Michał Starost: Świat gna. Stoisz w miejscu? Wypadasz

Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie, byłem u klientki i nieoczekiwanie przedłużyło się spotkanie. Tak w ogóle to czuję jeszcze na sobie zapach jej psa.

Lubi Pan psy?

Nie. Ja jestem kociarzem.

To zupełnie odwrotnie niż ja. Ale my nie o tym. Znów jest Pan u siebie.

Tak, urodziłem się w Gdyni, wychowałem w Wejherowie, a od kiedy ukończyłem pełnoletniość zakochałem się w Sopocie. Teraz po kilkunastu latach znów tu jestem.

I znów łączycie swoje siły z Zatoką Sztuki.

Tak. W ogóle mój powrót do Sopotu był taki jakby dwuetapowy. Pierwszym powodem, dla którego wróciłem byli rodzice, którzy są już starsi i ja muszę być bliżej, nie mogę siostry zostawić z tym samej. Chociaż i tak nie pomagam tyle, ile oni wszyscy by oczekiwali. Przepraszam Was kochani rodzice. Drugim powodem było zmęczenie Warszawą. Byłem zmęczony coraz większą trudnością pracy w Warszawie. Nie trudnością tworzenia czy budowania kariery, tylko trudnością pracy. Dzisiaj nie ma z kim pracować. Poziom ludzi wchodzących na rynek pracy jest karygodny.

Nie ma profesjonalistów?

Nie ma ludzi odpowiedzialnych. Ich jest coraz mniej. Są za to ludzie, którzy raczą być w pracy, a nie pracować. Miałem tego dosyć. To było tak, że wedle ściśle określonych rezultatów, które powinny nastąpić, dostawałem notorycznie stek usprawiedliwień. Sprzedałem mieszkanie i wróciłem. Zatoka Sztuki zawsze wspierała mnie we wszystkich poczynaniach. Zawsze dostawałem więcej niż to, o co prosiłem. Pierwsze kroki po przyjeździe skierowałem właśnie tutaj, już wtedy miałem pomysł na letnią kolekcję. Ja generalnie jestem z Sopotem mocno związany. Po latach doświadczeń wiem też, jaki jest dzisiaj klient na modę i wiem, że Zatoka jest idealnym miejscem. Mówię: „Natalia zróbmy taką zatokową kolekcję”. Ona odpowiedziała: „Bardzo proszę”. W zeszłym roku wypuściliśmy wstępną linię,  w tym roku uzupełniliśmy ją dodatkowymi modelami. Butik funkcjonuje latem, a w ciągu roku jest to miejsce spotkań z klientkami. Wkrótce startuję też z nowymi projektami. Ruszamy z produkcją ślubną.

W ubiegłą sobotę w ramach Sopot Summer Fashion Days 2017 zaprezentował Pan kolekcję sukien wieczorowych. Przepiękne projekty! Dwa tygodnie temu podziwiać je mogli goście w Nosalowym Dworze w Zakopanem. To jest jakiś wakacyjny cykl pokazów?

Nie. Ja jestem zapraszany z moimi kolekcjami. Tak jak właśnie w Zakopanem, gdzie pojechałem z wysokim krawiectwem i tutaj w Sopocie. Tam też była wspaniała impreza. Prestiżowa, na bardzo wysokim poziomie, jako gwiazda wieczoru również Maciek Zień. Ale biorę też udział w mniejszych wydarzeniach, gdzie pokazuję kolekcje komercyjne.

Miło się słucha, kiedy kolega po fachu mówi o innym projektancie gwiazda. I mówi to bez krzty zazdrości.

Już to wyjaśniam. Ja nie zazdroszczę. Ja, co więcej, po prostu chcę być w cieniu. Tak. Chcę być pewnego rodzaju szarą eminencją. Ja nie mam parcia. Mnie jest dobrze tak jak jest, a za cel obrałem sobie otwarcie szkoły, tutaj na Pomorzu, która będzie uczyła krawiectwa w modzie. Po to, żeby osoby, które ukończą szkołę projektowania, niezbędną wiedzę z zakresu krawiectwa, której tam nie otrzymały, mogły uzupełnić.

To jest już plan czy jeszcze marzenie?

Nie, to już się dzieję. Pracuję z młodymi projektantami, chociażby przy AmberLook Project i bardzo często proszą mnie o radę. Zaraz zaczynam też w warsztaty z Patrykiem Wojciechowskim  w gdańskiej odzieżówce na temat wyszukiwania talentów, więc to już się wdraża.

Oglądał Pan „Project Runway”?

Wtedy kiedy miałem czas, to oczywiście. Ściśle współpracuję z Patrykiem. Nie uciekam od tego rodzaju wydarzeń. Zawsze się śmieje, że w takim konkursie najlepiej uplasować się na drugim miejscu. Nie jesteś związany umową, a idziesz na tym samym splendorze- byłeś drugi.

