Recenzja „Zimnej Wojny”

Dwa serduszka cztery oczy łojojoj
Co płakały we dnie w nocy łojojoj
Czarne oczka co płaczecie, że się spotkać nie możecie
Że się spotkać nie możecie, łojojoj

Mnie matula zakazała łojojoj
Żebym chłopca nie kochała łojojoj
Starzy o miłości mają, młodym kochać zabraniają
Młodym kochać zabraniają łojojoj

Kiedy chłopiec Boże miły łojojoj
I któż by miał tyle siły łojojoj
Kamienne by serce było, żeby chłopca nie lubiło
Żeby chłopca nie lubiło łojojoj

Mnie matula zakazała łojojoj
Żebym chłopca nie kochała łojojoj
A ja chłopca hac! za szyję, będę kochać póki żyję
Będę kochać póki żyję łojojoj

Pawlikowski w krystalicznie czysty sposób, z finezją znaną poetom opowiedział dramatyczną historię dwojga kochanków. I choć w filmie brak jest nagości czy krzyku, namacalne są namiętność, pożądanie, frustracja, ból, tęsknota, poczucie życiowej klęski, wzajemne niezrozumienie, wewnętrzne rozdarcie. Czuć opary wódki, dym wypalonych papierosów, duchotę paryskich klubów. Słychać muzykę i zniewalający głos Joanny Kulig. Piękniejszej opowieści o nieszczęśliwej i na wskroś prawdziwej miłości, nie znam.

Ona, Zula- młoda, wybuchowa dziewczyna, z iskrą w oczach i ogniem w sercu. On, Wiktor- ciepły, raczej powściągliwy artysta, dyrygent, pianista. Od pierwszego spotkania, ich oczy, ciała i dusze przyciągają się jak magnez. W wibrującym między kochankami powietrzu, poza namiętnością, czuć gorycz. Dzieli ich kilkanaście lat różnicy, pochodzenie, wykształcenie, temperament, charakter i spojrzenie na świat. Chcą znaleźć wspólne miejsce w zastanej rzeczywistości, ale na rozdrożach każde wybiera własną drogę. Kochają się by cierpieć. Nie pomagają im okoliczności i czas, który nigdy nie staje w miejscu. Wiktor korzystając z okazji wyjeżdża na Zachód. Szargana skrajnymi emocjami Zula decyduje się pozostać w Polsce. Pod maską lekko ordynarnej, pewnej siebie dziewczyny, kryje strach, niepewność i własne niedowartościowanie.

Kiedy po kilku latach spotykają się w Paryżu, Zula przychodzi, odchodzi, wraca, całuje Wiktora i ucieka. Wiktor czeka, tworzy, gra, ale życia skomponować tak jak nut, nie potrafi. Gdy dzielą ich setki kilometrów, cierpią tęsknotę i ból. Dystans łamie serce Zuli, tłamsi umysł Wiktora, rozrywa ich smutne serca. Gdy żyją ze sobą, nie rozumieją własnych pragnień i emocji. Pozostają względem siebie nieszczerzy, nie potrafią być lojalni. Nie zdolni są by wzajemnie współodczuwać. W niszczycielskim ogniu miłości spalają się. Dzieli ich życia sens. Wiodą smutną egzystencję, z której ram wylewa się rozczarowanie i żal Zuli. Zdawać by się mogło, że mają wszystko- siebie, sławę, muzykę, Paryż. A oni, nie mają jakby nic…

W niespełna 90 minut Pawlikowski obarcza widza całym bagażem doświadczeń filmowych kochanków. To, co najbardziej skomplikowane i wydarzyć się może tylko między kobietą a mężczyzną pokazane zostało w najprostszy, czyli najcięższy sposób. Minimalizm, symetria, prostota okazały się arcymistrzowskim środkiem do przekazania prawdy o nieszczęśliwych kochankach. A odpowiedź na pytanie dlaczego miłość, która niesie ze sobą namiętną siłę oddania i pożądania, w przeżywaniu życia okazać się może niszczycielską i destrukcyjnie toksyczną mocą, nie istnieje.

W filmie brak jest niepotrzebnych słów, zbędnych dialogów, nic nieznaczących postaci, bezcelowych scen. Każdy z bohaterów posiada własny charakter, jest wyrazisty i konieczny. Każdy z nich istnieje w sposób dla widza zrozumiały. Nie sposób krytykować Irenę- kompankę Wiktora, która pomogła mu zbudować zespół pieśni ludowych, Lecha Kaczmarka- partyjnego towarzysza lub paryską pisarkę- kochankę Wiktora. Każda z postaci prawdziwa i wiarygodna jest w tym, co robi. Pomimo melodramatycznego charakteru filmu, bohaterowie nie zostali pozbawieni humoru. Potrafią żartować, zawiązywać komiczne sytuacje, ciąć ripostą.

Elementem, bez którego film tak wybitnie nie wybrzmiałby są muzyka, taniec i śpiew. Spektakularne widowiska zespołu Mazurek, sączący się w tle jazz,  solowe występy Wiktora na pianinie przenikają pod skórę, przeszywają każdą materię, nadają fabule charakter, kreślą emocje bohaterów, wyznaczają tempo. A powtarzana jak mantra, ludowa pieśń Dwa serduszka cztery oczy stała się symbolem nieszczęśliwej miłości w każdym jej wymiarze. Najznamienitszą jednak jest wybrzmiewająca ponad wszystko cisza, którą tak odważnie posłużył się Pawlikowski. To właśnie ona daje wyraz intymnego i osobliwego charakteru opowiadanym wydarzeniom.

Zimna Wojna to utopiona w konkretnym czasie drugiej połowy XX wieku, zamknięta w czarno białym świecie, osobliwa i mistyczna historia, gdzie irracjonalna, ckliwa i liryczna romantyczność ściera się z żałosną, tępą i boleściwą rzeczywistością. Zimna Wojna przyspiesza bicie serca, spłyca oddech, wzbudza podziw, tnie jak nóż, wymierza policzek, skrapla się we łzach, głęboko dotyka. Ten film to arcydzieło. Tego filmu się nie ogląda. Widzi się go, słyszy, czuje i doświadcza. Ten film choć boli, oczyszcza. Bezwarunkowo piękny jest i szlachetny.

Tekst Ola Grądzka
zdjęcia Łukasz Bąk/materiały prasowe

1