Barbara Wypych: Staram się być szlachetna, rzetelna i oddana

Lubisz wracać do Kalisza?

Lubię. W Kaliszu wszystko się zaczęło. Wiele osób właśnie tam we mnie uwierzyło i dostrzegło mój potencjał, tam rozwijałam swoje zainteresowania i pasje. To miejsce to moja rodzina, z którą, ze względu na zawodową aktywność, rzadko się widuję. Kalisz budzi dobre emocje. Kiedy zdarza się, że ktoś mnie rozpozna, spotykam się z bardzo miłymi reakcjami. Nie tak dawno dostałam Nagrodę Prezydenta Miasta za dotychczasowe osiągnięcia, czego absolutnie się nie spodziewałam. Odczuwam uznanie na każdym kroku, być może dlatego, w Kaliszu uśmiech rzadko znika mi z twarzy.

Zawdzięczasz coś temu miejscu?

W Kaliszu skończyłam szkołę muzyczną: pierwszy stopień w klasie fortepianu, drugi stopień w klasie fletu poprzecznego. Mimo, że nie jestem instrumentalistką i na instrumentach gram rzadko, to szkoła ta wiele mi dała. Rozwijałam w niej swoją wrażliwość, poznawałam inny rodzaj zachowań, zdobywałam umiejętność, między innymi, organizacji czasu. Łączyłam tę szkołę z edukacją w szkole powszechnej i na każdym etapie pojawiał się ktoś, kto mnie wspierał, pomagał w dążeniu do tego, co mnie interesowało. A interesowała mnie scena. Od zawsze była dla mnie fascynująca i niezwykła. Zaczynałam od najbardziej banalnych przedstawień w szkole podstawowej, śpiewania w parafialnej scholi i udziałów w konkursach recytatorskich czy wokalnych.

Rodzina niewątpliwie dała mi najwięcej. To gdzie jestem, to co robię i to jakim jestem człowiekiem, najmocniej zawdzięczam rodzicom, a w szczególności mamie. Ona, co prawda, wychowywała mnie dość twardą i surową ręką, ale dzięki temu w wielu sytuacjach potrafiłam sobie radzić.

Surową i twardą ręką…

Nie mam na myśli przemocy, bardziej chodzi mi o sposób wychowania. Zamiast pochwał częściej słyszałam krytykę. Ta z kolei, akurat na mnie, działała mobilizująco. Z perspektywy czasu mogę to przyznać. Do dziś jej potrzebuję. Chociaż czasem krytyka bywa dotkliwa, jest potrzebna. Wtedy nie spoczywam na laurach, więcej od siebie wymagam.

Jej źródłem są troska i miłość?

Oczywiście. Wiem, że mama bała się o moją przyszłość. Koledzy, którzy studiowali inne kierunki tonęli w książkach, a ja opowiadałam o zajęciach, na których pracujemy z ciałem. Wydawać się to mogło banałem. Jednak z czasem zaczęła zmieniać zdanie i wiem, że teraz jest ze mnie dumna. Ponadto, mimo iż kilka lat temu sceptycznie podchodziła do moich decyzji i wyborów, nie raz w nie powątpiewając, to z drugiej strony umożliwiała mi udział w egzaminach wstępnych do szkół teatralnych i podróże po Polsce.

Skąd pomysł na szkołę filmową? 

Ze sceną związana byłam od najmłodszych lat i uzależniłam się od pewnego rodzaju emocji. Najpierw chciałam śpiewać, później grać na instrumentach, ale nic nie sprawiało mi takiej radości jak praca z tekstem, praca na emocjach. Wybór był chyba intuicyjny. Po prostu czułam, że bycie na scenie mnie rozwija. Wiedziałam, że za każdym razem jestem w stanie dać coś widzowi i ten rodzaj aktywności był dla mnie fascynujący. Każda kolejna rola to podejmowana od nowa praca, coś z czym na nowo trzeba się zmierzyć. A ja nie boję się wyzwań i chętnie je podejmuje. W miesiącach kiedy gram mniej lub nie gram w ogóle, za sceną, ludźmi, energią, adrenaliną i tremą, tęsknie.

Aktorstwo niesie w sobie misję?