Polska wydaje dziś dobrych projektantów?

Bycie dobrym projektantem jest jak bycie ładnym. Co to znaczy ładny?

Pojęcie względne?

Zgadza się. Co roku od trzystu do pięciuset osób kończy wszelkiej maści szkoły artystyczne, ASP, licencjaty, kursy i Bóg wie, jakie jeszcze wydarzenia, gdzie dostajesz dyplom projektanta mody. Co jest skandaliczne. Takich szkół w Polsce powinno być maksymalnie trzy, a bez mała każde większe miasto ma po trzy. Rynek jest w stanie wchłonąć jedną osobę, jedno nazwisko na pięć lat pod warunkiem, że wypadnie stare. I to stare nie byle jakie, a np. Maciek Zień, Gosia Baczyńska czy Paprocki&Brzozowski.

Zień na chwilę wypadł.

Tak, ale już wrócił. On jest starym wyżeraczem i jego tego rodzaju sytuacja na długo nie zamknie. Ja wiedziałem, że Maciek wróci. I to nie była kwestia „czy”, tylko kwestia „kiedy”. Ja się bardzo cieszę, bo ja lubię Maćka pracę. Ale wracając. Ludzie idą do szkoły projektowania, myśląc, że wszyscy będą projektantami. Nie. Po czołowych projektantach mamy nazwiska wypełniające, do których również i ja należę. To jest ten środek. Potem są projektanci, którzy projektują dla sieci i dla domów mody. I potem są Ci, którzy mają podstawy krawieckie, którzy szyją. A bycie dobrym projektantem. Może to, że jestem na rynku 30 lat, pracowałem z Jamesem Brownem, Lionelem Richie, szyłem suknię ślubną menager Marks&Spencer w domu mody Harrods, kiedy wychodziła za arystokratę szkockiego. Ubierałem Ewę Ewart, Kasię Kowalską, Justynę Steczkowską, Dodę, Halinkę Mlynkovą, Anię Wyszkoni, o której prasa rozpisywała się, że z czarnego kaczątka wyrósł piękny łabędź. Ja ją ubrałem na biało. Ale to jest moja praca. I jeszcze jedna rzecz. Ja nie uprawiam rozdawnictwa. Ja nie należę do agencji wspierania polskich biednych celebrytek i gwiazd. Pożyczyć mogę, ale tylko osobie, którą lubię i cenię. A nie dlatego, że jest modna.

Czyli gwiazdom Instagrama nic Pan nie wysyła?

Nie. Ja w ogólę nie mam Instagrama. Wiem, że muszę założyć. Za chwilę w ogóle będę starszym panem.

Nie widać i nie słychać.

No za chwilę pięćdziesiątka.

To dobry wiek.

Wiem, ja lekko żartuję. Ostatnio odkryłem też przyjemność pracy z dziećmi. Dlatego właśnie zainicjowałem projekt Mamy i Córki. Ubieram je tak samo, ale nie, że z córek robie małe stare, tylko infantylizuje mamy i to się bardzo podoba.

Odnoszę wrażenie, że Pana jest w stanie zainspirować wszystko.

Tak. Zdecydowanie. Życie jest inspiracją. Kosmos. Wszystko. Moje kolekcje temu dowodzą. One są wszechstronne.

Czerpie Pan z tradycji?

Tak, oczywiście. Miałem przyjemność pracy z Kamilą Wenderlich- Miss Polski Widzów Polsatu 2015 (na zdjęciu obok- przyp. red). Poprosiła mnie, żebym stworzył jej suknię narodową na konkurs w Szanghaju. Ja powiedziałem, że oczywiście, bardzo chętnie, ale suknia ma być biało-czerwona i ma zawierać elementy kaszubszczyzny. Zgodziła się i weszła do ścisłej dwudziestki najpiękniejszych kobiet świata.

 

Ale wróćmy na chwilę do początku. Ten młody wówczas chłopak z Wejherowa marzył o wielkiej modzie?

To nie tak. Troszkę musimy to odwrócić. Tak jak większość światowej sławy projektantów to krawcy z zawodu, tak też mój pierwszy zawód to właśnie krawiec. Ojciec pochodzi z krawieckiej rodziny, wszystkie ciocie szyły, jedna z sióstr taty miała nawet coś w rodzaju kaszubskiego domu mody- sporą szwalnię w Jastrzębiej Górze, kilka butików własnych i jeszcze zaopatrywała inne. To były lata 70-80 i to była taka główna Pani od mody na całe Kaszuby. Ja się wychowywałem wśród maszyn, bel materiałów i było to jak najbardziej naturalne. To jest mój zawód. A udało mi się uczyć u jednego z ostatnich żyjących mistrzów międzywojennych. Jestem po klasie wysokiego krawiectwa.

