Malika: Tak sobie to życie układam

Ostatnio widziałyśmy się cztery lata temu. Ależ się Pani zmieniła!

A dziękuję. To sport.

Pięknie Pani wygląda.

Zawsze mówili, że sport to zdrowie i jak się okazało – to prawda.

Minęło tylko parę lat, a ja widzę przed sobą drugą wersję Maliki.

Czas płynie i różne rzeczy się dzieją. Wtedy też rozmawiałyśmy tutaj? (w restauracji Malika- przyp.red.)

Nie, w Gdańsku.

A tak, pamiętam. Z Basią i Dianą. Diana ma tutaj, wie Pani, cukiernię. Tu, zaraz na rogu.

Słyszałam, że na Świętojańskiej, ale nie wiedziałam, że po sąsiedzku. Trafiłam na Pani gorszy dzień?

Nie, głowa mnie tylko trochę boli, ale spokojnie. Możemy rozmawiać.

Myślałam wczoraj o Pani. O tej przemianie, bynajmniej zewnętrznej, która się w Pani dokonała. Życie też się nam zmienia.

Oczywiście, że się zmienia. Ale trzeba zacząć od tego, że to właśnie my się zmieniamy i w ten sposób zmieniamy życie. Wszystko to, co się wokół nas dokonuje, dzieje się pod wpływem naszych decyzji. A nasze decyzje i nasze przemiany wpływają na naszych najbliższych najpierw, potem na bliskich tych najbliższych, a potem trafiają do otoczenia, w którym jesteśmy. No i oczywiście nie my sami mamy na to wpływ, ale też inni ludzie, którzy vice versa mają decyzyjność i którzy sprawiają, że nasze życie ulega przemianom. I to, co Pani mówi, że się zmieniłam… To znaczy ja wciąż jestem tą samą osobą, ale jednocześnie minęły cztery lata i jestem o ten miniony czas bogatsza.

Bogatsza o cztery lata doświadczeń.

Tak i to bardzo różnych. Jako zodiakalny Bliźniak lubię rozwijać się w różnych kierunkach. I przyszedł taki moment, kiedy postanowiłam spróbować tych innych rzeczy. W między czasie zostałam babcią. I chyba na przekór temu postanowiłam, może nie odmłodnieć, ale zadbać o siebie, żeby czuć się w swojej skórze dobrze. No i zaangażowałam się w sport, który dzisiaj pochłania bardzo dużo mojego czasu i energii, ale sprawia mi tym samym olbrzymią radość. A jak już weszłam w ten świat, to poznałam nowe osoby, które wzbogaciły moje życie i pojawiły się nowe kręgi, nowe możliwości i nowe sposoby na spędzanie czasu. I znów kolejna pasja- motocykl. Niedawno go odkryłam.

Odważnie.

No najpierw się bałam. Zawsze uważałam, że jazdy na motocyklu podejmują się wariaci, szczególnie na naszych drogach, gdzie bezpiecznie nie jest podróżować nawet samochodem. Ale jakiś czas temu zaczęłam się do tego przekonywać. Stwierdziłam tylko, że jak już jeździć to samemu. A coś złego? W sumie może nas spotkać w każdej chwili więc pozostaje tylko kwestia tego, aby robić to w odpowiedzialny sposób.

Do restauracji przyjeżdża Pani na motorze?

Ani razu jeszcze mi się to nie zdarzyło. Z różnych powodów, najczęściej dlatego, że jadąc do pracy przywożę ze sobą różne rzeczy i zazwyczaj w dużych skrzynkach. Ale może z czasem będę. Prawo jazdy mam od wiosny więc teraz szlifuję tę jazdę, ale pierwszą podróż mam za sobą.

Jak się domyślam, ktoś Panią do tego motoru przekonał.

Mąż jeździ od dwóch – trzech lat.

Przepraszam, ale muszę przerwać. Ależ pachnie ten batat! I jak pięknie wygląda. Zrobiłabym zdjęcie, ale telefon mam wyłączony.

