„Nieobecność” – fragment książki

„Nieobecność” to opowieść o walce z chorobą, której przyglądała się cała Polska. Historia inspirowana przeżyciami reżyserki Magdaleny Piekorz. W życiu uzdolnionej baletnicy wszystko zaczyna się układać. Dostaje upragnioną rolę, spotyka mężczyznę, przy którym wreszcie czuje się szczęśliwa i kochana. Kres idylli przychodzi niespodziewanie. Ciężka choroba przekreśla wszystkie plany, odbiera sprawność i wymarzoną pracę. „Nieobecność” w księgarniach od 15 maja

Prolog. Sen

Śni mi się przyjęcie w eleganckiej posiadłości, którą pamiętam z filmu Wielki Gatsby. Stoję na tarasie i patrzę z góry na przybywających niespiesznie gości: na panie w długich wieczorowych sukniach, na ich partnerów w smokingach spod igły. Wyglądają wytwornie, na szyjach kobiet połyskują brylanty, stukają o bruk lśniące męskie lakierki. Nie wiem skąd, ale mam tę pewność, że wszyscy ci ludzie przyszli tu dla mnie. Jest ciepły lipcowy wieczór, czuję zapach egzotycznych kwiatów, nade mną fruwają świetliki, na tle ciemnego nieba wyglądają jak spadające gwiazdy. Nabieram w płuca powietrza i ruszam na dół – tarasowe schody prowadzą wprost do ogrodu, w którym odbywa się przyjęcie.

Wszystkie oczy zwrócone są teraz na mnie, z zaciekawieniem śledzą każdy mój ruch. Kroczę dostojnie, powoli, z wysoko podniesioną głową. W czarnej sukni do ziemi czuję się jak gwiazda filmowa na czerwonym dywanie. Z daleka wygląda zjawiskowo – opływa moje ciało, układając się we wzory i ornamenty, tworząc przy dekolcie misterną koronkę, to znów odkrywając plecy lub spływając w dół powłóczystym trenem, który ciągnie się za mną po schodach. Można odnieść wrażenie, że żyje wraz ze mną. Kiedy jestem na dole, orientuję się, że znam wszystkich przybyłych gości – to przyjaciele, znajomi i zupełnie przypadkowi ludzie, których spotkałam w ciągu całego swojego życia. Chcę podejść, żeby się przywitać, wyrazić wdzięczność, że zjawili się tu dzisiaj tak licznie… ale towarzystwo zaczyna się ode mnie odsuwać, kolejne osoby mijają mnie i poszeptują, a kiedy już oddalą się na bezpieczną odległość, odwracają się, spoglądając na mnie z niepokojem. W uszach dźwięczy znajomo brzmiący kobiecy głos: „Mówiłam ci, że zwariowała”.

Zupełnie nie rozumiem, o co chodzi, skąd ta nagła niechęć, ta zmiana w zachowaniu tylu zebranych tu gości. Nagle zauważam życzliwy uśmiech na twarzy jednej z dalekich ciotek. „Zobacz, jaka zjawiskowa kreacja” – szepcze do swojego męża, podziwiając moją suknię. Już chcę podbiec, żeby jej podziękować, kiedy wuj chwyta ją za ramię i zdecydowanym ruchem odciąga na bok. „Przestań, ona ma na sobie robaki!” – wykrzykuje z przerażeniem.

Pociąg

Wracam do domu po krótkiej majowej przerwie. Jutro startują próby wznowieniowe do Giselle. Tytułowa rola została już wprawdzie obsadzona, ale jest nowy choreograf, a to oznacza zmiany. Od paru lat nie dostałam ciekawej, solowej partii. Mój pierwszy, być może przedwczesny sukces w Romeo i Julii przysporzył mi więcej wrogów niż przyjaciół, i choć nie zachłysnęłam się nim jak co poniektórzy, a raczej potraktowałam go jak przepustkę do świata zawodowego baletu, środowisko obeszło się ze mną dość surowo. Aplauz publiczności i uznanie krytyków miały starczyć na dłużej, zostałam przesunięta na koniec kolejki, aby ustąpić miejsca tym, którzy tego rodzaju emocji jeszcze nie doświadczyli. Droga powrotna na afisz okazała się dłuższa, niżby można przypuszczać: przez cztery kolejne lata grałam ogony, tylko kilka razy udało mi się „wskoczyć w coś” na zastępstwo. Lata leciały, a ja miałam wrażenie, że mój czas kurczy się jak niedopompowany balon.