A moda?

Moda wzięła się troszeczkę z genów, może. Moja mama też pochodzi z Kaszub, ale z rodziny ziemiańskiej i te połączenie takiej klasy, gdzie się jeździło do kościoła bryczkami z rodziną krawiecką, być może miało na mnie wpływ. Tak, myślę, że to też mnie pod tym względem rozwinęło. Pod koniec lat 80 ubierałem moje przyjaciółki, na tak zwane dyskoteki do Bungalowej w Sopocie. To był jeden z najmodniejszych klubów, z selekcją i ja je wszystkie tam stroiłem. Na każdy piątek i sobotę miały gotowe nowe kreacje. Ale wtedy ja też to troszkę z nudów robiłem. Byłem kierownikiem zakładu odzieżowego i miałem sporo wolnego czasu podczas nadzorowania, a że lubię szyć to w ciągu tygodnia te 12 strojów robiłem. W maksymalnych trendach. One nosiły to, co było w MTV! Pamiętam jak je wszystkie ubrałem na tancerki z teledysku Prince’a Get off.

Byliście znani jako grupa z Wejherowa?

Oj tak. Kiedyś, poza moją wiedzą, zgłosiły mnie do konkursu. Te stroje w większości wygrały, po czym okazało się, że ja nie mogę brać udziału w konkursie, bo jestem profesjonalistą. Na co one wszystkie się wkurzyły i każda zgłosiła się z moimi rzeczami indywidualnie. Nie wiedziałem, że w tym czasie obserwuje mnie dziennikarka z Telewizji Gdańskiej. Kiedy ogłoszono werdykt i okazało się, że cztery z pięciu dziewczyn zdobyły wyróżnienia, podeszła do mnie  i powiedziała, że chce zrobić program. I zrobiła jeden program, drugi, trzeci, dziesiąty i w pewnym momencie zadzwonił do mnie  ProFilm- agencja filmowa , czy ja nie chciałbym zrobić pokazu mody na rozpoczęcie cyklu pokazów Moda. Znaki .Rock’n’roll. Why not? I od tego się zaczęło.

Rodzice pchali Pana w tym kierunku?

Tak, tak. U nas to wszystko było normalne. Jeśli syn też chce zostać krawcem to bardzo proszę.

A siostra?

Siostra skończyła tą samą szkołę. Tylko, że moje życie podszywa pasja, a ona woli żyć spokojnie, w cieniu czterech ścian no i tak sobie żyje.

Ta szkoła była tu, na Pomorzu?

Tak. To była taka specjalnie stworzona grupa, klasa dla uczniów, którzy wiedzę zdobywali u Mistrzów. To była klasa rzemieślnicza wysokiego krawiectwa, podlegała pod Cech Rzemiosł Różnych w Gdańsku. Ja chodziłem do filii w Wejherowie. To była ciężka klasa, nas rozpoczęło 48 osób, skończyło 16.

Czyli selekcja była.

Była i nie było bata. Mieliśmy takich profesorów, że mieliśmy ochotę otwierać sezon polowań na nich. Wtedy byliśmy wściekli, a teraz oczywiście jesteśmy im wdzięczni. A właśnie przypomniało mi się. Modą też zostałem troszkę na siłę zaszczepiony przez profesor od przedmiotów zawodowych, czyli materiałoznawstwo, technologia, rysunek zawodowy, rysunek żurnalowy. Powiedziała, że jeżeli nie pójdę, jako model, w moich projektach na pokazie mody w szkole, to nie zdam. A ja wiedziałem wtedy, że to jest taka „sucz”, że na pewno nie zdam- więc poszedłem. Oczywiście, ku wielkiej rozpaczy mej. Ale może wtedy też złapałem tego bakcyla i to poszło dalej. Ja w ogóle lubię scenę. Troszeczkę modę traktuję jako pewnego rodzaju spektakl. Zawsze, kiedy tworzę kolekcję wiem dokładnie jaka ma być oprawa, jak muzyka, jakie tempo chodzenia. To wszystko jest spójne od A do Z.

Moda to paranoja czy konieczność?

Modą jesteśmy otoczeni. Od zarania dziejów, kiedy człowiek pierwotnie żył w grotach i kiedy jeden miał ładniejsze futro to zaraz drugi również chciał mieć ładniejsze futro. Czy to nie jest moda? To jest moda. Tak jak rajski ptak stroszący się w piękne pióra- czy to nie jest moda natury? To jest moda natury. Czy ogon pawia nie jest modą natury? Jest. To wszystko jest po to, by przyciągnąć uwagę. Rybki w akwarium, storczyki- to wszystko jest po to, by przyciągnąć uwagę. Tak samo z ludźmi. Moda nie jest po to, by było nam ciepło. Wystarczy pójść wieczorem w Londynie na SoHo i tam zobaczymy, że moda nie ma nic wspólnego z chociażby ciepłym ubieraniem się.

