Radomir Szumełda: Ja chcę tu normalnie żyć

Dzień dobry, miło Cię widzieć w tak dobrej formie. Trochę się przecież nie widzieliśmy.

Faktycznie, kilka lat minęło.

I czasy nam się trochę zmieniły.

Dziś widziałem na Twitterze sondaż, w którym aż 54 procent Polaków nie zaakceptowałoby Żyda w swojej rodzinie. Co więcej, w ciągu dwóch lat, współczynnik ten wzrósł o 10 procent.

Zawsze lubiłeś statystyki. Tak samo sprawa ma się zresztą z uchodźcami.

Jestem tym wszystkim szalenie zaniepokojony. Przede wszystkim tą zmianą nastrojów społecznych, tymi wszystkimi emocjami, które pojawiają się w społeczeństwie, a które są odgórnie sterowane przez polityków. Dokładnie, kilka lat temu miażdżąca większość Polaków nie miała nic przeciwko temu, żeby przyjmować uchodźców. Dziś te proporcje zupełnie się odwróciły. To, co dzieje się w szkołach, nienawiść, szykany, przemoc fizyczna, wszystko usprawiedliwiane jest normalnością. Agresja na ulicach ze strony organizacji neofaszystowskich okazuje się wysoką formą patriotyzmu. Przerażające! A to wszystko nie pozostaje bez echa, a co gorsza przybiera coraz bardziej negatywny wydźwięk. Polityka działania na najniższe instynkty człowieka rzeczywiście znajduje duże powodzenie. Ludzie się w tym odnajdują, a ja tego nie rozumiem.

Ten proces już jakiś czas trwa.

Ostatnio zastanawiałem się, jakie istnieją połączenia między tym, jak ludzie patrzą na poszczególne instytucje, a jakie czerpią z tych instytucji korzyści. I tak na przykład mamy Unię Europejską, która cieszy się niebywałym poparciem społeczeństwa polskiego, ale to dlatego, że Polacy czerpią z niej bardzo realne profity. Mamy samorządy, które cieszą się dużym poparciem społecznym, dlatego, że są one blisko ludzi i Polacy silnie czują korzyści, lub przeciwnie straty, wynikające z działalności tych samorządów. I mamy przecież różne instytucje demokratyczne, takie jak Trybunał Konstytucyjny, niezależne sądownictwo, samą Konstytucję i przez 27 lat Polacy nie czuli, że to właśnie ta Konstytucja i różne jej zapisy rozwiązują ich realne problemy, dają im namacalne korzyści. Kaczyński pokazał, że te wszystkie instytucje są niepotrzebne. Mimo, że ich nie ma, że nie trzeba szanować Konstytucji, to wy Polacy macie pięćset plus w kieszeni, za chwilę mieszkanie plus, więc po co wam ta cała demokracja. I Polacy się trochę temu poddali. Kolejnym naszym problemem jest bardzo niska świadomość obywatelska. Nie udało nam się zbudować społeczeństwa obywatelskiego, tak choćby, jak udało się to w krótszym czasie zrobić w Rumunii. Mamy zawaloną edukację, nikt nie nauczył dzieci czym jest demokracja, czym jest szacunek do drugiego człowieka, że społeczeństwo oznacza różnorodność, że tolerancja to wartość ponadczasowa, a hejt i nienawiść to coś, czego nam nie trzeba. Zaniedbaliśmy bardzo wiele aspektów. Zaniedbaliśmy my wszyscy, elity polityczne, inteligencja polska, czasem świadomie nie podejmując trudnych spraw, tak jak chociażby temat związków partnerskich, lub też robiąc to nieświadomie, cały czas będąc przekonanymi, że trzeba stawiać na wzrost gospodarczy, wzrost PKB, infrastrukturę.

A nie trzeba było?

Oczywiście, one wymagały nadrabiania, ale pominęliśmy rzeczy miękkie- edukację, wychowanie, budowanie relacji, tworzenie społeczeństwa obywatelskiego, wspieranie organizacji pozarządowych. I dzisiaj mamy proste zero-jedynkowe emocje.

