Paweł Maślona: Chciałem zrobić film, który ktoś pokocha

Masz ochotę na ciasto?

Ciasto?

Pyszny sernik tu podają.

Skoro tak mówisz.

Widziałam już Atak Paniki. Gratuluję. 

Dzięki.

Dobre kino. Tylko wątek tej video prostytutki…

…za mocny?

Trochę moją wrażliwość na tego typu sceny podrażnił.

Słyszałem ostatnio opinię, że o jedne ujęcie za dużo pokazaliśmy. Ale dla mnie ważne było, żeby tak to właśnie zrobić. Aby każdy mógł zobaczyć, jakie to naprawdę jest…

Dość obrzydliwe.

Ale wtedy widzisz, czego ta dziewczyna się wstydzi. Jeśli byś tego nie zobaczyła, nie poczułabyś później jej strachu przed zdemaskowaniem i upokorzeniem.

Na krytykę jesteś odporny?

Dopiero uczę się z nią obcować.

Stresujesz się przed pokazami?

To ciekawe, bo mimo że odbiór filmu jest bardzo dobry, to zawsze czekanie na pytania od publiczności, jest jakby czekaniem, aż się ktoś przyczepi.

I się przyczepia?

No nie, ale takie myśli mi wtedy towarzyszą. Tremę tę właściwą pewnie będę miał przed premierą za tydzień. Dzisiaj się cieszę. Lubię ten film pokazywać ludziom i sam lubię go oglądać po raz któryś. A to mnie się pierwszy raz zdarza! Nie uciekam od niego i każdemu pokazowi towarzyszą miłe odczucia. W Ataku jest dobra energia. Ona udziela się i mnie i widowni.

Wiem, że Atak podoba się nie tylko młodym ludziom, ale też panom i paniom po sześćdziesiątce.

Sporo jest kobiet, które przeżywają historię uzależnionego od gry komputerowej Miłosza i jego relację z matką. Ten wątek wyjątkowo mocno rezonuje u osób w średnim wieku.

Matka Miłosza zaimponowała również i mnie. Sama też mam syna (śmiech).

Dla dziecka wszystko.

Z Piotrkiem Domalewskim się znacie?

Tak.

Zazdrościłeś mu tych Złotych Lwów?

Jasne, że tak (śmiech).

I nie wytniesz tego przy autoryzacji?

Nie wytnę. Wiadomo, że takim wydarzeniom towarzyszy żal. Przecież udział w konkursie bierze się po to, aby dostać tę najważniejszą nagrodę. Ale cieszę się, że to właśnie on zwyciężył, a nie ktoś inny. Cieszę się za niego. Lubię Piotrka. No i mu zazdroszczę.

Ty za to dostałeś nagrodę Morgensterna. Zostałeś też nominowany do Paszportów Polityki. 

To miłe. Te wyróżnienia potwierdzają, że droga, którą wybrałem jest dobra. Są ludzie, którzy doceniają to, co zrobiłem. Ale to nie jest powód, dla którego robię filmy. Czasem nawet sobie myślę, że bez tych wszystkich nagród byłoby łatwiej. Ale z drugiej strony mam w sobie duszę sportowca, lubię rywalizację i lubię emocje związane z konkursami. Nawet kiedy przygrywam, to też ma swój charakter i wyjątkowy smak. Gdynia była dla mnie zajebistym doświadczeniem. Bardzo dobrze ten Festiwal wspominam, mimo przykrego doświadczenia, jakim było pominięcie nas przy rozdaniu nagród. Dokładnie pamiętam dzień przed finałową galą, który zawsze jest dniem najtrudniejszym. Wtedy wszyscy już wszystko wiedzą. Jeśli wygrywasz, dzwonią organizatorzy. Jeśli nikt nie dzwoni, nikt się nie odzywa, to też znasz werdykt. I to jest taki samotny, smutny wieczór. Ale doceniam to doświadczenie.

Pochodzisz z Kędzierzyna Koźle.

Tak, to Śląsk opolski.

I jak to się z tą reżyserką zaczęło?

Już jako dziecko lubiłem oglądać filmy…

Chodziłeś do kina?