W domu była obecna sztuka?

Mama popełniła mezalians pewnego stopnia, towarzyski. My jako dzieci nie chodziliśmy po wernisażach, bardziej rozwijała w nas zajęcia plastyczne. Lubię scenę, bo jako dziecko tańczyłem  w zespole tanecznym. To wszystko razem mnie budowało. Kiedy zacząłem projektować, mnie nie interesowały półśrodki, że ja zrobię rysunek i poproszę niech mi to ktoś uszyje. Ja sam wiem z czego to zrobię, jak uszyję, jak skroję. Ja znam genezę tego stroju. I moda, dla mnie, jest po prostu wszędzie. Wszystko, co robimy, robimy przez modę i w pewien sposób dla mody. Auta, biżuteria, farba na włosach, farba na ścianach, wszystko. Czyż nie?

Owszem, trafia Pan w sedno. Kolekcje też powstają względem tego co jest modne?

Oj, tutaj jest troszkę inaczej. Pomysłów na pokazy jest multum. One czekają w swoich szufladach. Zaczynam od zbierania tkanin, często przywożę je z moich wyjazdów zagranicznych. Kompletuje te półeczki. Mam tkaniny, mam jakiś pomysł, inspiruje mnie jakaś muzyka i w tym momencie dopiero włączam tryb obecnych trendów i według tego buduję całą kolekcję.

Jak długo to trwa?

Przeważnie czyn produkcyjny trwa około pół roku. Ale wiadomo, że przed pokazem jest najwięcej roboty.

Czyn produkcyjny, czyli?

Najpierw jest pierwszy szkic- szkic matka, a potem powstają córki od tej matki. Bardzo często kreacja, która była pierwsza na papierze, w pokazie w ogóle nie istnieje.

Pod wpływem czego te córki powstają?

Bardzo często decyduje o tym chwila. Inspiracja, nastrój, albo nawet to, że coś bardziej wytnę nożyczkami. To jest proces twórczy. Ja przygotowuję do pokazu praktycznie wszystko, a jeśli jest bardzo mało czasu to sam pracuję do formy skrojenia i upięcia na manekinie. Resztę prac wykonuje moja technolożka.

Jest Pan odważny?

Jeżeli porównujemy odwagę do głupoty, to nie. Rzucenie się na zbyt długiej linie na bungee to dla mnie głupota.

To może zapytam inaczej- zdeterminowany?

Tak, ja jestem Lwem zodiakalnym. Ja widzę tylko rzeczy z przodu, te z tyłu- nie istnieją.

Jak to się stało, że zagranica doceniła Pana bardziej niż Polska?

Rzemiosło, to było to. Pewnie wciąż siedziałbym za granicą i prowadził Atelier w Rezydencji Soe Phillips w Londynie, gdybyśmy nie weszli do Unii Europejskiej i gdyby do Anglii nie przyjechała polska masa. Na pewno działałbym w Londynie do tej pory, ale mnie po prostu zaczęło być wstyd, że jestem Polakiem.

Mocne słowa.

To, co zobaczyłem- ten poziom obywateli, którzy przyjechali do Londynu…

Tak zwani „robole”?

To nawet nie chodzi, że „robole”. Prości ludzie też mogą być fantastyczni. A że ja miałem Atelier cztery przystanki metrem od Hammersmith, polskiej ściany płaczu, przystanku Victoria- więc to wszystko tam kipiało. To było coś przerażającego. Wtedy wróciłem do Polski. Miałem do wyboru Chicago albo Warszawa i współpraca z domem mody Forget me Not i wygrał powrót do Polski.

Tęsknota za krajem?

Nie, skądże! Ja nie mam tak, ja jestem Kaszubem. Oczywiście tęsknię za rodzicami czy rodziną, ale nie wyznaję zasady, że tam gdzie się urodziłem, tam muszę umrzeć. Nie ma takiej opcji. Mnie się Stany podobają jako kraj. Bardzo lubię downtown miasta, ale znowuż trudno powiedzieć, że pierwsza ulica w bok od downtown to Stany. Ja bardzo nie lubię mentalności amerykańskiej i to jest podstawowy problem. W Stanach jesteś zamknięty w „gettach” i  są one bardzo ciasne. Bardzo ciężko się w nich poruszać i żyć.

A Londynu nie byłoby bez Ewy Ewart.