Łatwo jest powiedzieć, że uchodźca to terrorysta.

Ale z drugiej strony jest pięćset plus. Tak bezkrytycznie przyjmujemy rzeczywistość.

Z tym, że pięćset nie wszystkim się należy.

To czy system ten jest sprawiedliwy, to odrębny temat do dyskusji. Ale nie ulega wątpliwości i nawet ja musiałem przedefiniować swoje myślenie, że bardzo wielu rodzinom te pieniądze rzeczywiście pomogły. Pospłacać jakieś chwilówki, wyprawić dzieci do szkoły, połatać dziury w mieszkaniach i był to bardzo potrzebny projekt socjalny. Od tego odwrotu już nie ma.

Koszt też jest olbrzymi.

Moim zdaniem, gdyby za jakiś czas okazało się, że naszej gospodarki na to nie stać, największą cenę zapłaciliby ci najbiedniejsi. Póki co, taki scenariusz raczej nam nie grozi. Oczywiście, jak wszystko, ten projekt również wymaga monitorowania. Trzeba też koniecznie pomyśleć o kobietach samotnie wychowujących dzieci, które dzisiaj są z tej pomocy wykluczone.

Ile to już lat, odkąd odszedłeś z Platformy?

Odszedłem po wyborach. Dokładnie tydzień po, sfrustrowany kampanią wyborczą. Obserwowałem liderów list wyborczych i miałem wrażenie, że ci ludzie nie mają żadnej idei, żadnej woli walki, żadnej woli zmiany, że to wszystko jest takie strasznie jałowe, że w tym wszystkim nie ma już żadnej myśli. Ale chyba nie tylko ja miałem takie wrażenia. Brałem udział w debatach przedwyborczych i słyszałem niektóre nasze „jedynki”, które nawet nie znały programu swojej własnej partii. Nie chcę ich wymieniać z imienia i nazwiska, ale były takie przypadki. Wtedy już zacząłem myśleć „Nie, ja w takim środowisku być nie chcę”.

Odchodząc nie zamierzałeś jednak rezygnować z polityki?

Miałem takie marzenie, żeby na pół roku czy nawet na rok dać sobie kompletnie spokój z jakąkolwiek działalnością społeczną, a tym bardziej polityczną. Miałem nawet taki pomysł, żeby wyjechać na parę miesięcy do Azji, „poszlajać się”, ale krótko po moim odejściu z partii, Kijowski założył na Facebooku grupę „Komitet Obrony Demokracji” i ja oczywiście natychmiast do niego napisałem, że jeśli nie ma nikogo na Pomorzu, to ja się tym chętnie zajmę. I niestety z moich planów urlopowych nie wyszło nic.

Impuls?

To był odruch serca. Od samego początku, niczego dobrego po rządach PiS-u się nie spodziewałem. Przecież oni natychmiast po tym, jak objęli władzę podjęli szereg działań, które nie pozostawiały złudzeń. Wiedziałem, że to będzie podła zmiana. Kiedy pojawiła się grupa KOD-u zgłosiłem się, bo uważałem, że trzeba bronić demokracji. Tu i teraz. Zrobiłem to bez żadnych kalkulacji. Przecież my się w ogóle nie znaliśmy, nigdy w życiu się na oczy nie widzieliśmy.

I Kijowski okazał się być nielojalnym graczem. Żałowałeś?

