Bartosz Kruhlik: Robiąc filmy, czerpię z życia garściami

Jesteś odważny?

Bardziej niż prywatnie, myślę, że jestem odważny jeśli chodzi o kino. W tej kwestii nie uznaję kompromisów. Nawet gdy rozmawiam sam ze sobą, zawsze grzebię jak najgłębiej i wiem, że czemuś to służy. Dla mnie kino jest wentylem do pokazania siebie w pełnej krasie. Ja się w tym właśnie języku wyrażam. Takie karty zostały mi rozdane. A w życiu, być może, nie zawsze stać mnie na odwagę.

Robisz filmy o tym co Cię niepokoi, zatrważa, przeraża w dzisiejszej rzeczywistości?

„Supernova” to mój dziesiąty film, tylko pierwszy długi. Nigdy nie zrobiłem niczego, żeby przekazać jakąś ideę albo powiedzieć komuś „masz żyć tak czy tak”. Mnie interesuje po prostu człowiek, tu i teraz, a jeśli wysnują się z tego dodatkowe interpretacje, to się cieszę. Może to, co teraz mówię brzmi zbyt prosto. Robienie filmu to proces. Nie napisałem „Supernovej” w trzy dni i oczywiście są w niej różne tematy poboczne, które z biegiem czasu rodziły się podczas pracy nad tekstem, natomiast moją prywatną dominantą na pewno nie była chęć, by pokazać komuś „zobacz, świat jest taki”, raczej „zobacz, świat jest piękny i brutalny jednocześnie, nie rozumiem go, ale chciałbym razem z tobą bliżej mu się przyjrzeć ”. Robiąc „Supernovą” chciałem zobaczyć jak zachowają się ludzie postawieni w obliczu wypadku drogowego i tak surrealistycznego przeżycia jakim jest śmierć. Ciekaw byłem, jak trzej główni bohaterowie z tego wyjdą. Każdy z nich pochodzi przecież z innego świata, każdy dostał inne szanse na dzień dobry, a połączył ich przypadek.

Obserwujesz ludzi na co dzień?

Uwielbiam to robić. Dam taki przykład. Jakiś czas temu, kiedy czekałem na przejściu dla pieszych, razem ze mną stał ojciec ze swoim kilkuletnim synkiem. Synek siedział w takim zabawkowym samochodzie, coś a’la mini Ferrari i był do niego przypięty pasami bezpieczeństwa jak w normalnym aucie. W pewnym momencie, bardzo chciał nacisnąć guzik przywołujący zielone światło, ale nie mógł dosięgnąć ręką do przycisku. Wtedy ojciec, nie chcąc rozpinać tych pasów, odruchowo podniósł cały samochód z chłopcem do góry, tylko po to, by ten mógł nacisnąć guzik. Z mojej perspektywy, a stałem nieco dalej od nich i przekładając sytuację na oko kamery, oglądałem ją jakby w planie ogólnym, wyglądało to absurdalnie, ale też było w tym jakieś ciepło. Gdybym użył tej sceny w fabule, mogłaby ona bardzo zbliżyć do bohatera – kochającego ojca. Życie dla filmowców jest jak cylinder, z którego wyciągamy kolejne sztuczki. To, pełna bogactwa, studnia bez dna. Po co mam wymyślać coś na siłę, jeśli wystarczy przyjrzeć się życiu, wsłuchać się w nie i przełożyć to na język filmu. Robiąc filmy czerpię z życia garściami, bo jest ode mnie po prostu dużo mądrzejsze.

„Supernova” to dramat z elementami thrillera.

Budowanie napięcia na ekranie, to coś co przychodzi mi stosunkowo łatwo, w pewnym sensie jest dla mnie „naturalne”, tak jakbym był lepszy w jakiejś konkretnej dyscyplinie sportu, niż w innej. Ale też szukam atrakcyjności tam, gdzie zdawać się może, że jej nie ma. Wolę, jak za pistolet chwyta przysłowiowy Kowalski, który broń trzyma pierwszy raz w życiu, a nie James Bond. To dużo ciekawsze.

Skąd ten film się w Tobie wziął?

W 2014 roku w sylwestrowy poranek zdarzył się w Polsce bardzo tragiczny wypadek, w którym młody kierowca jadąc po środkach odurzających, zmiótł z powierzchni ziemi dwie rodziny. Sześć osób zginęło na miejscu. Najróżniejsze media przez ponad miesiąc codziennie wracały do sprawy. Pamiętam, że fakt ten poruszył moją wyobraźnię i taką zwyczajną ludzką strunę we mnie tak bardzo, że nie mogłem się z tego otrząsnąć, a przecież nie byłem kimś spokrewnionym z ofiarami czy nawet naocznym świadkiem. Wypadek ten otworzył mnie na napisanie filmowej historii. Oczywiście fikcyjnej, niemającej nic wspólnego z prawdziwą tragedią, ale głębokiej, uniwersalnej i poruszającej. To było jak olśnienie, przebłysk, prawda. Często tak mam. Stąd się bierze cała moja twórczość. Z jakichś powodów filmy robię na serio. Gdybym dostał cudzy scenariusz, który dla mnie byłby letni, nie wiem czy umiałbym go zrobić. Czułbym się wtedy jak zatrudniony rzemieślnik. Połączenie z serduchem byłoby zerwane.