Tak, pod koniec lat 90 poznałem Ewę Ewart. BBC postanowiło zamknąć upadek komunizmu w Europie trzema filmami. Jeden producent wziął upadek muru berlińskiego, drugi aksamitną rewolucję- Czechy i Ewa Ewart, dlatego, że jest Polką wzięła Stocznię Gdańską. Będąc na spotkaniu w Stoczni, zapytała czy tam się jeszcze coś ciekawego dzieje. Powiedziano jej, że tak, że jest klub Kazamachy i raz na dwa tygodnie dzieje się Fashion Show. Ewa spotkała się z Dyrektorem tegoż klubu i on podał jej mój numer telefonu. Byłem bardzo zdziwiony, bo oprócz mnie działały tam dwie inne agencje, ale Dyrektor podał kontakt do mnie. No i Ewa zaczęła wydzwaniać. Wtedy chyba  jeszcze nie miałem komórki, bo to były tamte lata, albo Dyrektor nie miał mojego numeru prywatnego. Nie pamiętam, w każdym razie Ewa wydzwaniała na stacjonarny. I cały czas moja asystentka powtarzała: „Dzwoniła Ewa Ewart z BBC”. A wtedy miałem mnóstwo telefonów z agencji modelek, i tak dalej, i tak dalej , rzadko odbierałem telefony od powstających pod dziwnymi nazwami agencyjek . Myślałem ze to jedna z nich stara się do mnie dodzwonić. Któregoś dnia sam przechodziłem obok telefonu. Zadzwonił, podniosłem słuchawkę: „- Starost, słucham. – Dzień dobry, tu Ewa Ewart, BBC. – Jakie BBC? – BBC Londyn. – O, dzień dobry”. I w ten sposób zaczęła się nasza współpraca, która trwała wiele, wiele lat. I to właśnie ona zainicjowała to, że tam wyjechałem.

I że tam właśnie powstał Michael Fashion Club.  

Tak, z Ewą pierwszy raz spotkaliśmy się w Sopocie. Później wyjechałem. Tylko ten wyjazd też nie był taką przeprowadzką na stałe. To nie wyglądało w ten sposób z tego względu, że BBC miało wtedy fajny układ z British Airways i ja miałem bardzo tanie bilety. Były tańsze niż bilet Intercity Sopot- Warszawa. Bardzo często było tak, że rano wylatywałem i wieczorem wracałem. Żyłem wtedy między Sopotem a Londynem, oczywiście więcej czasu spędzając w Londynie. To nie było tak, że ja się spakowałem i wyjechałem. Dla mnie odległości nie są problemem. Ja mogę we wtorek wrócić z Singapuru, w czwartek być już w Monachium, a w sobotę lecieć do Nowego Jorku.

Nie istnieją żadne granice.

W tych kwestiach nie. A tak w ogóle istnieją dla mnie granice prawd uniwersalnych, czyli nie zabijaj i nie kradnij. I jeszcze, o czym już mówiłem granica głupoty, która jest dla mnie nieprzekraczalna. Nie jestem w stanie funkcjonować z głupimi ludźmi. A potem są już tylko granice, które człowiek sam sobie wyznacza. Jeśli mówimy o czasie i przestrzeni to ja przecież szybciej latałem z Warszawy do Pekinu niż pociągiem dojechałem z Warszawy do Gdańska. Zdarzało się tak. Więc o czym my mówimy? A propo jak mieszkałem w Warszawie to też miałem swoje. Musiałem mieszkać w centrum, tak, że bardziej centrum to już tylko Dworzec Centralny. I oczywiście znalazłem takie mieszkanie. Przez 12 lat mieszkania w Warszawie, mieszkałem w ścisłym centrum. Tak samo jak wcześniej w Sopocie, musiałem mieszkać rzut beretem od Monciaka.

Trochę głośno.

Ale człowiek jest młody, ma być głośno.

Jest Pan wrażliwy?

Na swój sposób tak. To jest wrażliwość lwa.

To zmienia postać rzeczy.

U nas wrażliwość zaczyna być traktowana jako przejaw słabości. Bycie wrażliwym na cierpienie ludzkie- tak, na krzywdę zwierząt-tak, na bezsensowne dewastowanie przyrody- tak, ale już na ekoterroryzm Greenpeace- ja wrażliwy nie jestem.

 Od depresyjnych klimatów trzyma się Pan z daleka?

O Jezu, a co to jest depresja? Czasami mam ochotę na cztery dni zaszyć się w domu, nie wychodzić i to robię. Ktoś by powiedział deprecha, a dla mnie to jest reset. Ja nie mam czasu na depresję. Czasami, oczywiście mam lepszą lub gorszą formę i wtedy się angażuję mniej lub bardziej. Ale zawsze się angażuję.

Życie Pana cieszy.

Oczywiście, dla mnie to wszystko jest wspaniałe i niebywałe. Zawsze mam w głowie, że życie mamy tylko jedno.

Ale wśród artystów depresja jest, jakkolwiek źle to zabrzmi, popularna?