Nie. Ja wstąpiłem do KOD-u dla pewnej idei, wartości, a nie dla Kijowskiego. I oczywiście była to bardzo trudna sytuacja. Również osobiście, bo w którymś momencie stałem się głównym adwersarzem Mateusza Kijowskiego i wraz z innymi musiałem wziąć na barki odpowiedzialność za tę organizację. Musiałem też stawić czoła zarzutom, że ja próbuję tę organizacje rozbić, zniszczyć ten ruch społeczny, tę wielką pozaparlamentarną opozycję.  Wielu ludzi podpowiadało wtedy, że trzeba pozamiatać sprawę pod dywan, a ja stawiałem pytanie co by było, gdyby ta sprawa została zamieciona pod dywan i wyszła na jaw trzy tygodnie przed wyborami parlamentarnymi, gdzie jednym z ważniejszych liderów opozycji wciąż byłby Mateusz Kijowski. Wtedy PiS wzięłoby natychmiast większość konstytucyjną. To nie była tylko walka o uczciwość wewnątrz organizacji, to nie była też tylko moja osobista gorycz, bo czułem się oszukany przez Mateusza, z którym w między czasie się zaprzyjaźniłem, ale to było branie odpowiedzialności za całą opozycję. I mam nadzieję, że tak to kiedyś będzie czytane. Nie można walczyć o wyższe standardy w życiu publicznym, o praworządność, o zasady i reguły z jednej strony, z drugiej strony samemu je łamiąc. Odbijałem się od ściany do ściany, dużo mnie to kosztowało fizycznie i psychologicznie, ale przeszedłem przez to.

Politycznie jesteś po prawej czy po lewej stronie?

Centrum. Od dwudziestu lat tak się określam uważając, że z centrum wszystko najlepiej widać. Człowiek nie fanatyzuje. Natomiast pewne moje wektory myślowe odchylają się dzisiaj nieco bardziej na lewo, ale zawsze będę się trzymał blisko centrum. To sposób myślenia otwarty na różne argumenty, nie popadający w skrajność i to czyni go wartościowym.

Pewnie jak każdy przytomny Polak, czekałeś na projekty Prezydenta Dudy odnośnie sądownictwa.

Czekałem. Zanim się pojawiły, nie spodziewałem się rewolucji w stosunku do tych poprzednich pisowskich ustaw, ale byłem ciekaw prezydenckich rozwiązań. Teraz już wiem, że propozycje Andrzeja Dudy są tak samo fatalne, tak samo złe jak propozycje Zbigniewa Ziobry.

Duda to Twój Prezydent?

Duda został wybrany w demokratycznych wyborach i mandat na sprawowanie władzy posiada od społeczeństwa. Natomiast prezydent, który świadomie łamie Konstytucję, a Duda robi to świadomie, nie jest moim prezydentem. I pewnie nigdy nim nie będzie. Chociaż ma jeszcze trzy lata, aby się zrehabilitować, stanąć po stronie zasad i zacząć grać wedle reguł. A reguły spisane zostały w Konstytucji. Natomiast po przyjęciu ślubowania od kolejnego sędziego dublera, jestem sceptyczny, czy w nim w ogóle taka wola jest.

Ale te dwa weta miały dla Ciebie znaczenie?

Tak. To był niewątpliwie sukces lipcowych protestów. W pewnym sensie zatrzymaliśmy ten pisowski walec w rozmontowywaniu sądownictwa. Wtedy na ulice nie tylko dużych miast, ale co bardzo istotne także małych miejscowości, gmin i powiatów wyszli ludzie. Przecież tam, gdzie nie było sądów, ludzie przychodzili ze świeczkami pod remizy strażackie. Historia pokazuje, że nienawiść, agresja i każdy autorytaryzm nawet miękki, przegrywają. A nie ma takiej władzy, która nie boi się ulicy. Udało się też wtedy wbić klina w obóz rządzący, bo on nigdy już nie będzie taki sam, jak przed lipcem. Teraz widać, jak oni sami siebie nawzajem rozgrywają. A im więcej kryzysu u nich, tym większa szansa, że w pewnym momencie uda się ich pozbyć, w demokratyczny sposób oczywiście. I z korzyścią dla Polski, oczywiście.

Ucho Prezesa oglądasz?

Oglądam. Bardzo zabawne.

A zatem Andrzej czy Adrian? (śmiech)

W rozmowach towarzyskich zdarza mi się mówić Adrian. Chociaż parę razy gryzłem się w język. Może gdybyśmy jako społeczeństwo dawali więcej szans, to on poczułby, że ma wsparcie, ale z drugiej strony sam sobie na to zapracował. Kiedy Prezydent się obudzi i stanie po stronie Konstytucji, przestanie być Adrianem. Czekam.