Później tak, ale moje pierwsze doświadczenia to telewizor i VHS-y. To było coś! Chodziłem do wszystkich wypożyczalni w Kędzierzynie. Tą osiedlową, obejrzałem praktycznie całą.

Sam oglądałeś?

Czasem sam, czasem z rodziną. Ale zawsze to ja byłem tym, który chodził do wypożyczalni. Przez chwilę wciągnął się w to mój, starszy o trzy lata, brat. Był nawet taki moment, że rywalizowaliśmy na to, kto przyniósł lepszy film. Ale jemu się znudziło, a mnie zostało. Później zaczęło się kino, które w Kędzierzynie było niestety mocno ograniczone. Czytałem miesięczniki Film i Cinema. Wycinałem z nich zdjęcia, pisałem recenzje i wszystko zamykałem w zeszycie zatytułowanym „Reżyser”. Pod koniec podstawówki miałem już wyraźnie sprecyzowane marzenie, dotyczącego tego, co chcę w przyszłości robić. W Liceum zacząłem kręcić krótkie filmy z kolegami, zapisałem się do klubu filmowego NKF Groteska.

Pielęgnowałeś tę pasję.

Ale wtedy to były już ostatnie podrygi tego klubu. Z kolegami z Liceum byliśmy ostatnimi, którzy coś tam robili. To były w ogóle inne czasy, inny był sprzęt, inne były kamery, mniejsze możliwości. Ale kiedy miałem 19 lat zrobiłem czterdziestominutowy film pod tytułem Mleko. Na Festiwalu Filmów Niezależnych w Kędzierzynie Koźlu dostałem za niego nagrodę specjalną, którą wręczył mi Filip Bajon. Powiedział, że dobrze kombinuję i żebym zdawał do szkoły filmowej.

O czym była ta historia?

To był film o trzech kumplach. Każdy z nich musiał się zmierzyć z własnym lękiem. Sami nawet graliśmy główne role! Mój bohater bał się wyznać miłość dziewczynie, która bardzo mu się podobała, inny chłopak bał się wyznać, że jest gejem, a trzeci miał dziwny, irracjonalny strach przed ortodoksyjnymi Żydami. Lęk mojego bohatera spersonifikowany był poprzez wizję mleczarza, który nawiedzał go we śnie i w realu.

To faktycznie dobrze kombinowałeś!

I to mleko było symbolem niedojrzałości i strachu właśnie. To była moja pierwsza próba zmierzenia się z fabułą. Bałem się jednak zdawać do tej filmówki. Sądziłem, że się nie dostanę i że to wszystko szlag trafi i poszedłem na politologię do Krakowa. Tam dopiero, po czwartym roku zdecydowałem, że to już koniec i zdaję do Katowic.

I co Ty na tej politologii robiłeś?

Uczyłem się.

Nie masz poczucia, że te cztery lata straciłeś?

Wtedy tak o tym nie myślałem. Dziś jednak przyznaję, że to było straszne marnotrawstwo czasu. Bujałem się trochę z kumplami, ale z drugiej strony czegoś się też nauczyłem. Jestem po tych studiach mądrzejszy. Pamiętam, jak w trzeciej klasie liceum doszedłem do wniosku, że nic nie wiem o polityce i było mi z tego powodu strasznie wstyd. Zacząłem czytać gazety i się dowiadywać. Potem zacząłem czytać coraz więcej, aż się w to wkręciłem. Interesowała mnie filozofia polityki.

W szkole byłeś pilnym uczniem?

Nie byłem jakimś super buntownikiem i kujonem też nie byłem. Taki totalnie normalny byłem, a okres mojego dorastania określiłbym jako dość nudny. Zresztą przez długi czas byłem nieśmiały i myślałem, że jestem słaby. Charakteru, to ja nabrałem w okolicach trzydziestki.

Może to przez beztroskie dzieciństwo?

Takie było… I wiesz, ja zawsze miałem związane z tym poczucie wstydu. Czułem się dziwnie i źle, bo mój stary miał więcej pieniędzy niż rodzice kolegów. Przez to sporo doświadczeń moich kumpli, nie było moimi doświadczeniam. Ponadto Kędzierzyn jest mały, mój ojciec był i nadal jest osobą, którą wszyscy znają. Będąc nastolatkiem miałem poczucie braku anonimowości. Panowało też przekonanie, że nawet jeśli sam coś zrobiłeś, to pewnie ojciec za to zapłacił i załatwił. Ale generalnie miałem wygodne i spokojne życie.