Jeżeli pracuję nad materiałem dramatycznym, to jako aktorka – osoba, u której doskonalony jest zmysł obserwacji, umiejętność odwzorowywania pewnych zachowań, umiejętność bycia w określonych okolicznościach na scenie, itd., robię wszystko, by widz znalazł coś dla siebie. Korzystam też z prywatnych emocji i przeżyć, przez co zbliżam się do postaci, którą gram. Te wszystkie części, które tworzą spójną całość, być może dadzą widzowi przestrzeń na refleksje, przypływ emocji. Może to jest ta misja?  Ponadto, jeśli już wykonuję ten zawód, to z szacunku dla osób, które zdecydowały się kupić bilet i pozwolić sobie na tego rodzaju rozrywkę, staram się wykonywać go na miarę moich umiejętności. Uważam to za swój obowiązek. W aktorstwo wpisany jest egoizm. Nie wypieram się go. Jednak, tak jak wszystko na świecie, musi być on odpowiednio wyważony. Cienka granica dzieli od przejścia na drugą stronę, a zatem od zbytniej koncentracji na sobie, utracie czujności na to, co dzieje się dookoła. Mój Dyrektor Maciej Englert, kolejny mentor na mej drodze, powtarza, że nie powinniśmy wyzbywać się z siebie dziecka. Dzieci patrzą na świat z ogromną ciekawością i naiwnością, tak strasznie chcą się uczyć i aktor taką samą naiwność i infantylność obserwacji powinien mieć. Nie można się zamykać ze swoim ego, trzeba się otwierać na to, co nas otacza.

Aktorstwo to wymagający zawód?

Samemu należy narzucić sobie dyscyplinę. Samemu dla siebie należy być dyrektorem. Jako aktorka, cały czas jestem w procesie. Za każdym razem pracujemy z inną materią, z innymi ludźmi, z każdym nowym spotkaniem dozbrajani jesteśmy w nowe doświadczenia, nową energię. I to jest piękne. Każdy kolejny projekt niesie ze sobą niepokój. Mnie to bardzo nakręca. O tyle jestem pasjonatką i lubię ten zawód z całym jego przekleństwem i błogosławieństwem, bo czuję, że cały czas się rozwijam. Być może niedługo zagram sportsmenkę lub do roli będę musiała przytyć 20 kilogramów…?

Jesteś na to gotowa?

Jeśli miałabym fachową pomoc i pewność, że jest to bezpieczne, to jak najbardziej. Ponadto musiałabym wiedzieć, że jest to rola, dla której warto się tak poświęcić. Podobnie mam z nagością, której zarówno w filmie jak i w teatrze jest dużo, ale często jest ona nieuzasadniona. Jeżeli materiał jest na tyle bogaty i daje powód, by faktycznie się obnażyć w konkretnym celu, wtedy nie mówię nie. Ale jeśli służyć ma za dodatek i ornament, element przyciągający uwagę, stawiam opór.

Mówienie „nie” przychodzi Ci z łatwością?

Jest trudne. Ciało, obok umysłu i wrażliwości, jest moim narzędziem pracy, ale nie oznacza to, że można je wykorzystywać. Mam swój kręgosłup moralny. Gdy coś jest wbrew moim przekonaniom i uczuciom, w delikatny sposób o tym mówię. Doświadczyłam już dwóch takich sytuacji. Miałam wystąpić rozebrana, ale udało się osiągnąć kompromis. Warto się odważać i na takie tematy rozmawiać.

Jest coś, czego dzisiaj wiesz, że byś nie zgrała?

Zanim się wejdzie na plan i podpisze dokumenty, upływa dużo czasu. Najpierw odbywa się casting, później czytanie scenariusza, kolejno rozmowy na temat postaci. Jeśli wszystko jest jasne, nie widzę przeciwwskazań. Kiedyś miałam wątpliwość, czy zagrać w jednej produkcji. Pani Krystyna Janda powiedziała mi wtedy „Jesteś młoda, powinnaś grać jak najwięcej”. I uzmysłowiłam sobie, że faktycznie, jeśli czas mi pozwala, to dlaczego mam nie spróbować gry w serialu, dlaczego pozbawić mam siebie doświadczenia, które samo do mnie przychodzi. Bez względu czy w teatrze czy na planie filmowym, jestem uczciwa i oddana.

Jesteś perfekcjonistką?

Absolutnie nie! Zostawiam przestrzeń na pewnego rodzaju niedopowiedzenia, które dają szansę spontaniczności i improwizacji. Na planie czy na próbie jestem świadoma tego co zagrać, ale nie wiem jaką energię będzie miał partner, nie wiem jakie warunki stworzy reżyser. Czasem przecież się na coś nastawiamy, a w konsekwencji, właśnie przez te wszystkie niezależne od nas czynniki, ale mające wpływ na naszą pracę, efekt jest inny. W tym zawodzie należy być elastycznym, mając przy tym własne zdanie.

Krystyna Janda jest autorytetem?