Teraz siedzę w pociągu do Wrocławia i w duchu zaklinam rzeczywistość: gdybym tak dostała tę partię w Giselle, to by było jak przekroczenie Rubikonu…

Dzwonek telefonu ściąga mnie na ziemię. Rozmawiam krótko, notuję godziny prób. „Jest pani aktorką?” – pytasz, gdy się rozłączam. „Nie, tancerką” – odpowiadam spokojnie. Zauważam cię dopiero teraz, chociaż od początku podróży siedzisz naprzeciwko mnie. Jest w tobie coś intrygującego, co sprawia, że wciągam się w rozmowę. „Nigdy nie znałem żadnej tancerki” – w twoim głosie wyczuwam zaciekawienie. „Nie ma czego żałować, jesteśmy nie do życia” – próbuję cię ostudzić, ale nie dajesz za wygraną. Wymieniamy się wizytówkami. Peszy mnie mój komentarz, bo zauważam na twoim palcu obrączkę. We Wrocławiu pomagasz mi wynieść walizkę, podajesz rękę na pożegnanie. Rozchodzimy się każde w swoją stronę. Nie myślę o niczym innym, tylko o spektaklu. W domu biorę szybki prysznic, robię kilka rozluźniających ćwiczeń. Twoją wizytówkę wrzucam niedbale do szuflady.

Zachwyt

Na próbę wpadam w ostatniej chwili. Choreograf wita się z każdym, podając zamaszyście kościstą dłoń. „Gdyby się pani nie spóźniła, pewnie w ogóle bym jej nie zauważył” – komentuje złośliwie mój niski wzrost. Rzucam worek na ziemię, zakładam pointy i dołączam do reszty. „Proszę, zaczynamy!” – Kościsty dyryguje zespołem.

Ustawiam się. „Nie tak, stopy en dehors1, port de bras2 głębsze!!!” – grzmi nam nad głowami. „Tancerze po prawej trochę do tyłu. Plié relevé3. I powtarzamy!”. Każdy ruch ciała jest precyzyjny, obliczony z matematyczną dokładnością, nawet głowa musi być odchylona pod właściwym kątem. Kiedyś właśnie to tak mnie fascynowało. Proste linie ciała, lekkość i poezja ruchu. Gdy byłam mała, potrafiłam powstrzymać sen, żeby obejrzeć w telewizji transmisję Dziadka do orzechów z Teatru Bolszoj. Babcia, która spała ze mną w pokoju, odpływała w objęcia Morfeusza tuż po wieczornych wiadomościach. Przyciszałam wtedy telewizor, opierałam się wysoko o poduszkę i czekałam. Kiedy rozbrzmiewały pierwsze takty muzyki, stukałam lalką o stary kredens, żeby sprawdzić głębokość babcinego snu, a potem wyskakiwałam z polowego łóżka ustawionego vis-à-vis telewizora. Śledziłam ruchy tancerzy na ekranie i ze wszystkich sił próbowałam dotrzymać im kroku. Chociaż kręciło mi się w głowie i potykałam się o dywany, byłam pewna, że kiedyś też będę tak tańczyć. Dostrzegałam wówczas wpatrzone we mnie oczy babci i lekki uśmiech zastygły w kącikach ust, chociaż mogło mi się tylko tak wydawać, bo w pokoju panował półmrok. Potem babcia zamykała oczy i spała dalej, a może udawała… Po skończonym spektaklu odczuwałam niedosyt, kładłam się do łóżka, ale sen nie przychodził – tańczące śnieżynki w białych tutu wciąż wirowały pod powiekami. Rano babcia uśmiechała się tajemniczo. Wiedziała.