Ale wam też się obrywa.

Zarówno my jak i opozycja parlamentarna, jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Pytanie, co można zrobić, nie mając żadnych narzędzi. Nie mamy też takich mediów po swojej stronie, jakie miał PiS będąc w opozycji. Mamy dzisiaj media, które są bardziej życzliwe samej demokracji niż opozycji. Rzeczywiście ten proces pogłębiającej się współpracy jest wskazany i on postępuje, ale wciąż trzeba to kontrolować i pilnować wspólnego głosu w sprawach fundamentalnych. Czekam też na pozytywne scenariusze dla Polski, ale wiem jak trudno będzie się z tym przebić. Zawsze kiedy mówimy pozytywnie, to nie jest seksi i to nie jest spektakularne. I wtedy właściwie media nie są zainteresowane, szeroka opinia publiczna, aż tak bardzo się tym nie interesuje. A to, co spektakularne z kolei nie jest dobre, bo pogłębia podziały, obniża poziom dyskursu publicznego. Świeży przykład, który wciąż mam w głowie, akurat odnośnie poziomu debaty, to wpis Krystyny Pawłowicz po śmierci Kacpra z Gorczyna. Niebywale podły.

„Liberalno-lewackie środowiska najpierw propagują wśród dzieci i młodzieży podatnych na różne niestandardowe zachowania – nienaturalne postawy i relacje, a potem, gdy te zaburzone zachowania są przez rówieśników brutalnie wytykane, i w skrajnych sytuacjach kończą się tragicznie, to lewaccy ideolodzy patologii obyczajowych odwracają kota ogonem i fałszywie, bezczelnie lamentują nad „morderczą nietolerancją” rówieśników. Nie siejcie patologii, nie będzie jej śmiertelnego żniwa.”

Nie wiem czy tą kobietą kieruje tak dalece idący cynizm i ona się potem krytyką, która na nią spada bawi czy ona naprawdę jest człowiekiem pozbawionym empatii, jakiejkolwiek wrażliwości i racjonalnego myślenia. Nie wiem.

Kiedy my po prostu zaczniemy być tolerancyjni?

Pamiętasz dyskusję sprzed pięciu lat, na temat związków partnerskich, kiedy projekt ustawy wszedł do Sejmu? Wtedy nawet politycy z tej liberalnej opcji mówili, że to nie jest ten czas, że społeczeństwo jeszcze nie dojrzało, że nie teraz. To fatalne myślenie. W ‘98 roku kiedy we Francji wprowadzano związki partnerskie, czyli tak zwane paksy, 70 procent społeczeństwa było temu przeciwne, 30 procent było za. Po dwóch latach działania paksów we Francji, te proporcje dokładnie się odwróciły. To pokazuje jak prawo zmienia świadomość, jak prawo wpływa na zmianę postaw społecznych. U nas w ostatnich latach bandyci uliczni i kibole okazują się być patriotami i wzorami do naśladowania. Przecież dzieciaki to wszystko widzą, czytają różne portale, budują w sobie takie postawy, żeby wyszydzić czy zgnoić kogoś, kto jest inny. Bo to jest dobre, polskie i patriotyczne. Bo nie można być innym. To są zaniedbania na poziomie szkoły i edukacji, ale też zaniedbania legislacyjne ostatnich trzydziestu lat.

Gdzie są nauczyciele i wychowawcy?