Zawsze z wielką ciekawością przyglądam się Pani Krystynie. Niezaprzeczalna ikona polskiego aktorstwa, niezaprzeczalny autorytet. Z ogromnym dystansem potrafi mówić o sobie, z niezwykłą czułością potrafi myśleć o innych aktorach, z wielką ciekawością obserwuje ludzi i niewyobrażalnie intensywnie pracuje. Pani Krystyna prawie codziennie gra spektakle, reżyseruje, prowadzi dwa teatry, których jest dyrektorem artystycznym, pisze felietony… Mogłabym wymieniać i wymieniać. Kobieta renesansu. Po każdym spotkaniu mam przypływ determinacji i zapału do dalszych działań.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że aktorstwa nie da się nauczyć. Co zatem jest najważniejsze w tym zawodzie?

Szczęście jest ważne. Gdybym go nie miała, nie spotkałabym ludzi pchających mnie do przodu, nie uczyłabym się w szkole aktorskiej pod okiem profesjonalistów, nie dostałbym roli w „Kamieniu”, nie byłabym w Teatrze Współczesnym…

A może to kwestia Twojego talentu i umiejętności?

Boję się tak o sobie mówić. Wciąż pracuję nad poczuciem własnej wartości i całe szczęście nie mam takiego ego, które spowodowałoby, że zadzieram nosa. Tego, czego nie mogę sobie odmówić, to pracowitości. Pasjonuje mnie, gdy stają przede mną nowe wyzwania. Kiedy śpiewam koncert, z własnej woli idę na lekcje śpiewu. Kiedy gram w produkcji dotyczącej konkretnych czasów lub epoki, zatapiam się w literaturze, która pomoże mi tamten okres lepiej zrozumieć, oglądam inspirujące obrazy. Lubię swoją wrażliwość, choć czasem mnie zabija. To cecha, na której bardzo dużo buduję. Aktorstwa nie da się nauczyć, i jeśli nie czuje się tej pasji, odpada się w przedbiegach.

Ten zawód jest niesprawiedliwy?

Owszem. Widzę to siedząc w środku tego świata. Mam wielu bardzo zdolnych kolegów, którym wielu umiejętności zazdroszczę, ale nie mogą oni trafić na odpowiednich ludzi. Być może to kwestia charakteru, zbyt silnego zdania, a może właśnie wręcz przeciwnie. Ponadto, ten nasz świat również zdominowany jest przez media społecznościowe. Bardzo często obok talentu, na równi stawiana jest liczba followersów na Instagramie, która to ostatecznie decyduje o wyniku castingu. Ktoś kto ma dwa tysiące obserwujących, jest świetny i idealnie pasuje do roli, nie raz przegrywa z tym, który również jest świetny, ale jego wartością dodaną jest liczba 48 tysięcy followersów. Ten drugi ma większą siłę przebicia i jest lepszym materiałem promocyjnym produkcji.

Aktorstwo uczy pokory czy rozdmuchuje ego?

To zależy od konkretnej osoby. Czasem sukces, paradoksalnie, trudniej jest znieść niż porażkę. Można być na fali, kręcić się w centrum uwagi, mieć aprobatę mediów, producentów, fanów. Można być produktem hot i czuć się wyjątkowo. Ale kiedy tego braknie, ciężko jest sobie poradzić z pustką.

Czytam bardzo dużo książek o artystach, biografii, wywiadów. Poczucie pewnej wyjątkowości jest w tym zawodzie ważne, ale w nadmiarze szkodzi. Grozi uśpioną czujnością na otoczenie i drugiego człowieka. Koncentracja na samym sobie, łącząca się z wysoką rozpoznawalnością, siłą głosu, swego rodzaju władzą – uzależnia, odbiera, zaburza, zamazuje.

Jesteś wdzięczna innym za to gdzie dziś jesteś?

“Zawsze można lepiej. Zawsze można więcej”- często słyszałam to w domu. Potrafię docenić to, co mam i być wdzięczną. Szanuję siebie za tytaniczną pracę, którą włożyłam by być tu gdzie jestem i jednocześnie jestem wdzięczna tym wszystkim na mej drodze, którzy mnie rozwijają, którzy pokazują, że wstyd, brak odwagi, rodzaj kompleksu nie powinny mieć miejsca. Jestem wdzięczna za projekty, w których uczestniczę, za to w jakim tempie rozwija się moja droga zawodowa. Przecież dopiero cztery lata temu skończyłam szkołę! Przez ten czas wydarzyło się o wiele więcej niż się tego spodziewałam. Nie spoczywam na laurach, a wdzięczność okazuję swoim oddaniem.