Pani mówi o depresji, ale jeśli w ASP mianem wysokiej sztuki określane jest wszystko to, co mówi o bólu, śmierci, przemijaniu, aborcji, zdradzie i klęskach, to o czym my rozmawiamy? Polska sztuka jest sztuką bólu. Ona jest szara, ciężka.

My w ogóle jako naród jesteśmy skażeni takim brzemieniem przeszłości.

Zgadza się i nie dziwmy się, że artyści też przerzucają to na swoją twórczość. Ale znowuż jeśli ktoś idzie do ASP i zaczyna uprawiać kolor i zabawę to momentalnie nazwane jest to kiczem, tandetą i jest to złe.

W świecie też tak jest?

Nie. U nas dzieje się to wybitnie często, z tego też względu, że profesorowie produkują swoje kalki. Swoje kopie. Zamiast uczyć techniki, rzemiosła malarskiego to oni uczą stylu, uczą gustu. Dla mnie to jest karygodne. Każdy ma prawo do swojego zdania. Ktoś nawet kiedyś zadał mi pytanie o kultowe białe kozaczki, jak ja to nazywam „białe kozaczki z Warki”. Przepraszam bardzo, ktoś te buty zaprojektował, ktoś je zrobił, ktoś te buty kupuje. To też jest moda, tylko moda w Warce. Odczepcie się od tego. Nie podoba się- nie jechać do Warki i nie oglądać. My sobie sami utrudniamy życie. Jeśli ja mam chandrę, to ja bardzo dobrze wiem, co mam zrobić. Muszę wyjechać do miejsca, albo spotkać się z ludźmi, którzy mnie naładują, a nie usiąść w domu i włączyć „Przeminęło z wiatrem”, no nie wiem. Jeszcze się dobić.

Ale teraz to wszystko stało się modne.

A tak, dzisiaj depresja to jest już sposób bycia.  Ja oczywiście nie mówię o depresji klinicznej. Ale wszystko się chowa pod opcją depresji. To tak samo jak lenistwo rodziców chowa się pod dysgrafią, dysleksją i wszystkim „dys”. U nas, kiedyś, nie było „dys” tylko był głąb i koniec.

Twardą ręką był Pan wychowywany?

Oczywiście. Ja z siostrą byliśmy dzieciakami bardzo samodzielnymi, bardzo krnąbrnymi. Nie chuliganami, ale mieliśmy swoje do powiedzenia.

Rodzice trzymali was krótko?

Krótko. Była lista kar za przewinienia.

Lista kar?

Dokładnie. Rodzice się jej trzymali ostro. Wiedzieliśmy, że za każdy jeden dzień wagarów było dziesięć pasów i za jedną oceną niedostateczną jeden pas.

I nie ma im Pan tego za złe?

Absolutnie nie. Inaczej by sobie z nami nie poradzili. My byśmy im na głowę weszli. My byliśmy cwani, szliśmy łeb w łeb, a ja jeszcze byłem synusiem mamusi, siostra córunią tatusia.

I naprawdę były pasy za wagary?

Miałem do wyboru, albo się nauczę, albo idę na wagary. Najpierw sprawdzałem ile już „zarobiłem”. (śmiech).

Kalkulacja.

I to właśnie, wbrew pozorom, nauczyło mnie przewidywania i brania konsekwencji za swoje czyny.

Dzisiaj Pan kalkuluje?

Oczywiście, wszystko jest kalkulacją. Ciągle kalkulujemy, w pracy, w podróży, w domu. Liczby, godziny, kilometry, czy się opłaca czy się nie opłaca. Bardzo często mając trzy zaproszenia na imprezy w tym samym czasie, musisz dokonać wyboru. Dwóm musisz odmówić i kalkulujesz, która będzie najbardziej korzystna bądź co jest w danym momencie, dla ciebie, najważniejsze.

Świat zmusza do działania.

Ale on zawsze taki był. Nigdy nie był inny. Przecież gdyby za czasów dorożek były samochody, to ludzie też zaczęliby żyć szybciej. Rozwój cywilizacji, naszej ludzkiej, to jest jeden wielki festiwal ludzkich próżności. Żeby było szybciej, łatwiej i wygodniej.

Ostatecznie wychodzi też trochę mniej inteligentnie.

Mój rocznik porzucony w środku lasu przeżyłby. Przeciętna gimbaza, kiedy wyląduje w środku lasu bez telefonu, sieci, sorry, 3-4 dni i oni są martwi. Siedzimy kiedyś na balkonie, w Warszawie, w moim mieszkaniu i sobie myślimy – Gdyby teraz w tym mieście odcięto prąd i nie byłoby szans na ten prąd przez kilka lat- to miasto zginie. Ja już się tym pędem nasyciłem, ale nadal z dziką rozkoszą jeżdżę do Warszawy. Fajnie się tam bawię i dobrze się czuję.

Ja zawsze marzyłam o Warszawie.