Ile Ciebie jest w „Supernovej”?

Mimo, że nigdy nie przeżyłem wypadku drogowego, ani takie zdarzenie nie miało miejsca wśród bliskich mi osób, to jest w tym absolutnie sto procent mnie. Nie mówię, że identyfikuję się z którymś z bohaterów, ale wszyscy są mi bliscy. Może dlatego w każdym filmie tak bardzo dojeżdżam te swoje postaci, bo chcę coś przepracować? W tym momencie czuję, że tylko tak umiem opowiadać.

Dużo to kosztuje?

Na premierze w Gdyni, tuż po projekcji filmu, trudno mi było utrzymać łzy na swoim miejscu. Mimo, że film skończyliśmy wiele miesięcy wcześniej, pierwszy raz poczułem wtedy, że coś się ze mnie uwalnia. Oddałem w kosmos jak najbardziej szczerą propozycję, z nadzieją, że być może będzie dla kogoś cenna. Włożyłem w ten film cholernie dużo. Swoją przeszłość, dzieciństwo, sukcesy, porażki. W każdą postać, w każdą minutę filmu, próbowałem wlać moje odczuwanie.

A jako widz, wziąłeś coś dla siebie?

Nie wiem, czy jest to w ogóle możliwe, by na swój film patrzeć okiem widza. To tak jakbym miał odkleić się od samego siebie. Ponadto, mój własny film nigdy nie poharata mnie tak jak chociażby „Roma” rok temu, kiedy spotkałem się z inną duszą, która zagrała na moich strunach, zaproponowała coś wartościowego.

Robiąc „Supernovą” dojrzałeś?

Napisałem ją jako „trzydziestkę” i schowałem do szuflady na 3-4 lata. To był czas, w którym o projekcie nie myślałem, ale on we mnie żył. Nie rozpracowywałem go na co dzień, ale on istniał. Te kilka lat sprawiło, że nabrałem dystansu, a on z kolei dał mi łatwość w rozwinięciu tej historii, nadaniu jej głębszego sensu, ciężaru. Kiedy wróciłem do scenariusza, czułem jakby nie był mój. Myślę, że gdybym zrobił ten film wcześniej, byłby on płaski psychologicznie, publicystyczny. Poza tym, wyobraź sobie ten film krótszy o połowę. Przy pomocy życzliwych mi osób, uzmysłowiłem sobie, że z tej historii nie będzie dobrego filmu krótkometrażowego.

Bohaterowie, których stworzyłeś, są Ci bliscy?

Dla mnie, zawsze, wszyscy są równi. Nikt nie jest z założenia dobry lub zły. Ciekawiło mnie wrzucenie tych wszystkich postaci w kocioł dwustumetrowej szosy na której wydarzyła się tragedia, zamieszanie w tym kotle i pozostawienie ich samych sobie. Wszystkim im kibicowałem tak samo. Nie oceniałem ani policjanta, wydającego się być ostatnim sprawiedliwym, ani wiejskiego pijaczka, ani sprawcy wypadku. Uważam, że każdy zasługuje na szczere, obiektywne spojrzenie. Kluczem było, by nie zrobić płaskich bohaterów na zasadzie prostego kontrastu – Czarny Charakter vs Superbohater, tylko Matys, Nowak i Makowski postawieni w sytuacji, która ich wszystkich przekracza.

W miarę upływu czasu i biegu wydarzeń, emocje w stosunku do każdego z bohaterów zmieniają się. Kogoś, do kogo widz na początku żywi niechęć, później traktuje ze współczuciem.

Bardzo jestem szczęśliwy, że to mówisz, bo po to też ten film robiłem. Jeśli chciałem, żeby cokolwiek zostało z niego odczytane, to właśnie nie górnolotne idee, o których nic nie wiem albo mogę się mylić, tylko szczery odbiór na poziomie elementarnym, zrozumienie że wszyscy jesteśmy równi i nie ma prostych rozwiązań. Jestem świadomy, że „Supernova” jest dziwna jeśli chodzi o klasyczne pojmowanie historii na ekranie. Ona jest skomplikowana i niedoskonała w stosunku do paradygmatu amerykańskiego scenariusza, gdzie musi być jasno określony główny bohater, w którym dokonuje się czytelna przemiana. Ja do dzisiaj nie wiem kto jest tą główną postacią, a kiedy pytam osób postronnych, każdy wskazuje kogoś innego. Pisząc, trochę się tego bałem. W pewnym momencie postanowiłem jednak przestać myśleć na kim się skupić i za kim podążać. Ufałem, że historia uzyska wspólny mianownik dla wszystkich postaci.

