Taki jest nasz świat- Łukasz Marzec i jego Harley Team

Pierwszy motor, pierwsza jazda

Moja pasja i zamiłowanie do motorów zrodziło się we wczesnych latach dzieciństwa. Już jako ośmiolatek jeździłem motorowerem Romet z silnikiem Jawy, mimo, iż był dla mnie za duży i siedząc na nim, nogami ledwo sięgałem jezdni. Większość kolegów w sąsiedztwie miała motorynki, motorowery Simson, Jawy potocznie zwane przez nas „Jawkami”. Myślę, że w ogóle region grójecki, z którego pochodzę był dość mocno, pod kątem tej motorowej pasji, rozwinięty. To był koniec lat 80-tych, początek 90-tych. Zupełnie inne czasy, kaski zakładaliśmy tylko na „dalsze trasy”. Wyjazd nad rzekę, do sklepu czy do kolegi odbywał się bez kasku. Dziś, kiedy nawet na rower zakładam swoim synom i sobie kask, jest to nie do pomyślenia. Wtedy jednak czuliśmy prawdziwą wolność, przerabialiśmy nasze sprzęty, by szybciej jeździły, kombinowaliśmy z zębatkami, pierścieniami na cylindrach, nieustanie regulowaliśmy gaźniki. Motorower dostałem od ojca, który też dzielił tę pasję. Tata na początku lat 80-tych kupił Jawę 350. W PRL-u był to naprawdę dobry motocykl. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, co to jest Harley. Harleya pierwszy raz zobaczyłem na początku lat 90-tych w filmie „Harley Davidson & Malborro Man”. Wywarł na mnie duże wrażenie i „coś zaczęło we mnie kiełkować”, ale w dalszym ciągu bardziej podobały mi się motocykle torowe, zwane potocznie ścigaczami. W międzyczasie, jako siedemnastolatek, uzyskałem prawo jazdy kategorii B i wtedy nie ciągnęło mnie do motocykli. Cztery kółka były czymś nowym. Były czymś, co na kilka następnych lat pochłonęło mnie bez reszty. Moi bracia, dalsi, bliżsi jeździli na motocyklach. Dwóch w ciągu kilku lat miało trzy poważne wypadki. Jeden z nich zginął w Warszawie w 2003 roku. To wybiło mi motocykle z głowy. Jednak nie na długo.

Jak miłość od pierwszego wejrzenia

Po kilku latach zacząłem na nowo zajmować się motocyklami. Wtedy też zainteresowałem się Harleyem. Nie Harleyami, a Harleyem. W 2006 roku Harley-Davidson wypuścił na rynek, na bazie swojego stosunkowo nowego modelu V-Rod, model VRSCR zwany Street Rodem. To Harley, który był chłodzony cieczą, miał trzy sekundy do setki i pozycję kierowcy na motocyklu, tak  jak na klasycznych motocyklach ulicznych- stopy po środku, nie z przodu jak w większości HD. Zakochałem się. Wymyśliłem sobie, że Harleyem jeździ się wolniej niż ścigaczem, więc mogę sobie na taki motocykl pozwolić. Pojechałem do dealera, ale okazało się, że trzeba czekać sześć miesięcy – za długo. Wróciłem do domu i zacząłem przeglądać ogłoszenia. To były chyba Święta Wielkiej Nocy. Znalazłem ogłoszenie faceta, który sprzedawał właśnie ten model. Zadzwoniłem do niego i zapytałem: „Czemu sprzedajesz nowy motocykl?” Odparł, co zresztą okazało się prawdą, bo  kontakt mamy do dziś, że kończy budowę domu, wspólnik go oszukał, a ekipa nie ma czym wykończyć łazienek, drugie dziecko w drodze, i tak dalej. Ustaliliśmy cenę przez telefon. Facet przystał, zastrzegając bym już się nie targował, bo i tak „ściągnął spodnie do kostek”. Zadzwoniłem do kolegi, że po świętach jedziemy po Harleya do Chorzowa. Kolega miał Kawasaki, pożyczył mi kask, kurtkę i pojechaliśmy. Tak właśnie stałem się posiadaczem 130 konnego Harleya. To była wiosna 2006 roku.