Kumpli miałeś mniej ze względu na to, że tata miał pieniądze?

Nie, miałem swoją paczkę. Oni to akceptowali, a ja nigdy nie szukałem towarzystwa na podstawie statusu majątkowego. Masa dzieciaków, których rodzice mieli pieniądze to byli idioci, a ja miałem dobrą ekipę. Razem chcieliśmy coś robić, chodziliśmy do grupy teatralnej, robiliśmy kabarety, pisaliśmy. W liceum to zresztą co druga osoba pisała, ale w tym wyrażała się potrzeba ekspresji własnego ja i to było super. Cieszę się, że miałem wokół siebie ludzi, którym też się chciało i którzy też mieli ciśnienie, żeby coś robić.

W domu słyszałeś, że jesteś najlepszy?

Ojciec raczej zawsze miał względem nas spore oczekiwania. Chciał, żebyśmy byli ambitni i żebyśmy wszystko robili najlepiej, jak się tylko da. Wydaje mi się, że długo byłem jego rozczarowaniem. To się zaczęło zmieniać pod koniec liceum, kiedy wziąłem udział w Olimpiadzie Praw Człowieka. Dobrnąłem do finału i byłem piąty w Polsce. On wtedy poczuł, że ten syn to jednak nie jest porażka. Mama natomiast miała inne podejście. Chciała, żebyśmy byli fajnymi, normalnymi ludźmi, żebyśmy w przyszłości mieli rodziny i żyli szczęśliwie. Była polonistką.

Uczyła Cię?

Nie, ale polski generalnie lubiłem. Z chęcią pisałem wypracowania. Zawsze wtedy podpierałem się filmem i za te nadobowiązkowe przykłady miałem wyższe oceny. Tak samo na maturze. Polski był dla mnie prosty.

Co wyniosłeś z domu?

Ambicję i determinację w dążeniu do celu. Ale też otwartość na ludzi i na świat. Nawet dziś czuję, że lubię tak funkcjonować i najlepiej tę potrzebę zaspokaja plan filmowy. Tam mam wokół siebie kilkadziesiąt osób, wchodzę z nimi w relację, oni się w tym czasie zmieniają, ja się zmieniam, coś się dzieję. Lubię poznawać ludzi, tak myślę.

Jesteś uparty?

Jestem mocno zdeterminowany w tym, co robię. Jak już sobie coś wymyślę, nie jest łatwo mnie zniechęcić.

Atak Paniki był celem, którego wiedziałeś, że nie odpuścisz?

Pamiętam, że nawet w eksplikacji, którą składaliśmy do PISF-u napisałem, że zrobienie tego filmu, to sens mojego życia. I naprawdę tak czułem, tak myślałem i tak było. Na tamten moment, to był mój priorytet. I myślę, że z każdym następnym filmem będzie tak samo. W ogóle chęć zrobienia filmu wypełnia całkowicie tę przestrzeń, w której poszukuje się sensu. To samo w sobie staje się sensem i wszystko się temu podporządkowuje.

Dzielisz wtedy życie na dom i na pracę?

To staje się jednym i tym samym. W trakcie dni zdjęciowych nie ma czasu na myślenie o czymś innym. Spędzam kilkanaście godzin na planie, potem wracam do domu, kładę się spać, wstaję i znów jadę na plan. Ostatnie pół roku, okres preprodukcji, przygotowania do zdjęć i później właśnie zdjęcia to czas, kiedy istnieje tylko film. I w zasadzie nic więcej. W głowie nie ma już miejsca na nic innego. To nie jest zawód, który zostawia się przed drzwiami wchodząc do domu. Ten zawód włazi do domu razem z tobą, siada przy stole, kładzie się z tobą do łóżka…

Żona ma łatwość w akceptacji tego?