Dość ryzykowne.

Nie jest to wygodny punkt wyjścia, ale ja sam nie jestem konformistą jeśli chodzi o kino. Być może będę miał pod górkę. Na tę chwilę nie wyobrażam sobie jednak robić czegoś łatwego i przyjemnego. Żyją we mnie tylko nieoczywiste projekty. A przygoda z „Supernovą” wciąż trwa. Wydaje mi się, jakbym wylał gorącą lawę, która dopiero teraz zaczyna się formować. Żyje. Nauką jest dla mnie odbiór widzów, mimo, iż jestem absolutnie pewien, że filmy i w ogóle sztukę robi się tylko i wyłącznie dla siebie.

Nie wierzysz w widzów?

Oczywiście, że wierzę.

To dlaczego filmów nie robisz z myślą o nich?

To, o co pytasz, jest abstrakcją. Ten, co siedzi po mojej prawej, lubić może coś innego niż ten, co siedzi po mojej lewej. Chyba, że robiłbym wykalkulowaną komercję popartą badaniami. Ale kiedy ja wyrzucam coś z bebechów, kiedy siedzę po nocach w montażowni, nie robię tego dla widzów. Kim są widzowie? Ja ich nie znam. To anonimowa masa. Ale paradoksem jest, że film właśnie do nich trafi. Finalnie, nie oczekuję, że ktoś będzie pisał rozprawki, na tak lub na nie, dotyczące mojego filmu. Ale miło jest, gdy ktoś to co zrobiłem skonsumuje inaczej niż dziś konsumuje się szeroko pojętą kulturę. Gdy ktoś się tym głębiej przejmie. W sumie, robię to też po to, by sam się głębiej przejąć.

Nie myślisz komu film się może spodobać lub kto go odrzuci?

Jednocześnie myślę o tym i jest to poza mną. Nie rozkładam filmu na czynniki pierwsze i nie analizuję tego pod kątem komu konkretny dialog spodoba się bardziej. Jeśli już myślę, to pod względem całego konceptu. Wiedziałem, że historia tragedii drogowej nie pozostawi obojętnym nikogo, bo jest boleśnie uniwersalna. Moim zadaniem było nie spieprzyć tego na podstawowym poziomie. Użyłem wszystkich swoich talentów, by ta opowieść była przede wszystkim przejmująca i jak najlepiej zrealizowana.

Ty naprawdę to co robisz traktujesz bardzo poważnie!

Może aż za poważnie? Może trzeba upuścić z tego wszystkiego powietrza? Nie wiem. Może kiedyś jeszcze zmieni mi się perspektywa… Może założę rodzinę i to ona będzie tym, co otworzy mnie na inne postrzeganie. Dziś, cały czas mam wrażenie, że rozliczam się ze swoimi demonami, albo próbuję je oswoić, robiąc filmy najlepiej jak potrafię.

Kino to misja?

Filmy takie jak nasz, na pewno świata nie zmienią, ale kino środka ma ogromną siłę, coś w nas uzdrawia. Przykładem jest „Green book”, który na mnie samego działał w zaskakujący sposób. Dla osób, które nie zajmują się filmem, świat kina jest jakby nieosiągalny, ale zarazem ważny. Jeśli szary człowiek w jednym, drugim i trzecim filmie widzi poruszany konkretny temat, słyszy jak się o tym mówi, w jaki sposób się problem traktuje, to coś zaczyna się w nim oswajać. Coś, czego nie rozumie – czyli najczęściej coś, czego się boi – zaczyna być mu coraz bliższe.

Sztuka ma prowokować do dyskusji?

Sztuka jest po to, żeby nakłuwać, ale nie uważam, że ma szokować dla samego szokowania. Nie powinna być w żadnej mierze cenzurowana, blokowana z nadania. Sztuka powinna być wolna. Twórcy powinni być wolni od cenzorów w postaci ministrów, wojewodów, czy urzędników. Ja staram się nie iść na kompromisy. To, co z siebie wyrzucam, biorę z serca. Gdybym myślał o tym jak wygładzić film, być może „Supernovą” zrobiłbym po „amerykańsku”. Coś mi jednak podpowiadało, bym szedł swoją drogą i ja się temu nie sprzeciwiałem ani z tym nie walczyłem. Cenzora nie można mieć też w sobie.