Niech Pani zrobi moim, potem prześlę.

To niech już Pani zrobi.

Nie, proszę zrobić, żeby to był Pani sposób patrzenia. Każdy patrzy inaczej. I proszę jeść, póki ciepłe.

A Pani co je?

Hummusa z bakłażanem, z granatem, z orzechem nerkowca i z natką pietruszki. A wracając do motoru, to zdarzało mi się podróżować z mężem na tak zwanym plecaku. Ale z czasem zaczęło mnie to nudzić i stwierdziłam, że jeżeli mam jeździć- to sama. A że poznaliśmy innych ludzi, którzy tę pasję dzielą, to tym bardziej stało się to sensowne. No i jak zrobiłam prawo jazdy, to odbyliśmy rajd motocyklowy, dwutygodniowy.

To ta ostatnia podróż po wschodniej Polsce?

Tak. Uważam, że w życiu trzeba iść za tymi wszystkimi pomysłami, które się rodzą, jeżeli oczywiście mamy ku temu możliwości. A wierzę, że jak się coś postanowi i ma się wystarczająco dużo chęci to prędzej czy później te możliwości się pojawiają.

Dużo też zależy od ludzi i w ogóle chyba dziś jest łatwiej.

Ludzie cały czas są kolorowi. Tylko, żeby móc sobie pozwolić na takie kolorowe życie i żeby móc sobie pozwolić na przyjemności, począwszy od chodzenia po restauracjach poprzez sport, poprzez to, że można mieć dużo dzieci i żeby było fajnie, to potrzebna jest ogólna stabilność. I Polska, jako kraj, taką stabilność już osiągnęła. Niezależnie od różnych sytuacji politycznych, które się podobają lub się nie podobają, to jednak jesteśmy już na etapie, gdzie ta kolorowość jest i wszyscy ją uzewnętrzniają- mniej lub bardziej, tyle ile mogą. Ostatnio nad tym myślałam, kiedy wczesną wiosną byliśmy z mężem w Gruzji.

Ja jeszcze nie byłam, ale podobno jest wspaniale.

Tak, kraj jest postrzegany jako coś fantastycznego. Niektórzy mówią, że mogliby tam żyć. Fantastyczni ludzie, fantastyczne jedzenie, fantastyczne pejzaże i to wszystko prawda, ale tam jest jednak wciąż niesamowita bieda. I wydawać by się mogło, że się tego nie czuje, bo ludzie są weseli, chętnie przyjmują gości, są sympatyczni, ale wystarczy rozejrzeć się po ulicach, żeby zobaczyć, że tych kolorowych ludzi nie ma. Że nie ma entuzjazmu na ulicach, że ludzie młodzi nie siedzą w kawiarenkach, że nie ma dużo wózków dziecięcych, że nikt nie biega i nie organizuje triathlonów i biegów ulicznych. A to w porównaniu do naszego kraju jest dużo mniej kolorowe.

A w Algierii jak było te 30 lat temu?

To, co Pani powiem nie będzie ani zbyt romantyczną, ani też zupełnie obcą wersją, bo kraje Maghrebu to nie jest dzika Afryka. Całe pasmo północne to część cywilizowana i tam są normalne miasta. One różnią się oczywiście od miast europejskich, ale są bardzo podobne do tych z południowych Włoch czy południowej Hiszpanii. Są dzielnice biedy, gdzie stoją bardzo prymitywne chaty, tak zwane bidonville. Francuzi to tak nazwali i tak się przyjęło. Bidonville- niezbyt fajna nazwa, ale te domy naprawdę zbudowane są z tego, co się pod rękę trafi. Butelki, bidony, kawałki plastiku, klimat jest ciepły więc nie trzeba się chronić przed zimnem. Tak jak ludzie mieszkają w kartonach w Nowym Jorku…

… tak mieszkają w domach z plastiku w Afryce.