Trochę nie ma wyjścia. Akceptuje to, chociaż zdarzają się momenty trudne. Przy tym filmie akurat pracowaliśmy razem, ja jako reżyser, ona jako kierownik produkcji, więc było trochę łatwiej. Mieliśmy coś wspólnego i nie byliśmy od siebie daleko. Ale kiedyś, jak robiłem serial to przez okres dwóch miesięcy było tak, jakby mnie w tym domu w ogóle nie było.

Bycie reżyserem to misja?

Mam poczucie zobowiązania wobec siebie i wobec ludzi. Uważam, że jeśli ma się predyspozycje do wykonywania pewnych zawodów, a ja czuję, że do robienia filmów mam, to obowiązkiem jest robić to jak najlepiej i jak najuczciwiej. To zobowiązanie moralne i etyczne. To powinność każdego artysty, który oczywiście, może czasem zabłądzić. Ale ważne jest, aby zawsze na końcu, celem była możliwie jak najczystsza, najbardziej szczera i uczciwa ekspresja, na jaką może się zdobyć. A poza tym jeśli korzystam z pieniędzy publicznych, to tym bardziej uważam, że jestem winien oddać widzowi dobry film. Nie mogę dać dupy. Jeśli mam w rękach czyjeś pieniądze, muszę je jak najlepiej spożytkować. W tym przypadku każde inne podejście i myślenie tylko o sobie wydaje mi się nieetyczne.

Ataku pokazałeś to, co widzisz, to, co znasz, czy może to, co sobie wyobrażasz?

Kino to fantazja na temat rzeczywistości. Obserwuję świat i fantazjuję na ten temat po to, by na ekranie wykreować rzeczywistość, która jest inna od tego, co widzimy. Chcę wykreować rzeczywistość, która jest z różnych powodów ciekawsza, zabawniejsza, ale jednocześnie opowiada o tym świecie tu i teraz.

Jest prawdziwa.

Czasem może być nawet prawdziwsza, bo kreacja nie oznacza zafałszowania. To po prostu inny rodzaj podejścia do kina. Nie próba odwzorowania rzeczywistości, ale próba stworzenia własnej opowieści o tej rzeczywistości, dzięki czemu pewne sprawy można uwydatnić, obnażyć, pokazać takimi, jakimi są w istocie. Czasem taki efekt można uzyskać tylko poprzez przerysowanie właśnie. Ponadto kino pozwala na zbliżenie, które w życiu rzadko jest możliwe. Sytuacja, która dzieje się przy stoliku pod oknem jest dla nas niedostępna. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć tego faceta w portrecie, a kino pozwala nam wejść w różne sytuacje i spojrzeć na nie z zupełnie innej perspektywy. Z takiej, na którą rzeczywistość nam nie pozwala. Do tego dochodzą kolejne elementy, z których można korzystać, na przykład muzyka. Można też wykreować światło, w którym dana rzeczywistość się dzieje. Jest cała masa elementów, które pozwalają tę rzeczywistość filmową stwarzać.

Mówisz o tym z taką pasją…

Ja kocham kino. Uwielbiam w tej filmowej rzeczywistości to, że jest ona tak precyzyjna, tak dokładna, tak doskonała w przeciwieństwie do tej, w której żyjemy. Szczególnie tej naszej polskiej, gdzie krajobraz jest brudny, zawalony śmieciami, przypadkowy, chaotyczny. A w filmie jest estetyczny i w jakiś sposób cudownie wypreparowany. Kino jest wspaniałe.

Któraś z historii, którą przedstawiasz w filmie, jest ci bliska?

To wszystko fantazje. Również na temat siebie. Tam nie ma żadnej sytuacji jeden do jeden, która byłaby moja, ale jakąś część siebie w każdej z nich odnajduję. Nawet w tej samolotowej, która jest historią o piekle braku asertywności. Sam się z tym często zmagałem. Bałem się zachować w taki a nie inny sposób, albo nie zareagowałem odpowiednio na czas, bo się pojawiał rodzaj lęku o to, jak to zostanie odebrane. Ja biorę te wszystkie sytuacje i wykręcam je w różne strony. Zastanawiam się, co by było gdyby ktoś był tak bardzo pozbawiony asertywności, że zgodziłby się na wszystko. Często patrząc na bohaterów myślę, że sam mógłbym być którymś z nich, gdyby moje życie, w różnych momentach, potoczyło się inaczej. Łatwo jest mi się z nimi utożsamiać i z nimi być. W każdym jest coś ze mnie, ale też żaden nie jest mną.

