad tym, jak sami się zachowają albo jak zachowają się ich dzieci. Dzięki moim licznym spotkaniom z widownią, uświadomiłam sobie, że jednak nie wszystkim młodym temat starości, umierania i śmierci jest obcy. Ten film wzrusza jednakowo wszystkie pokolenia. Koło rodziny się toczy, gubi po drodze swoich członków, przyjmuje nowych. Tak było, jest i będzie. Narodziny są normalne. Choroba jest normalna. Umieranie jest normalne. Odchodzenie innych i nasze własne zawsze będą normalne. Ten film dyskretnie wpisał się w to koło życia i, mam nadzieję, że długo jeszcze będzie się z nim kręcił i wciągał kolejne pokolenia.

Film uświadamia również, że koleje losu pokazać mogą jakimi ludźmi jesteśmy naprawdę.

Po projekcji filmu w kanadyjskim Vancouver, jedna Pani podzieliła się z widownią swoją refleksją. Na co dzień pracowała w hospicjum, robiła to, co bohaterowie naszego filmu robili w zaciszu domowym. Dawała serce i opiekę ludziom, którzy przez rodzinę zostali z domu wyniesieni. Powiedziała, że nad umierającym człowiekiem, wśród członków rodziny, na równi budzą się instynkty dobre i złe, totalne, czasem zwierzęce i atawistyczne. Napatrzyła się na walkę o pieniądze, spadek, wpływy, nad oddychającym jeszcze staruszkiem, który wciąż potrzebował czułości i miłości. Powiedziała, że tego, co się w człowieku w takich momentach budzi, nie da się wyreżyserować. Ta wypowiedź była dla mnie druzgocąca. Rodzina Kondratiuków sprawdziła się w zastanej sytuacji, ale ile jest rodzin, które się kompletnie, wobec choroby i śmierci bliskich, nie mogą odnaleźć? I do tego jeszcze, w ekstremalnych sytuacjach, często dochodzą cechy, których nigdy przed sobą nie ujawniali.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że cynizm jest najgorszą cechą człowieka.

Tę wypowiedź Pani z Vancouver zapisałam sobie w notatkach z podróży. Jej doświadczenie jest bardzo ważne. Nikt z nas tak naprawdę nie wie, jak postąpi w obliczu choroby i śmierci członka rodziny. Nie mamy gwarancji, że zachowamy się szlachetnie. Istotne jest, że Janusz Kondratiuk w swoim filmie uniknął tonu moralizatorskiego. Nie można osądzać tych, którzy swoich bliskich oddają do specjalnych ośrodków. Jestem od tego daleka. Nigdy nie wiemy, co się naprawdę w ich czterech ścianach dzieje. Moralność każdego człowieka jest jego własną sprawą.

 A Pani dba o relację z bliskimi?

Miałam czternaście lat, kiedy opuściłam dom rodzinny. Wyleciałam z gniazda bardzo wcześnie. Kocham moją rodzinę, ale dziś wszyscy jesteśmy bardzo daleko od siebie. Czasem pod słowem najbliżsi, kryją się również ci, z którymi wcale nie łączą nas więzi rodzinne. Na to pracują lata. Jedno jest pewne, relacje z tymi, których noszę w sercu, zawsze będę pielęgnować.

Życie bierze Pani na serio?

Jestem zodiakalnym Wodnikiem i nie jest to w mojej naturze. Nie układam życia pod linijkę. Właściwie nic nie ułożyłam tak, jak należy. Ale nie jestem jakimś oderwanym od ziemi lekkoduchem. Wiem, co się wokół mnie dzieje. Wiem, kto potrzebuje pomocy. Można na mnie polegać. Dotrzymuję danego słowa. Jeśli tylko czas pozwala, chętnie zmieniam klimat. Wystarczy jeden telefon, jedna chwila i już jestem w podróży.

Daje się Pani życiu zaskakiwać.

I na plus, i na minus. Czasem dostaję bardzo dużo, a czasem tak boleśnie mało, że się zastanawiam, dlaczego… Nie myślę tu tylko i wyłącznie o zawodzie, chociaż ten determinuje nasze życie. Kiedy po studiach dołączyłam do zespołu Teatru Narodowego w Warszawie, Teresa Budzisz-Krzyżanowska powiedziała „Córeczko, pamiętaj, ten zawód lubi sprawiać zawód”. Lubi, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Ze spokojem patrzy Pani w przyszłość?

Budowaniu swojego miejsca na ziemi, szukaniu przeznaczenia zawsze towarzyszy niepokój. Mądrzy ludzie mówili mi, że najważniejsze jest tu i teraz. Rozpamiętując przeszłość i wybiegając w przyszłość, której i tak nie da się przewidzieć, nie żyje się teraźniejszością, nie zauważa się tego, co jest obok. Próbuję nauczyć się jakoś to wszystko wypośrodkować. Kiedyś rzadko mi się to udawało. Dziś, coraz częściej jestem tu i teraz. Dostrzegam codzienność, cieszę się jej małymi i wielkimi wzlotami. Ale, jak każdy, popełniam błąd strachu o to, co będzie dalej. Nie jestem od tego wolna.

„Po mojej mamie chciałabym odziedziczyć umiejętność wybaczania.”

To moje słowa! Z jakiegoś wywiadu…

Udaje się to Pani?

Mama jest w naszej rodzinie łagodzącym ogniwem. Mówi zawsze, że nie można być pamiętliwym i że trzeba wybaczać. Staram się, ale to są właśnie te największe życiowe wyzwania: cieszyć się chwilą, nie żyć przeszłością i umieć wybaczać. Bylibyśmy idealni, będąc wyposażeni w te wszystkie umiejętności na raz. Życie czasem bywa trudne, ale na szczęście jest procesem… Ważnym krokiem jest już samo uświadomienie sobie, że coś idzie nie tak… To cenne w człowieku i za to lubię ludzką naturę.

A przecież gdybyśmy wszyscy byli idealni, nie sądzi Pani, że byłoby nudno?

 Rozmawiała Ola Grądzka
Fotografowała Barbara Mechowska – Kleyff

1 2 3

TVP Info pokaże relację z wręczenia Nobla Oldze Tokarczuk

„Coś jest ze światem nie tak”. Mowa noblowska Olgi Tokarczuk