Jak definiujesz sukces?

Sukces to zwieńczenie pewnego procesu, pewnej drogi. To pomyślny koniec etapu, na który poświęciłam określoną ilość czasu. Grając nie myślę o nagrodach, ale każda, którą dostałam, to wyróżnienie za pewien etap. To jego docenienie.

Tych wszystkie nagród nie boisz się nazwać sukcesami?

Nie, nie boję się. To są sukcesy, na które ciężko pracuje. Ponadto najbardziej się cieszę, gdy uda mi się poruszyć coś w drugim człowieku – kiedy dzięki moim odkryciom na scenie, ktoś odkrył coś w sobie lub dla siebie –  to największa nagroda.

Nigdy nie bałaś się, że sukces może Cię zepsuć?

Podczas Festiwalu Szkół Teatralnych kiedy jednego dnia dostałam kilka nagród, wszystko się zmieniło. Przestałam być anonimowa. Trafiłam do Teatru Nowego w Poznaniu, gdzie przez 4 miesiące zrobiłam w zastępstwie jeden, bardzo rzadko grany, tytuł. Czułam, że coś jest nie tak. Festiwal brzmiał we mnie echem. Chciałam pracować, chciałam tworzyć, chciałam grać nowe role, a tego nie było. Spotkałam się ze ścianą.

Cenne doświadczenie?

Oczywiście. Ten czas był dla mnie o tyle potrzebny, że potem doceniłam to, co przyszło za kilka miesięcy. Tak samo jest w życiu – frustracje, rozczarowania, złość, z czasem przynoszą oczyszczenie i otwierają nowe drzwi. To, co w danej chwili wydaje się smutne i złe, z biegiem czasu okazuje się być najlepszym z możliwych. Dziś, kiedy przegrywam casting, powtarzam sobie, że to widocznie nie było dla mnie. Nie ten czas, nie to miejsce, nie ci ludzie.

Nie szukasz akceptacji?

Wcześniej jej szukałam. Szczególnie na castingach, gdzie przychodzi się, by zagrać dwie sceny ze ścianą, czyli bez partnera, co często bywa paraliżujące. Pamiętam również, jak bardzo chciałam zostać zaakceptowana przez Dyrektora Englerta. Chciałam, by nie żałował decyzji o moim angażu. A Dyrektor Englert powiedział jedno zdanie, które zmieniło moje dotychczasowe myślenie i które niesie mnie do tej pory. „Basia, nie staraj się udowadniać, że jesteś wartością. Ty już jesteś wartością”. Zrozumiałam, że będąc na castingu, naddatek nie jest w cenie. Należy mieć świadomość kontekstu, historii, bohatera, do którego jesteśmy przesłuchiwani, jego relacji z innymi, i zwyczajnie dać się nieść temu, co mamy w sobie. To wszystko okazuje się być bardzo proste, tylko nie wiedzieć czemu, sami sobie wiele komplikujemy. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie szukam akceptacji. Staram się być szlachetna, rzetelna i oddana. Pracuję z szacunkiem i w szacunku, aby wśród ludzi, na których mi zależy tę akceptację pozyskać. Skupienie na rzeczach najistotniejszych daje prawdziwe efekty.

Na ile jesteś sobą w tym zawodzie?

Jeżeli gram w farsie moim zadaniem jest rozśmieszyć ludzi wchodząc w iluzję wyolbrzymionego świata, w którym niezbędna jest też autentyczność. Jestem bardzo kolorową postacią nakreśloną grubą kreską, teoretycznie to nie jestem ja, ale muszę bazować na moim poczuciu humoru czy dystansie do samej siebie. Widz, po kilku minutach spektaklu orientuje się w tej konwencji i decyduje czy w to wchodzi, czy też nie. Czy to go bawi, czy nie. To taka umowa. Jeżeli gram dramat, również buduję na własnych emocjach, skojarzeniach i obserwacjach. Czasem ma to dla mnie formę autoterapii. Zdarza się, że tekst monologu, albo temat sceny jest zbieżny z tym, co wydarza się w życiu. Wtedy bezkarnie zrzucam nadmiar kłębiących się emocji, ale nikt nie wie, że przeżywam jakiś rodzaj oczyszczenia. To wszystko w ramach sztuki. W przypadku “cięższego materiału”, bez zaangażowania emocjonalnego i bez pewnych odkryć, ciężko jest być przekonującym i wiarygodnym, w moim poczuciu. Chociaż zapewne można osiągać to na różne sposoby. Każdy aktor bazuje na czym innym. I to jest pięknie różnorodne. Są osoby, które między ujęciami opowiedzą kawał, a gdy pada hasło: „kamera, akcja” grają tak, że ciarki biegną od stóp do głów.