W stadzie raźniej

Pięć lat przejeździłem moim Harleyem jako samotny wilk. Jeździłem tylko po Polsce, głównie w Warszawie. Frajdę sprawiało mi ściganie się ze „szlifierkami’ od świateł do świateł. Często po wygranym wyścigu pytali mnie: „Stary, co to jest?” A ja na to z uśmiechem: „Jak to co? Harley.” W mieście miał nad „plastikami” kolosalną przewagę: był długi- model z tą samą ramą bierze udział w wyścigach na 1/4 mili w Stanach- przez co po maksymalnym odkręceniu manetki nie „szedł na tylne koło”, miał stosunkowo dużą moc i długie biegi. Dwójkę wbijałem przy 105, trójkę przy 160 i właściwie to był koniec, bo bez owiewek i bez położenia się zwiewało mnie z niego. Pierwsze lata jeździłem sam, nie należałem do żadnego klubu, aż do momentu w którym poznałem moją pierwszą żonę i jej ojczyma, który także okazał się być Harleyowcem. Pierwszy salon Harleya-Davidson’a w Polsce, w Zielonce pod Warszawą, należy właśnie do niego. To on zaszczepił we mnie stadne jeżdżenie i jeżdżenie na zloty. To był też czas, kiedy promował swoją książkę o ruchu Harleyowym w Polsce, przez co dużo jeździliśmy w grupach 3-5 osobowych. Mój motocykl jednak do tego typu jazdy się nie nadawał, nie miał kufrów na bagaże, pozycja z nogami ugiętymi w kolanach też nie sprzyjała dalekim wyjazdom. Podjąłem wtedy decyzję o zakupie klasycznego modelu Harleya z gamy motocykli Touring, czyli motocykli HD zaprojektowanych z myślą o turystyce motocyklowej. Bez zbędnego namysłu, pojechałem do Łodzi i zabrałem z salonu nowego Street Glide’a. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Ten motocykl sunął przez drogi, zapewniając komfort i bezpieczeństwo, o jakim wcześniej mogłem tylko pomarzyć. Mimo, że osiągi były słabsze niż w V-Rodzie, to aerodynamika pozwalała na osiąganie o wiele większych prędkości przelotowych. Z moim przyjacielem Jackiem, który też miał V-roda i za moją namową kupił Road Glide’a, także motocykl z gamy touring, jeździmy wspólnie kilka lat, zawsze w dwójkę trzymając średnią prędkość 170-180 przy wadze motocykli 385 kilogramów. Ale wracając do meritum, po zakupie drugiego motocykla, postanowiłem zapisać się do fabrycznego klubu motocyklowego Harley Owners Group i zrzeszyć się przy warszawskim chapterze, w którym działałem do ubiegłego roku. Od 2016 jestem zrzeszony przy amerykańskim chapterze tegoż klubu. Obecnie posiadam dwa Harleye, wspomniany Street Glide’a w trasy, oraz CVO Brekout Pro Street, czyli stylowy cruiser do jazdy w mieście, który wyparł siermiężnego V-Roda.