Ależ jedź! Pomieszkaj, pożyj, odczuj, daj się ponieść. Ja w Warszawie na nowo zacząłem chodzić do teatru. Tam, kiedy tylko chcesz, zawsze masz mnóstwo opcji do wyboru.

Krytyka Pana dotyka?

Nie.

To znaczy spływa jak po kaczce?

Oczywiście. No może czasem boleć, ale ludzie mówią źle, albo wcale. Więc niech mówią źle. Krytyka tak jak konkurencja- rozwija, zmusza do patrzenia w przyszłość. A przecież  w obecnym świecie stanie w miejscu, to cofanie się. Świat gna. Jak staniesz w miejscu- sorry…

Wypadasz z gry.

Przegrywasz z samym pędem miasta.

Świat nie lubi ciszy, ale paradoksalnie o Panu się wiele nie słyszy.

Ja nawet o to lekko dbam. Z tego względu, że w czasie czteroletniej współpracy z domem Forget-me-Not przeżyłem bardzo medialny okres, kiedy praktycznie w każdej kronice towarzyskiej było moje zdjęcie. To ma swoje dobre i złe strony. Nigdy nie chciałem być Galliano czy Gaultier z tego względu, że aby takimi osobami być, trzeba urodzić się w tamtych realiach. Ja Londyn poznałem i wiem na czym polega zabłyśnięcie. Arkadius myślał, że właśnie na tym długo poleci. Nie, on był po prostu modny przez chwilę. Ja też modny byłbym przez chwilę, ale za mną idzie krawiectwo i to sprawia, że wciąż jestem pożądany. Zresztą moim celem zawsze było pokazywanie mody przez krawiectwo. To krawiectwo niesie modę.

Ile miał Pan lat, kiedy odbył się Pana pierwszy pokaz?

Mój pierwszy pokaz?

Dwadzieścia?

Nie. Oczywiście nie mówię o pokazach w domu kultury, bo to było już dużo wcześniej.

W Domu Kultury w Wejherowie?

Sam nawet zorganizowałem całą imprezę. To takie egzotyczne było bardzo. Pierwszy profesjonalny pokaz organizowany był z Agencją ProFilm. Była to największa, najbardziej rozpoznawalna agencja telewizyjna w Polsce, mieszcząca się w Gdańsku. To był już high-life. Propozycja wyszła od nich. Pokaz odbył się w 1993 roku w gdańskim NOC-ie. Między kolejnymi częściami pokazów śpiewał Golden Life.

Zdarzyły się Panu dłuższe okresy przerwy w tym, co Pan robi?

Nie. Tu nie ma na to czasu. Tu jest projekt w projekt. Nie ma opcji zatrzymania się. Mam moje klientki, wcześniej ubierałem gwiazdy na duże wydarzenia. Nie ma nudy.

I Panu udaje się tak trwać na poziomie, bez rozgłosu.

Jeśli mówimy o rozgłosie, jako byciu atrakcją Pudelka, to nawet moje klientki by tego nie chciały. Robię to świadomie.

Polacy dobrze dziś wyglądają?

Lepiej. O niebo lepiej. Polki zawsze miały gust, zawsze potrafiły kombinować, zrobić coś z niczego. Czasy nas do tego zmuszały. Ja też to znam. Każdy skrawek materiału był na wagę złota. Jako Polacy, mamy gdzieś w sobie tą elegancję, ale do dam to Polkom daleko, takich mamy w Polsce niewiele. W szczególności w tak zwanym wieku rozrodczym. Ale na pocieszenie, kobiet z klasą, które potrafią się ubrać jest sporo. Zawsze mówię, że dama założy jutowy worek, w pasie przeplecie złotym paseczkiem, dobierze złote pantofelki i poniesie jak Chanel. A znowuż baba jak nawet ubierze Chanel to poniesie jak worek. Tutaj mamy właśnie tę dużą różnicę. Poza tym matki nie wychowują kobiet. Matki wychowują żony.

Kobieta to też żona.

Tak, wiem. Ale chodzi o mentalność, o sposób przygotowania do życia. Kiedy szukamy modelek to często robimy warsztaty. Przecież my te młode dziewczyny uczymy tego, co powinny wynieść z domu.

Czyli?

Wszystkiego. Wdzięku, uśmiechania się, sposobu chodzenia, sposobu siadania. Tego matki im nie przekazały. Oczywiście nie mówię o tym, aby pakować dziesięciolatkę w obcasy, ale niech ona wie jak się siada, jak stanąć do zdjęcia, jak się uśmiechnąć. Za moment będzie nastolatką, a nastolatkowie są najbardziej okrutnymi stworzeniami pod słońcem.

Trochę to strasznie brzmi.

Sam byłem nastolatkiem.

Ja też i to całkiem niedawno.