Ty tak masz?

Jeszcze nie. Ja potrzebuję chwili, muszę się skoncentrować, uruchomić wyobraźnię, mieć kontakt z partnerem. Ale to, o czym powiedziałam wyżej, widziałam u Kingi Preis podczas kręcenia „Stulecia Winnych”. Potężny talent, świadomość i doświadczenie. Ale też dowód na to, że tak się da. Pamiętam, jak kręciliśmy scenę zabójstwa mojej Kaśki w „Kruku” – myślałam o tym kilka dni przed, bo wiedziałam, że będzie to najtrudniejsza dla mnie scena. Tego dnia byłam bardzo spięta i zestresowana, a moje ciało nie było zdolne do pracy tak, jak to sobie wyobraziłam. Trud i wysiłek były ogromne, a scena na ekranie trwa kilka sekund. Nie na wszystko mamy wpływ. A to zdarzenie, jakże dla mnie trudne, wiele mnie nauczyło. A czasem jest zupełnie inaczej. Atmosfera podczas prób, kontakt między partnerami powodują, że poruszona zostaje struna, która uruchamia coś prawdziwego i niezwykłego. Nikt nie potrafi tego zdefiniować ani nazwać.

Masz takie szufladki z napisem „nie otwierać”, do których na potrzebę roli jednak zaglądasz?

Raczej nie. Wydaje mi się, że dość świadomie korzystam z różnych emocji, które w sobie noszę. Przed zagraniem wymagającej sceny, dbam o sprzyjający rodzaj skupienia. Często na planie reżyser służąc radą, okazując czułość w stosunku do aktora, potrafi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, poruszyć wrażliwość. I wręcz przeciwnie – ponaglając, strofując, może doprowadzić do totalnej blokady.

Doświadczasz w tym zawodzie spełnień?

Jestem wdzięczna za to, w jaki sposób rozwija się moja droga aktorska. Cały czas świdruje mi w głowie myśl: “co dalej? co jeszcze?”. Stuprocentowe spełnienie jest chyba nieosiągalne. To, co się wydarza, jest spełniające, ale nie na tyle, by spoczywać na laurach. Cały czas szukam bodźców i zmian. Są dni kiedy jestem z siebie zadowolona, a później napotykam trudność. Trzeba być czujnym i uważnym. Rozwój, to podstawa. Czasem czegoś bardzo mocno pragniemy, to zaczyna się dziać, siły wyższe pomagają, kosmos nam sprzyja, proces jest długi, mozolny, ekscytujący, ale kiedy już to mamy, nie umiemy znaleźć w tym szczęścia. Dobrze jest być w tym procesie, ulegać przeobrażeniom, brać udział w nowych rozdaniach.

W życiu działasz wedle planu?

Szkoła filmowa i czwarty rok dyplomowy uruchomił efekt domino. Ruszył się pierwszy klocek i od tamtego momentu, różnym tempem, ale to domino wciąż pracuje. Nie mam w naturze brania udziału w wymuszonych spotkaniach, promowania swojej osoby. Moim zadaniem jest dbanie o rozwój, bycie w dobrej kondycji, bycie w gotowości do podjęcia rozmów, do stawienia czoła wyzwaniu.

Nigdy nie spodziewałam się, że będę żyć w Warszawie, że będę grać w Teatrze Współczesnym, że będę udzielać wywiadów. Czasem rzeczywistość przerasta moje oczekiwania. A ja daje na to przyzwolenie. Co nie zmienia faktu, że odważnie marzę i chciałabym spotykać jeszcze więcej inspirujących ludzi, dzięki którym sama będę mogła inspirować innych. To jest niesamowita wymiana energii międzyludzkiej.

Lubisz kiedy życie Cię zaskakuje?

A kto tego nie lubi?

Warszawa jest Twoim domem?

Już chyba mogę tak mówić. W momencie kiedy zdecydowałam się mieć swoje własne mieszkanie, czuję, że coraz bardziej zakotwiczam się w tym mieście.

Szczęśliwym się jest czy się bywa?

Chciałabym powiedzieć, że szczęśliwym się jest. Ale na tę chwile, na tę godzinę, na ten dzień, kiedy rozmawiamy, powiem, że szczęśliwym się bywa.

Rozmawiała Ola Grądzka
Fotografowała Marta Balicka

1 2 3

„Pan T.” najlepszym polskim filmem na Festiwalu Camerimage

Polska oczami Pałacu Kultury – debata w Teatrze Żydowskim