Jedno miejsce, jeden czas

To specyficzna subkultura, można pokusić się o stwierdzenie, że są motocykliści i Harleyowcy. Obecnie należę do HOG-a, czyli fabrycznego klubu HD. Istnieją także kluby Federacyjne Harley-Davidson oraz kluby MC i FG. Te ostatnie  działają wedle bardziej wysublimowanych i restrykcyjnych wewnętrznych reguł. Z przyjacielem Jackiem od roku jesteśmy Roninami, sympatyzujemy z kilkoma klubami  HOG-owskimi, HDC i MC – dzięki czemu jesteśmy zapraszani do wspólnych wyjazdów z tymi klubami. Nie ograniczamy się tylko do konkretnych komercyjnych imprez. Jeździmy tam, gdzie według nas, warto jechać. Jest to zaleta płynąca z przynależności do amerykańskiego chapteru HOG, które w odróżnieniu od polskich, zdają sobie sprawę z wartości klubu turystycznego. W Polsce komercyjne chaptery czasem próbują być klubami z zasadami MC i próbują wpływać na członków, co do ich preferencji wyjazdowych. Jeżeli ktoś dysponuje nieograniczoną ilością czasu, na zloty mógłby jeździć co tydzień. Idea zjazdów polega na spotkaniu się ludzi mających tą samą pasję, w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Nieodłącznym elementem zlotów są koncerty zespołów rockowych. Na mniejszych imprezach mamy gry zręcznościowe, konkursy jazdy, itp. Jako warszawski klub HD Warsaw Chapter Poland przy współpracy z Fundacją Spełnionych Marzeń co roku, z okazji Dnia Dziecka, pod eskortą policji jedziemy paradą przez miasto wioząc dzieci leczone onkologicznie. Na zloty generalnie jeździmy po to, by spotkać starych znajomych i poznać nowych – to jedna wielka rodzina, której nigdy nie nudzi się gadanie o motocyklach. W tym roku byłem na zlocie w czeskim Brnie, szwajcarskim Lugano, litewskiej Połądze, Karpaczu, Sopocie, Poznaniu, było też kilka innych wycieczek, rozpoczęcie sezonu. Czeka mnie jeszcze zlot we wrześniu w Austrii i wyjazd na zakończenie sezonu. Na razie liczniki w obu Harleyach wystukały około 13 tysięcy kilometrów.

Liczy się szacunek

Na Harleyu każdy jest sobie równy, nie ważne kto ile ma pieniędzy, co w życiu osiągnął i kim jest. Harleyowcy nie mówią do siebie per pan. Ze wszystkimi motocyklistami jesteśmy braćmi o tym samym statusie. Nie ma lepszych i gorszych. No, może z wyjątkiem prospektów, czyli motocyklistów którzy chcą dołączyć do danego klubu. Muszą oni wykazać się szczególnym zaangażowaniem w życie klubu, wspierając go w działaniach np. przy organizacji zlotu, czy przy imprezach charytatywnych. Po to, by po roku lub dwóch stać się pełnoprawnym członkiem klubu. Prospekci są na okresie próbnym tylko wewnątrz klubu, na zewnątrz mają takie same prawa i szacunek, jak każdy motocyklista.