Ale pozostała część miasta wygląda jak u nas. Można mówić, że jest brudniejsza, można mówić, że jest bardziej zaniedbana, ale ich kultura inaczej traktuje te kwestie. Koło naszego osiedla, na którym mieszkaliśmy…

To były takie zwykłe bloki?

To były bloki takie jak są u nas w Gdańsku we Wrzeszczu czy na Zaspie, tylko czteropiętrowe. I my w takim domu żeśmy mieszkali. Z normalną kanalizacją, prądem i wszystkimi spełniającymi podstawowe funkcje pomieszczeniami. Oczywiście, wykończenie tych domów jest inne, żaluzje są zamontowane na stałe, a podłogi wyłożone kaflami, żeby dawały chłód, ale nie jest to coś, co by sprawiało, że czujemy się tam egzotycznie. Obok naszego osiedla budowano park atrakcji.

Wesołe miasteczko?

Tak. Wtedy, kiedy myśmy tam byli Polska była krajem komunistycznym, a Algieria krajem, które do komunizmu zmierzało. Stąd też te wymiany. Polscy inżynierowie, lekarze i w ogóle ludzie z wyższym wykształceniem jeździli tam, by kraj mógł się rozwijać. Takie przynajmniej były założenia. Mój tata w pierwszym kontrakcie pracował w biurze projektowym, w drugim kontrakcie był wykładowcą na Uniwersytecie na wydziale Architektury. I fakt, że coś takiego się odbywało świadczy o tym, że kraj chciał się rozwijać. Nie można też zapomnieć, że Algieria przez ponad sto dziewięćdziesiąt lat była kolonią francuską. Wszystkie domy, dzielnice, przepiękne budynki były wybudowane przez Francuzów. I one stały zanim my tam przyjechaliśmy, stały jak my tam żyliśmy i stoją do dzisiaj. To architektura francuska z końca XIX wieku.

I tych Francuzów dużo tam było?

Jak byliśmy to całkiem sporo, teraz już nie. Algieria uzyskała niepodległość w latach sześćdziesiątych, to była krwawa jatka, ale udało się. Teoretycznie Francuzów stamtąd wypędzili. Praktycznie mnóstwo Francuzów przez wiele lat mocno się zżyła z tamtejszymi ziemiami i nie wszyscy chcieli wyjechać. Niektórzy wyjechali i wrócili, a od strony ekonomicznej przecież Francja była potrzebna.

Szkoła, do której Pani chodziła też była francuska.

Tak, była założona przez Francuzów i nadzorowana przez francuskie ministerstwo. To była jedyna forma edukacji, jaką mogliśmy przyjmować. Poza tym szkołę polską robiliśmy eksternistycznie, ucząc się w domach i zdając egzaminy w ambasadzie. Natomiast do szkoły algierskiej, no gdybyśmy chcieli to pewnie moglibyśmy pójść, ale byłoby to dość dziwne. Po pierwsze nie znaliśmy arabskiego, po drugie musielibyśmy ściśle przestrzegać zasad i norm, które tam obowiązywały. Nie było takiego przypadku, wiedząc, że jest się tam tymczasowo, żeby dziecko europejskie chodziło do szkoły algierskiej. My wszyscy, Czesi, Hiszpanie, Francuzi, chłopak z Chile i stosunkowo dużo Polaków chodziliśmy do jednej szkoły, której zajęcia odbywały się w budynku szkoły arabskiej. Tak było to zorganizowane, abyśmy z tymi dziećmi styczności nie mieli. Sam budynek zbudowany był na planie kwadratu z patio po środku, do którego wszystkie klasy miały bezpośrednie wyjście. Jak była ich przerwa to myśmy mieli zajęcia i jak myśmy mieli przerwę to oni byli w klasach i się uczyli.

Różnica kultur spowodowała ten podział? Dzisiaj byłoby to nie do przyjęcia.