Nie wiem. To jest strasznie smutne, bo od wykształconych ludzi oczekuję wzmożonej wrażliwości i empatii. Ja tego nie rozumiem. Nie chcę pochopnie nikogo oceniać, ale jeżeli nauczyciele chowają głowę w piasek i nie chcą dostrzegać tych problemów, a może, aż strach pomyśleć, że czasem pochwalają takie postawy, to jest karygodne. Wtedy nie są godni by tytułować ich pedagogami i wychowawcami. Chociaż w to wierzyć nie chcę. Jedno jest pewne nauczyciel powinien uczyć szacunku, a zdaje się, że w wielu przypadkach brakuje tych właśnie dorosłych ludzi. Brakuje też katechetów. Gdzie są katecheci w szkołach, w dużych miastach i szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie wydaję mi się, że tej przemocy jest więcej. Jako przykład podam Kartuzy i Kościerzynę. Tam dzieje się dużo więcej złego niż w Gdańsku. A tak samo są tam kadry nauczycielskie. I często zadaję sobie pytanie, dlaczego to się wszystko dzieje.

Ciebie te sprawy obchodzą bardziej niż niejednego z nas.

Smutek miesza się z gniewem. Bardzo osobiście przeżywam te tragedie, bo sam od 12 roku życia zmagałem się z depresją związaną z tym, że jestem inny, że mam inną orientację. Wtedy nie byłem w żaden sposób hejtowany, bo nikt o tym nie wiedział, nikt się nie domyślał. Natomiast ten strach, gdyby otoczenie się dowiedziało i mnie zlinczowało, był przeogromny. I ta przeraźliwa samotność. Bo tacy młodzi ludzie są bardzo samotni. Nie wiedzą gdzie pójść, z kim rozmawiać, nie radzą sobie ze swoją innością i nęka ich strach przed otoczeniem, a to powoduje bardzo silne głębokie depresje, które czasem kończą się tak strasznie tragicznie.

Rodzice wiedzieli?

Nie. Pierwszy raz z matką o tym, że mam problem z depresją, rozmawiałem dopiero w wieku 19 lat, kiedy był to już bardzo głęboki stan.

Powiedziałeś, że masz problem z depresją, czy że jesteś gejem?

Nie powiedziałem jakie są powody tej depresji. Sama choroba to w Polsce temat szerokim łukiem omijany, a dotyka przecież coraz większego grona ludzi. Ja mierzyłem się z nią prawie trzydzieści lat. Ostatecznie udało mi się ją pokonać.

Wychowałeś się w Gdańsku?

W Górnym Sopocie, w bardzo fajnym środowisku, gdzie nigdy żadna krzywda mi się nie działa.

Kiedy im powiedziałeś?

Pierwsze osoby dowiedziały się po maturze.

Ciężko było tak żyć?

To były lata osiemdziesiąte, nie było Internetu, nie było literatury, nie było instytucji, do których można by się udać. Tak naprawdę, jako dziecko, nie miałem pojęcia, że istnieją jeszcze inni geje. Miałem poczucie ogromnej samotności i przekonanie o tym, że jest to coś nieprawdopodobnie złego, bo przecież zewsząd słyszało się różne żarty na ten temat, komunistyczne media donosiły czasem o przypadkach pedofilii i ja to z jakiegoś powodu łączyłem. Nie było skąd zaczerpnąć wiedzy na ten temat. Było jeszcze inaczej niż jest teraz i strasznie smutne jest, że mimo, iż czasy się zmieniły, to problem jest jakby ten sam.

Myślisz, że chodzi o wstyd?

Chyba bardziej strach, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Młodzi ludzie wciąż sobie z tym nie radzą. Badania sprzed kilku lat pokazują, że 70 procent nastolatków nieheteroseksualnych ma depresję z myślami samobójczymi włącznie- to przerażające. Przez te 30 lat, od czasów mojej nastoletniości, nie wiele się zmieniło. To jest wina państwa i wina nas wszystkich.

Przez nas oni nie tylko czują się inni, ale też źli.

Kiedy ja sie wychowywałem, duży wpływ miał na mnie Kościół. Moja rodzina była bardzo religijna i mnie się to kojarzyło z poczuciem grzechu, a nawet ciężkiego grzechu. Natomiast dzisiaj, możemy mieć pretensję, mówię o tych świadomych Polkach i Polakach, że być może zbyt mało presji czyniliśmy na władzę i elity, żeby zmieniać polską edukację i prawodawstwo w tym zakresie. A wszystko, co od nas wyjdzie pozytywnego w tej sprawie, to sygnały dla tych młodych ludzi, że nie są sami i mogą liczyć na wsparcie.