Jak brat z bratem

W czerwcu tego roku wracałem samotnie z Lugano w Szwajcarii. Droga była okropna, padało, w Alpach temperatura spadła do 8 stopni. Za wszelką cenę chciałem tę trasę pokonać na raz, bez nocowania. Kiedy w Niemczech przestało padać, zaczął się wyścig z czasem, by wygrać ze zmęczeniem. Po 12 godzinach drogi, tankowałem już w Bolesławcu po polskiej stronie. Następne tankowanie zaplanowałem za Wrocławiem na drugiej dostępnej stacji na S8. Przemknąłem przez obwodnicę Wrocławia, mijając pierwszą  stację na S8 i znak informujący o następnej stacji za 107km. S8 to zmora motocyklistów, stacje są rzadko, a nie każdy motocykl ma duży zasięg, niektóre motocykle z gamy Harley-Davidson mają zasięg właśnie 100km. Wskaźnik podczas mijania stacji pokazywał pół baku paliwa. Cóż to na 107 km. Nic, chyba że ktoś stara się zrobić rekord toru. Tempo utrzymywałem takie samo, od momentu kiedy opuścił mnie deszcz, czyli 180-190 km/h – jak się okazało, to bardzo nieekonomiczna prędkość. Przekonałem się o tym po 30 km, kiedy spaliłem 1/4 baku – prosta matematyka uświadomiła mi, że na następne 77 zostało mi tyle samo. Szybka refleksja, zwolniłem do 110, tempomat i „karawanie’ prawym pasem odliczając kilometry do stacji: 40, 30, 20, 10, 9, 8, 7, 6, 5 i… mój kumpel gaśnie. Krzyczę, jak reżyser grany przez Kowalewskiego w filmie Nic śmiesznego „Nie! Nie! Nie!”. Wyrzucam na luz i toczę się tak kolejne 1000 m. Zatrzymuję się, wyrzucam kosę-podnóżkę, włączam awaryjne, zdejmuję kask, wyjmuję telefon i dzwonię po Asistance –  ktoś musi mi dowieźć paliwo. To pierwsza taka sytuacja w mojej karierze Harleyowca. I nie zdążyłem skończyć rozmowy z help center, zejść z motocykla, gdy w tym samym czasie zatrzymało się auto. Wysiadł facet i pyta czy coś się stało. Z rozbrajającą szczerością oznajmiłem, że zbrakło mi paliwa. Facet nie wiele myśląc odparł: „Wsiadaj, pojedziemy na stację, wiesz może gdzie jest najbliższa?”. Tylko 4 kilometry stąd- odpowiedziałam. On: „Wsiadaj, poznaj moją córkę, jedziemy od 12 godzin z Luksemburga, sam jestem motocyklistą jeżdżę w klubie FMB Siedlce FG, dlatego się zatrzymałem. Wiem przecież, że nikt dobrowolnie nie stałby w tym miejscu”. Okazało się, że mamy wspólnych znajomych z Grójca i ogólnie świat jest mały. Opowiedział mi o ostatnim wyjeździe do Rumunii i Chorwacji. Oczywiście żadne zadośćuczynienie na miejscu nie wchodziło w grę, jego honor na to nie pozwalał, wymieniliśmy się numerami, by spotkać się klubami, bądź zwyczajnie na obiad w Warszawie. Cała operacja od zatrzymania do ruszenia po zatankowaniu trwała nie więcej niż 35 minut, krótkie dotankowanie i dalej do Warszawy. Po 16 godzinach i 1603 kilometrach byłem u celu, włączając w to przygodę z brakiem paliwa i poznaniem kolejnego „brata”, w momencie kiedy bardzo potrzebowałem pomocy. Taki jest nasz świat. Dwa tygodnie później w drodze na zlot do Karpacza, na tym samym odcinku spotkałem bikera z Radomia  na Hondzie CBR. Zawracałem, by dowiedzieć się, że jemu także zabrakło paliwa. Ale okazało się, że jego kumpel już dojechał na stację i zaraz wróci z pomocą. W przeciwieństwie  do niego zatankował pod korek.

Bezpiecznie do celu

Motocykl to duże ryzyko, wymaga ciągłego myślenia. Nie możesz sobie pozwolić na chwilę nieuwagi, rozkojarzenia. Ta chwila może cię kosztować życie. Przez jedenaście lat jazdy na Harleyu poznałem kilkuset motocyklistów. Niestety kilku z nich zginęło w wypadkach, sami w niczym nie winiąc. Wymuszano na nich pierwszeństwo bądź taranowano. Ja na drodze, innych kierowców traktuje jako czynnik nieprzewidywalny, niosący niebezpieczeństwo. My w Polsce jeździmy naprawdę źle. Ciągle zmieniamy pasy, okupujemy lewy, nie patrzymy w lusterka, jesteśmy agresywni. Rocznie po Polsce i w Europie robię na Harleyu 12-18 tysięcy kilometrów i wyjeżdżając z Polski czuję się bezpieczniej, a należę do osób, które nie są skore do krytyki własnego państwa. Na szczęście to też się zmienia- są lepsze drogi, prawo o ruchu drogowym jest bardziej restrykcyjne i surowiej egzekwowane. Wszystkim nam powinno się jeździć lepiej, ale dalej nie mamy nawyku patrzenia dwa razy w lusterka i nie rozglądamy się włączając się do ruchu. Motocykliści myślą o śmierci, jest to konstruktywne myślenie, które często okazuje się być hamulcem bezpieczeństwa. Memento Mori. Ale z drugiej strony, kiedy wsiada się na motocykl, o tym się już nie myśli. Przypływa adrenalina i koncentrujesz się na dotarciu celu.

Wysłuchała Ola Grądzka

1