Uśmiechasz się.

Tak sobie pomyślałem, że ten film, w gruncie rzeczy, jest osobisty. Wrzuciłem tam jednak dużo rzeczy, które się w pewien sposób wydarzyły. Dlatego też jest mi tak mocno bliski.

Zrobiłeś film uniwersalny, czy taki, który ma barierę polskości?

On jest bardzo polski, natomiast nie uważam tego za barierę. Nie widzę tam dużej przeszkody, która nie pozwoli tego filmu zrozumieć obcokrajowcom. Jestem już po pierwszych takich doświadczeniach i widziałem, że oni ten film rozumieją i go czytają i śmieją się w momentach, gdzie wydawało się, że tego śmiechu nie będzie, bo cały komizm zawarty jest w samym języku, w sposobie mówienia. A okazuje się, że to przychodzi mimo różnicy językowej. Co nie zmienia faktu, że film jest bardzo nasz, łącznie z tą parą wracającą z wakacji, która jest arcypolska.

Tak zwani Grażyna i Janusz.

No, no, no.

Trochę się trzymasz w tych swoich filmach tematów lękowych.

To chyba nie jest racjonalna decyzja. To raczej intuicja. Opowiadam coś, co jest mi bliskie. Zawsze analizowałem siebie, zaglądałem w siebie i bałem się siebie. Tego, co mam w środku i co się może stać.

A co się może stać?

No atak paniki. Ja to poznałem. To było nieprawdopodobne doświadczenie. To było mocne uświadomienie sobie potencjalności własnej śmierci. Tego, że mogę zejść. Że już w swoim własnym ciele noszę potencjał śmierci. Jestem jak bomba. Wiem, czym może być zawał, jestem świadomy, że mój organizm może paść, wszystko może się skończyć i to wcale nie musi przyjść z zewnątrz, a może wyjść ze środka. To jest jakiś dziwny rodzaj neurozy, który od zawsze ze mną był. Ja się chyba zresztą z tego nie wyleczyłem.

Jesteś cholerykiem?

Raczej nie.

Przeklinasz?

Przeklinam często. Uwielbiam wulgaryzmy. To jedna z najlepszych rzeczy, jaką mamy w naszym języku. Istnieją nieskończone sposoby na przeklinanie, można tworzyć niesamowite kompozycje. Lubię ich brzmienie. One dobrze siedzą w ustach i dobrze wyrażają pewien stan.

Ufasz ludziom?

Z natury jestem ufny, ale na plan dobieram ludzi, których znam, których już darzę zaufaniem, których cenię i których lubię. Nie mogę pracować z kimś, kogo nie lubię.

A propos. Dziś rano widziałam się z Mirkiem Haniszewskim.

Mirka poznałem na planie serialu. Grał epizod, wszedł na chwilę, ale od tamtej pory pamiętam o nim. Czasem jest tak, że nawet jeśli nie masz dla kogoś roli, to szukasz czegoś mniejszego, żeby znów się spotkać. Lubię coś robić z ludźmi, do których czuję ten rodzaj sympatii. Uwielbiam tworzyć zespół, który chce razem pracować i który cieszy się, że razem pracuje. Wtedy tworzy się rodzaj więzi, który jest ponad wszystko. Wtedy czuję, że tu chodzi o coś więcej. Wtedy też łatwiej jest być ze sobą w trudnych momentach.

Na przykład?

Na przykład, kiedy wszyscy mają już dość, kiedy jest któraś z kolei nadgodzina. Jeśli mam swoją dobrą ekipę, to wiem, że oni choćby drugie tyle tam ze mną zostaną.

Jesteś wobec ludzi lojalny?

Staram się. Nie chcę też powiedzieć, że nigdy nikogo nie skrzywdziłem, lub że ktoś nie poczuł się przeze mnie urażony. Zresztą o to w tym zawodzie trudno, bo musisz z kogoś zrezygnować lub nie decydujesz się na współpracę. Ale staram się być wobec ludzi uczciwy, nie ukrywać niczego przed nimi i mówić prawdę.