Miłość

„Nie spać! – huczy Kościsty. – Nie robimy tu Śpiącej Królewny”. Pojedyncze śmiechy na sali, raczej kurtuazyjne, reszta słucha w milczeniu. Jestem przyzwyczajona do besztania, krytyki, krzyków nad uchem. „Opuść łopatki, jak trzymasz głowę?! Naciągnij porządnie tę stopę, noga długa!” – słyszałam, ilekroć źle wykonywałam ćwiczenia. Do szkoły dostałam się warunkowo. Byłam za niska, a moja stopa nie wyginała się z łatwością w łuk, jak to powinno być u prawdziwej baleriny. W domu wykradałam z kuchni wałek do ciasta i całymi godzinami stałam na nim, przytrzymując się klamki u drzwi. Wierzyłam, że w ten sposób stopa ładnie się wyprofiluje. W wakacje poprzedzające pierwszy rok w szkole wytrwale ćwiczyłam rozciąganie, a babcia gotowała pożywne posiłki, żebym trochę urosła. I choć miałam taniec we krwi, kompleksy brały górę. Z zachwytem patrzyłam na wyższe i ładniejsze koleżanki, typowane od razu na przyszłe primabaleriny. Czułam, że nie dorastam im do pięt. Coś mnie blokowało, nie pozwalało się rozluźnić. Babcia próbowała podtrzymać moją wiarę, ale w głębi duszy czuła chyba, że nic z tego nie będzie. Aż wreszcie stało się coś, co sprawiło, że z przerażonej dziewczynki przemieniłam się w świadomą siebie baletnicę.

To był czerwiec, końcówka roku, koncert galowy. Czekałam w kulisach na swoją kolej, myśląc wyłącznie o tym, żeby już było po wszystkim. Z zamyślenia wyrwały mnie oklaski. Jeszcze tylko jedna wariacja i wchodzę na scenę. Spojrzałam na wypełnioną po brzegi widownię i poczułam, że trzęsą mi się nogi. Nagle otworzyły się drzwi do sali. Stanęli w nich moi rodzice. Nie spodziewałam się ich, bo odkąd tata został wysłany na placówkę, razem z mamą i moją siostrą mieszkali w Szwecji. Zamarłam. Boże, przecież nic nie potrafię, przyniosę im tylko wstyd…

Naraz poczułam w sobie siłę, której wcześniej nie znałam. Co tam trema i strach, zatańczę tak, jakbym była najwyższa w klasie! I faktycznie, po raz pierwszy naprawdę się zatraciłam… Zapomniałam o technice, o gestach, o krokach, jakby w ogóle się nie liczyły. Niosła mnie tylko muzyka. To wtedy zrozumiałam, jak wiele można powiedzieć tańcem.

List

Jestem w domu. Próba była ciężka, łydki i kolana bolą, przerwa w pracy zrobiła swoje. Kładę się na podłodze i opieram nogi wysoko o ścianę. W tej pozycji ból ustępuje najszybciej, ale tym razem długo nie odpuszcza, jakbym mocno się przeforsowała. Nie wiadomo skąd w myślach pojawiają się sceny z pociągu. Ty w lekkiej błękitnej wiatrówce, ja w wielkich okularach przeciwsłonecznych, podobnych do tych, które Małgorzata Braunek nosiła w filmie Polowanie na muchy. Zaglądałeś przez nie, jakbyś chciał się przekonać, czy mój wzrok faktycznie spoczął na tobie. Uśmiechnęłam się wtedy znacząco, co dodało ci trochę pewności. Przy oknie naprzeciw siebie siedziały dwie starsze, identycznie ubrane bliźniaczki, z zapamiętaniem wgryzały się w czerwone pomidory. Wyglądały zabawnie, ale też niepokojąco. Zauważyliśmy to niemal w tym samym momencie.