Dlaczego w ogóle zostałeś reżyserem?

Słuchałem ostatnio rozmowy Leszka Możdżera, który powiedział: „To nie ja wybrałem muzykę, tylko ona mnie.” Wydaje mi się, że dotyczy to wszystkich dziedzin sztuki. Ja pochodzę z małego miasta, nie mam żadnych rodzinnych koneksji względem świata sztuki czy kina, a od początku coś mnie w świat filmu pchało. Kiedy miałem 15 lat dostałem kasetę VHS z filmem „Amadeusz” Miloša Formana. Obejrzałem go tego samego dnia dwukrotnie, raz za razem, nie rozumiejąc dlaczego muszę to zrobić. Wcześniej zaczytany byłem w komiksy, których w tamtym okresie miałem zdecydowanie więcej niż książek. Język obrazkowy żył we mnie, a Forman odkręcił korek. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że skończę łódzką filmówkę, a w 2019 premierę będzie miał mój debiut fabularny, ale wiedziałem, że kino to ja.

Nagroda w Gdyni. Niespodzianka?

Niespodzianka jak na film, którego miało nie być w Konkursie.

Jaka jest jej wartość?

Dosłowna wartość dzieje się właśnie teraz. Po festiwalu każdego dnia spotykam się z ludźmi, dostaję propozycje zawodowe, których wcześniej nie otrzymywałem. A prywatnie, jako dla filmowca, ma wartość symboliczną. Zostać wyróżnionym na Festiwalu uznawanym za najważniejszy w Polsce – to miłe. W tym naszym, nie dość dużym, środowisku filmowym, udało mi się zaistnieć i spuentować to nagrodą. Choć najbardziej cieszę się z tego, że duża część ekipy i przede wszystkim obsady była ze mną w Gdyni. Że przeżywaliśmy to razem. To im należą się ogromne brawa i pokłony. Zrobiliśmy ten film wspólnie i każdy zostawił w tym projekcie część siebie.

Rozczarowuje Cię bycie twórcą w dzisiejszej Polsce?

W żadnych czasach nie rozczaruje mnie bycie twórcą, bo wiem, po co nim jestem. Jedyne, co mnie rozczarowuje, to kontekst, w którym przyszło nam teraz tworzyć. To nie jest różowa sytuacja, ale paradoks polega na tym, że im jest trudniej, tym lepsze powstają dzieła. Przykładem niech będzie chociażby kino irańskie, rumuńskie czy greckie. Mam takie powiedzenie, że zawsze jest jakieś wyjście i tego się trzymam.

Jesteś wolny?

Jestem wolny, bo coraz mocniej rozumiem jak bardzo jestem niedoskonały. Kiedyś wydawało mi się, pewnie jak większości z nas, że jestem półbogiem. Pogodzenie się ze swoim miejscem w kosmosie lub bardziej zrozumienie tego, wyzwoliło we mnie wolność.

Wierzysz w przypadki?

Przypadek i przeznaczenie to niepisane tematy „Supernovej”. Z tym jest jak z kurą i z jajkiem. Co było pierwsze? Co rządzi życiem? Nie mam pojęcia. Odczuwam oba te zjawiska. Są okresy kiedy twierdzę, że coś się dzieje za sprawą przypadku, a później oceniam to jako coś, co było mi pisane. Może to było po coś? A może to tylko zwykły chaos niemający niczemu służyć? Szanuję jedno i drugie, nie wiedząc czy w ogóle istnieją.

Kiedy ostatnio zrobiłeś coś pierwszy raz?

Pomidor. 🙂

A co dalej z „Supernovą”?

Gdynia była naszą polską premierą. Przed nami premiera międzynarodowa, która odbędzie się w listopadzie na festiwalu w „Black Nights Film Festival” w Tallinie. Jesteśmy tam w konkursie debiutów. Bardzo się cieszę, gdyż będzie to pierwsza konfrontacja filmu z zagraniczną publicznością i od razu na festiwalu klasy „A”. Natomiast do kin „Supernova” wchodzi 22 listopada. To wszystko jest dla mnie dość niezwykłe, bo w założeniu miał to być projekt telewizyjny w formacie 60 minut z dość niskim budżetem, a wyszedł z tego pełnoprawny film z ważnymi festiwalami na koncie oraz kinową dystrybucją. Jak widać, czasami warto pogrzebać w tych swoich bebechach.

rozmawiała Ola Grądzka
zdjęcie główne Krzysztof Mystkowski
zdjęcie w tekście Anna Bobrowska

1 2 3

„Pan T.” najlepszym polskim filmem na Festiwalu Camerimage

Polska oczami Pałacu Kultury – debata w Teatrze Żydowskim