Czego wymagasz od aktorów na planie?

Zaangażowania i przygotowania do pracy. Znajomości tekstu i tego, żeby każdy chciał dać od siebie coś więcej, niż tylko przyjść i odbębnić swoją robotę.

Artur Żmijewski rolę dostał z castingu?

Artura zaprosiłem do filmu. Taką miałem ideę. Czułem, że on będzie do tego idealny.

Dlaczego właśnie on?

Przyszedł mi do głowy taki pomysł: Ojciec Mateusz i Siostra Faustyna razem w samolocie – Artur Żmijewski i Dorota Segda. Zobaczyłem tę dwójkę i wiedziałem, że oni będą w tym piękni. Artur ma w sobie coś, co pozwala mu zagrać takiego właśnie Janusza, a jednocześnie jest zdecydowanie po stronie światła. On się ludziom kojarzy z kimś kto pomaga, kto ratuje życie, kto rozwiązuje zagadki. Dla mnie, samo to było idealnym powodem, aby go obsadzić w roli tchórza. A jak pięknie on w to wszedł! Mam wrażenie, że był wręcz spragniony, aby zagrać coś zupełnie na kontrze do tego, co robi zazwyczaj. Ja się nawet obawiałem, czy on będzie chciał pójść tak daleko i czy nie będzie próbował tego bohatera obronić. Ale okazało się, że on w to wszedł bez oporów.

Profesjonalnie.

To fenomenalny aktor. Przyjemność pracy z Arturem polegała również na tym, że on jest w stu procentach przygotowany, jest mega powtarzalny, a jednocześnie niepowtarzalny. Potrafi dokładnie zapamiętać w którym momencie, gdzie się odwraca i jaki wykonuje gest. Powtarza to, a jednocześnie za każdym razem jest świeży. To ważne zwłaszcza w dublu, aby aktor był powtarzalny, a jednocześnie robił wszystko, jak gdyby pierwszy raz.

Duet z Dorotą Segdą wyszedł mistrzowsko.

Dorocie cały czas musiałem przypominać, że ta bohaterka jest inna od niej samej. Dorota jest rektorem uczelni, jest silną osobą, ma w sobie swobodę i gdyby w takiej sytuacji była sobą, zareagowałaby. A cała zabawa polegała na tym, żeby zrobić z niej zahukaną kobietę, która się boi i która oczekuje od męża, że to on weźmie sprawy w swoje ręce wtedy, gdy ona sama ucieka od odpowiedzialności. Na drugim roku studiów zaangażowałem Dorotę w moją etiudę Tylko dla obłąkanych. Wtedy się poznaliśmy. Uwielbiam ją. Ona ma coś niesamowitego w swojej fantastycznie filmowej twarzy. Tam jest pewien rodzaj niepokoju, szaleństwa, ale też seksualności…

Czego oczekiwałeś kręcąc Atak?

Chciałem zrobić film, który ktoś pokocha. Który ktoś przeżyje. Który będzie dla kogoś jego własnym filmem. Będzie czymś, co ten ktoś będzie uwielbiał. Że to trafi w środek jego serca. To moje marzenie. Bo zostają tylko te filmy, które ktoś pokocha. Filmy, których nikt nie kocha, nawet jeśli zdobywają nagrody, giną. Moim zadaniem jest obudzić w ludziach miłość do tego świata i do bohaterów, których pokazuję. A na planie z kolei myślę o realizacji tego, co założyłem. Wtedy próbuję przeprowadzić to w czasie, który mam i w warunkach, które mam. Pokonując po drodze różne ograniczenia i problemy, które się wydarzają. Czasami, kiedy wiem, że nie zrobię wszystkiego tak, jak zaplanowałem, przychodzi kwestia minimalizowania strat. Z tym, że muszę osiągnąć pewne minimum, które jest konieczne, aby to, co pokażę, obroniło się na ekranie. To wszystko taktyka, strategia, dysponowanie czasem. Kiedy kręcimy, momentem, w którym mogę iść dalej jest moment, w którym wiem, że mam scenę, że to zmontuję i to zagra. Ale dopóki tego nie osiągnę to brnę w tę scenę dalej. A czasami nie ma na to czasu. I wtedy trzeba podjąć decyzję, co robić. A kiedy dodatkowo mam ograniczony budżet, to cokolwiek by się nie działo, muszę się wyrobić.  Na planie cały czas muszę kalkulować i rozliczać się z tego, co już jest zrobione, co zrobić trzeba, gdzie mogę odpuścić, a gdzie jest najważniejszy moment.