Tobie brakowało odwagi, żeby powiedzieć rodzicom?

Tak. I absolutnie nie wyobrażałem sobie, że mógłbym to zrobić. Rodzice dowiedzieli się, kiedy miałem 26 lat.

Jak zareagowali?

Mama zapytała i ojciec wtórował „Dlaczego mówisz nam o tym dopiero teraz? Sądziłeś, że będziemy ciebie przez to mniej kochać?” Reakcja była pozytywna, wręcz wzruszająca, a rozważałem różne scenariusze łącznie z tym, że będę musiał natychmiast się wyprowadzić. Ale do dziś reakcje po coming-outach są bardzo różne. Znam przypadki młodych ludzi, którzy wyjawili prawdę rodzicom i musieli pakować manatki.

Nie wyobrażam sobie wypędzić syna z domu, dlatego, że jest gejem.

Absurd, prawda? Ja miałem to szczęście, że kiedy przyznawałem się swoim przyjaciołom, nigdy nie spotkałem się z żadną negatywną reakcją. Jakiś czas temu z wiceprezydentem Gdańska, Piotrem Kowalczukiem, pomogłem chłopakowi  z Kartuz zmienić szkołę. Poddany był on straszliwym szykanom ze strony otoczenia na tle homofobicznym. Udało nam się załatwić mu miejsce w liceum na Zaspie w Gdańsku, gdzie cała klasa wiedziała o jego orientacji i nikt nie miał z tym problemu. Taka jest różnica, dwadzieścia kilometrów, a zupełnie inny świat i inna świadomość. Niestety, chłopak wykończony tym, co się wcześniej działo nie ukończył edukacji i w ogóle bardzo się martwię o jego przyszłość. Uciekł do Warszawy, wpadł w nienajlepsze, moim zdaniem, środowisko i koloruje sobie świat różnymi używkami. To, co przeżył w Kartuzach było traumatyczne. A teraz dodatkowo płaci za to cenę.

Angażujesz się, bo jesteś jednym z nich.

Chcę wszystkim powiedzieć: Nie jesteście sami. Naprawdę. Jest bardzo dużo ludzi o gorących sercach, którzy wam pomogą i kiedy źle się czujecie piszcie, choćby anonimowo. Na pewno znajdziecie pomoc.

Bo nie jest prawdą, że jesteście gorsi czy źli.

Zauważ, że dzisiaj w ogóle dokonuje się segregacji ludzi. Każdy, kto jest choć na centymetr z boku od PiS-u nie jest Polakiem. Prawdziwi Polacy są tylko u nich. To jest kłamstwo straszliwe. Zaraz powiedzą, że kilkadziesiąt procent społeczeństwa z przeróżnych powodów nie jest Polakami. Paranoja. A Polki i Polacy to również geje i lesbijki. Tak było, tak jest i tak zawsze będzie. To się nie zmieni. Ludzie LGBT są częścią całej ludzkiej populacji, na całej kuli ziemskiej i trzeba to zaakceptować. I po prostu pozwolić nam żyć. Tym bardziej, że kiedy tacy zagorzali homofobi dowiadują się, że w ich sąsiedztwie mieszka jakaś lesbijka, o której mieli przekonanie, że to bardzo miła i pomocna pani, czy bardzo fajny kolega z pracy okazuje się być gejem, to zmieniają swoje poglądy. I nagle okazuje się, że ten gej wcale nie czyha za każdym rogiem na ich dzieci, że ten gej kompletnie nikomu nie szkodzi, a wręcz przeciwnie- jest uczynnym, sympatycznym sąsiadem, który czasem przypilnuje psa, a czasem podleje kwiatki, a czasem pomoże wnieść wersalkę na drugie piętro. Nie dajmy się zwariować. My jesteśmy  n o r m a l n y m i  ludźmi i chcemy być zwyczajnie szczęśliwi.

Takie proste, a jednak trudne.