Przypominam sobie, jak na mnie patrzyłeś, odtwarzam w pamięci uścisk dłoni, mocny i ciepły zarazem. Czuję, że jesteś mi bliski, jak przyjaciel spotkany po latach. „Nonsens” – mówię głośno do siebie. Nogi mam nadal ciężkie, przetrenowane. Leżę w tej samej pozycji, dopóki ból nie ustąpi. Wkładam grube getry, skarpety, nastawiam mleko, do kubka wsypuję ulubione kakao. Powinnam wziąć ciepłą kąpiel i pójść spać, ale podświadomość kieruje mnie do komputera.

W skrzynce znajduję wiadomość:

Witam serdecznie,

przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy wypada napisać tak od razu :-), ale chciałem tylko podziękować za tę zupełnie magiczną podróż, która z nieciekawej wycieczki służbowej przekształciła się w cudowną wyprawę w krainę sztuki. Oczywiście wyłącznie dzięki temu, że mogłem Panią poznać (że nie wspomnę o całej magii tego spotkania :-)). Będę trzymał kciuki za najnowszy spektakl i każdy kolejny!!! 🙂

Pozdrawiam, Krzysztof

PS. Podsyłam mały muzyczny upominek :). Utwór w zamyśle wiosenny, ale odpowiada też wieczornym nastrojom, mam nadzieję, że będzie przyjemny w odbiorze :-).

Zauważam załącznik. Wkładam słuchawki i zamykam oczy, uważnie wsłuchując się w kompozycję. Jest dobra, zdecydowanie. Odsłania twoją wrażliwość. Powinnam ci odpisać, ale nie wiedziałabym jak. Nie chcę o tobie myśleć, nie mogę, muszę skupić się na treningach, na tańcu – wbijam to sobie do głowy jak mantrę. A jednak twój utwór nie chce się ode mnie oderwać. Chodzi za mną, kiedy biegnę na próbę i kiedy z niej wracam, kiedy budzę się i kiedy zasypiam, nawet wtedy, gdy ćwiczę. Jest moim wewnętrznym rytmem, czymś, co doskonale ze mną współbrzmi. Uświadamiam sobie, że chciałabym go kiedyś zatańczyć… Tak, to mogę ci przecież napisać. Będziemy znajomymi, których łączy wspólna pasja. Na nic innego nie możemy sobie pozwolić.

Wreszcie po tygodniu odpisuję:

Dziękuję za Preludium. Ostatnio rzadko kiedy coś mnie w muzyce porusza, ale ta kompozycja jest naprawdę piękna. Są w niej oczekiwanie, nadzieja, spokój. I tak bardzo czuć nadchodzącą wiosnę!

Proponujesz, byśmy przełączyli się na Skype’a. „Możemy się spotkać?” – działasz szybciej, niż jestem w stanie pomyśleć. „Przypadkowo trafiliśmy chyba w jakąś wspólną wrażliwość… Prawie do Pani zadzwoniłem 🙂 – jak sprawdzałem wizytówkę – czy faktycznie ją mam, czy tylko mi się to przyśniło :-)”. „Tak” – odpowiadam, moje palce same biegną po klawiaturze. Idiotka ze mnie, ściągam sobie na głowę kłopoty.

Na próbie nie idzie mi dobrze, Kościsty zauważa moje rozkojarzenie. „Jakieś problemy?” – zagaduje, gdy jestem przy wyjściu. „Kompletnie nie mogę się skupić” – odpowiadam, może nazbyt szczerze. „Presja jest duża, prawda? Zwłaszcza po sukcesie. – Kościsty czyta w moich myślach. – Nie każdy potrafi go udźwignąć”. „Nie każdy ma szansę to zrobić” – rzucam. Nie wiem, czy to przekora, czy obudzona nagle pewność siebie każe mi tak odpowiedzieć, ale Kościsty zawiesza na mnie wzrok. „Trzeba patrzeć do przodu, nie do tyłu – odpowiada, zaglądając mi prosto w oczy. – Na żalu niczego się nie zbuduje”.

źródło materiały prasowe

1 2