Strasznie to wymagające.

Żeby zrobić scenę potrzebuję nie tylko aktorów. Aktorzy to jeden z elementów. Liczy się tempo, zgranie. Do tego dochodzą statyści, drugi plan. A wydarzyć się może wszystko. Wózkarz może w złe tempo jazdę popychać, aktor może stanąć w nieodpowiednim miejscu i być nieostry, a cała sztuka polega na tym, żeby sprawić, aby ci wszyscy ludzie pracowali sprawnie, aby nie wchodzili sobie w drogę i pomagali sobie nawzajem. Kiedy to zagra, wtedy jest sukces. Myślę, że w naszych warunkach, ale też generalnie na całym świecie, robienie filmu to walka z czasem. Każdy element, który opóźnia pracę działa na moją, jako twórcy, niekorzyść. Pomyłki innych, zabierają czas moich ewentualnych pomyłek. Cała zabawa polega na minimalizowaniu tego ryzyka i dobraniu odpowiedniej ekipy. To takie wojskowe trochę doświadczenie.

Duży mieliście budżet?

Dwa i pół miliona złotych, z czego dwa miliony przekazał PISF. To bardzo małe pieniądze na pełnometrażowy film.

A o prywatnych sponsorów ciężko.

Ciężko, bo mamy mały rynek filmowy, a jeśli już ktoś chce dawać pieniądze to na komedie romantyczne, albo na kino takie, jak robi Patryk Vega.

Botoks oglądałeś?

Nie, ale dwa filmy Vegi widziałem i to nie jest tak, że ja go odrzucam. Nigdy bym sobie nie pozwolił na rodzaj lekceważącego stosunku do niego. On osiągnął ogromny sukces kasowy i samo to budzi szacunek. Natomiast przeszkadza mi pewien rodzaj cynizmu, z którym on te filmy robi. To bardziej producent niż reżyser. Poza tym, jest strasznie niechlujny i dlatego też nie mam ochoty oglądać Botoksu. Tam nie ma opowieści, tam są anegdotki, zlepki jakichś historyjek, które wiem, że nie składają się w całość. Ale nie uważam, że jest to całkowicie niewarte czy niegodne.

Czyje zdanie się dla Ciebie liczy?

Na planie miałem kolegę, drugiego reżysera Michała Wawrzyckiego, który był moim asystentem, głosem doradczym. Czasem szukałem u niego potwierdzenia, czy na pewno idę w dobrym kierunku. Wydaję mi się, że dobrze jest mieć kogoś takiego z boku. Łatwo można stracić dystans, a przecież moja perspektywa nie zawsze jest najlepsza. Fajnie jest mieć kogoś od kogo można to odbić, ale tych osób nie może być za dużo.

A poza planem?

Jest żona, której zdanie jest dla mnie ważne. Jest Janek Kwieciński, producent Ataku, a prywatnie mój przyjaciel i jeszcze kilku innych przyjaciół.

Długo już jesteś po ślubie? 

Będzie osiem lat.

Myślisz, że to nasze życie jest piękne, czy trochę przerażające?

Jest takie i takie. Myślę, że jest smutne, śmieszne i straszne jednocześnie. Ale też jest piękne. Ja kocham życie. I myślę, że przyjdzie czas, kiedy zrobię pod tym hasłem film, bo warto.

O czym marzysz?

O kolejnym filmie i o dzieciach. Żeby być zdrowym, móc robić filmy i żeby mieć fajną rodzinę.

Kiedy ostatnio powiedziałeś, że jesteś szczęśliwy?

Całkiem niedawno. Chyba jak film robiłem.

Rozmawiała Ola Grądzka
Zdjęcie Rafał Placek

1 2 3