Wiem jacy jesteśmy bezwzględni dla siebie.

Bezwzględni i krytyczni.

No właśnie o tym mówię. Rodzice powinni przygotowywać dzieci do tej roli. Twoje pokolenie już to na własnej skórze odczuło, moje pokolenie mniej.

A kobieta pożądana, to jaka?

Taka, z którą się rozmawia z wysokimi oczami. Lubię partnerstwo w rozmowie, dowcip, duży żart na swój temat, świadomość. Zawód nauczył mnie pracy z każdym typem kobiety, ale szczególnie lubię pracować i ta współpraca trwa przez laty kiedy kobiety mają leciutkiego świra, kiedy lubią szokować, lubią się bawić. Całe ich życie to pęd do przodu, żeby poznawać i żeby doznawać.

A jak znaleźć złoty środek na dobry wygląd, kiedy nie tylko domy mody, ale i sieciówki karmią nas różnorodnością.

Dziś, społeczeństwo możemy podzielić na siedemdziesiąt procent szarych myszek, które nie chcą się w żaden sposób wyłonić z tłumu. I to nie tylko w stosunku do mody- one chcą wychować dzieci, spokojnie żyć, dziękuję bardzo, do widzenia, numer PESEL. Potem mamy dwadzieścia procent ludzi kolorowych, naprawdę bawiących się modą, poszukujących, eksperymentujących, mających duże poczucie luzu na swój temat. I dziesięć procent totalnych fashionistów, którzy jeśli ciuch nie ma metki europejskiej to nie ubiorą, chyba, że to metka Zienia czy Kupisza. No i my projektanci utrzymujemy się przede wszystkim z tych dziesięciu i potem z dwudziestu procent, tych kolorowych.

To znaczy, że nie tworzy Pan dla „szarych myszek?

Tworzę. Z nimi spotykam się na ślubach. I wtedy jest tworzenie sukni, kreacji wieczorowych. Wtedy najważniejsza jest ta konkretna osoba, która przychodzi i wtedy zamieniam się w krawca, który doradza i projektuje. Czasami klientka lub klient przychodzi z totalnie od czapy pomysłem i wtedy trzeba tak przeprowadzić rozmowę, żeby zmienić fason, ale żeby klient dalej myślał, że to on na to wpadł.

To też jest sztuka.

Praca z ludźmi uczy psychologii.

Inspirują Pana wielkiej sławy projektantami?

Oczywiście, jak się uczyć to od najlepszych. Grunt, żeby nie robić kopia jeden do jednego. W modzie było już wszystko, teraz pozostaje tylko kwestia łączenia. Raptem kobieta nie będzie miała trzeciej piersi, albo piątej kończyny więc nie ma opcji wymyślania czegoś od nowa. Grawitacja wciąż jest ta sama i w żaden sposób się z nią nie dogadamy. Tak jak Coco Chanel i mała czarna- trzeba by powiedzieć, że wszyscy kopiują Coco Chanel i jeśli patrzeć pod tym względem to właśnie tak jest. Oczywiście mam swoich ulubionych projektantów, ale mam też takich którzy absolutnie nie są w moim guście. Lubię od zawsze Guilter, Galliano, lubię McQueen’a.

Awangarda. 

Tak, a ja znowuż awangardę miałem we krwi wyrastając w Sopocie. Lubię też Kelvina Cleina, Victorię Beckham, z przyjemnością oglądam pokazy Victoria’s Secret. To jest potężne, piękne show.

Co definiuje Pana styl?

Moje klientki mówią, że mój styl jest ultrakobiecy nawet kiedy robię to z tkaniny obiciowej.

Jakie to kobiety?

Całe spectrum, od dziewczynek po kobiety osiemdziesięcio letnie. Ja zresztą lubię pracować z kobietami dojrzałymi- są bardzo świadome. Wtedy można się bawić, tworzyć fajne rzeczy. To nasza wspólna piaskownica modowa.

Pana droga zawodowa to ciężka droga?

Kiedy pracowałem w produkcji odzieżowej docierało do mnie, że jestem w pracy. Zacząłem się czuć jak w tylce. „O Boże, muszę wstawać.” A potem kiedy zacząłem przygodę z indywidualnymi klientkami, z modą, ze sceną, okazało się, że to moja pasja. Mnie nie musi budzik rano budzić, żebym zdążył na autobus czy pociąg. Ja wstaję, bo chcę. Dla mnie każdy dzień jest pasją. Każdy dzień jest inny. Mi się dwa takie same dni nie zdarzyły.

Ciekawe życie Pan ma.

Absolutnie nie mogę narzekać. Praca powoduje, że zwiedzam cały świat. Jestem szczęśliwy, los mi sprzyja. Gdybym narzekał, kłamałbym.

I niech tak zostanie.

Rozmawiała Ola Grądzka

1 2 3 4