Wiesz, jestem w tegorocznej edycji Szkoły Liderów Politycznych. W czerwcu mieliśmy półtora dniowe zajęcia z wartości. Między innymi polegały one na tym, że spośród dwustu zapisanych wartości trzeba było wykreślić połowę, potem znów połowę i tak dalej, a na samym końcu zostawała ta najbardziej istotna dla każdego z nas.

To była tolerancja?

Honor. Im bliżej końca, tym było to trudniejsze, bo musiałem rezygnować i dokonywać wyboru eliminując rzeczy dla mnie niebywale ważne. Doszedłem do wniosku, że honor zawiera w sobie poczucie wolności – zawsze, nawet w bardzo ekstremalnych sytuacjach, potrzebę walki o wolność, uczciwość i wolę obrony bliskich przed złem. To moja definicja honoru. Później o tym dyskutowaliśmy. Koleżanki i koledzy z bardziej lewej strony dziwili się, że ja z tym honorem wyjechałem,  jak ludzie z ONR-u (śmiech). Ale tak mi się wydaje. Honor to miłość, wolność, uczciwość, empatia, wrażliwość na krzywdę. W tych zajęciach brały też udział osoby od Kukiza, z PiS-u i jak się później okazywało, tak niewiele nas między sobą różni.

I można się dogadać.

Pod warunkiem, że nie używa się kłamstw, propagandy i manipulacji.

Starasz się trochę odczarowywać tę naszą dzisiejszą rzeczywistość.

Po coming-outcie, dostałem tysiące maili od przeróżnych osób. Napisała do mnie, na przykład, sześćdziesięcioletnia pani, która dopiero co odkryła, że jej mąż, z którym są czterdzieści lat po ślubie, jest gejem i ona strasznie kocha tego męża, ale nie wie jak mu pomóc. Pisał do mnie lekarz psychiatra, który kilka lat wcześniej przyznał sam przed sobą przyznał, że jest gejem. W wyniku tego porzucił żonę z dwójką dzieci. Po pierwsze miał ogromne poczucie winy, że skrzywdził bliskich, których jednak kochał, z drugiej strony miał żal do siebie o straconą młodość. Lekarz psychiatra- wykształcony, świadomy. I bardzo dużo młodych ludzi, którzy nie radzili sobie ze swoją tożsamością i rzeczywistością, która ich otaczała. Kilkorgu z nich realnie pomogłem. Pamiętam, jak jechałem o pierwszej w nocy do Kościerzyny, bo bałem się, że chłopak zrobi sobie krzywdę. Staram się pomagać, na tyle na ile potrafię. Staram się manifestować postawy, które według mnie są właściwe. Staram się mówić o tych rzeczach, odnosząc się również do osobistych doświadczeń.

Jesteś wiarygodny.

Przecież ja sam bardzo dużo z tych emocji przeżyłem i doświadczyłem. Wiem, jakie to trudne. Może dlatego też mam łatwość w tym, żeby rozumieć i pomagać.

Ludzie Ci ufają.

Ale też wiele razy czułem się kompletnie bezradny. To były setki przeróżnych historii, wobec których nie mogłem nic zrobić.

Było ich za dużo?

Tak. To też uświadomiło mi rozmiar tego problemu i deficyt organizacji pozarządowych skierowanych właśnie do tych ludzi. Szczególnie w małych miasteczkach, gdzie tego nie ma. A tam są największe potrzeby i tam rozgrywają się największe dramaty.

Myślisz, że jeszcze będzie normalnie?

Tak. To wszystko musi się „przewalić”. Z czasem te złe emocje i złe postawy  skompromitują się, a ludzie otworzą oczy. Jesteśmy w pewnym procesie społecznym. Ja nie wiem, ile to potrwa. Dwa, sześć, a może dziesięć lat, ale to proces, który doprowadzi nas do szczęśliwego finału.

Optymistyczna wizja.

Rozmawiała Ola Grądzka
Zdjęcie Facebook/galeria z profilu Radomira Szumełdy

1 2 3