Tak, ale składało się na to wiele czynników. Nas, w całej szkole była garstka, łącznie około 50 osób, a szkoła była olbrzymia. Różniliśmy się bardzo i to nie była tylko kwestia koloru skóry, ale też to, jak byliśmy ubrani, jak się zachowywaliśmy, w jakich językach mówiliśmy i jakie mieliśmy obyczaje. To był rodzaj segregacji. Dzisiaj jest to niewłaściwe i coś takiego nie mogłoby się dziać. Dzisiaj pewnie powinniśmy być w tym samym czasie i miejscu, razem się uczyć i się integrować. Wtedy byliśmy od siebie odcięci, właśnie tak, jakbyśmy mieli się z nimi nie integrować. Jakby te dzieci były gorsze, jakby nie nadawały się dla nas jako towarzystwo. I było to skuteczne, bo ja żadnych kolegów, ani koleżanek arabskich nie miałam.

Oni patrzyli na was inaczej?

No pewnie, że patrzyli. Tak jak się patrzy na Europejczyka, który chodzi i wygląda na lepszego. I my za takich też się uważaliśmy.

Nie pytała Pani dlaczego nie wolno wam się z nimi bawić?

Nie, w ogóle. Jako dziecko nie zauważałam i nie odbierałam tego, jako podziału. System edukacji nie pozostawiał nam zresztą zbyt wiele wolnego czasu. Zajęcia odbywały się od rana do 12:30, potem byłą przerwa na lunch i myśmy wtedy, na półtorej godziny wracali do domów, następnie zajęcia trwały do 17:30. Cały dzień wypełniony był lekcjami. W tygodniu w zasadzie nigdzie nie wychodziliśmy, nie bawiliśmy się na dworze. Kiedy się mieszka w krajach muzułmańskich to naturalnym jest, że poddaje się obwiązującemu tam systemowi i tym samym dni wolne przypadały na piątek, który jest najświętszym dniem i poniedziałek. W soboty i w niedziele byliśmy w szkole, a poniedziałki były dniem nauki w szkole polskiej. To były takie jakby komplety, organizowane przez rodziców.

Dużo rodaków tam było?

Całkiem sporo. W naszym bloku mieszkały dwie rodziny polskie, blok obok mieszkały trzy.

Dobrze tam Pani było?

Bardzo. Tak jak dziecku jest dobrze, kiedy rodzice się fajnie dogadują, kiedy ma co jeść, kiedy jest ciepło, kiedy są koledzy i koleżanki, kiedy się lubi to, co się ma. Tak samo pewnie dobrze byłoby mi Polsce, ale ja byłam tam.

Kiedy jechaliście na wakacje do Polski, rodzice mówili, że gdzie jedziecie? Do domu?

Polska nie była dla mnie krajem z mchu i paproci. Polska to był mój kraj. Wiedziałam skąd pochodzimy. Ale rodzice nie utrzymywali w nas patriotycznej propagandy, a wręcz przeciwnie- nie był to temat, o którym się rozmawiało. Myślę też, że patriotyzm i sama tęsknota za krajem jest tęsknotą za tym, co nam najbliższe. W przypadku moich rodziców była to babcia, dziadek, ich dom rodzinny – oni za tym tęsknili i w nas budowali to samo. Czyli ja również tęskniłam za babcią, tęskniłam za jej kuchnią, za wakacjami, które u niej spędzałam. To była też tęsknota za koleżankami, które widziałam tylko latem. Tęsknota za Polską nie była tęsknotą za Szopenem czy wierzbą, polskim morzem, które było zimne i tylko tyle. Patriotyzm to właśnie tęsknota za małymi, naszymi rzeczami. W momencie, kiedy coś się dzieje i mamy bronić kraju najpierw bronimy tego, co nam najbliższe, naszego domu, rodziny. Dopiero potem rozwinąć się to może w wyższe cele, ale w pierwszym porywie serca chronimy nasze małe rzeczy.

Śledzi Pani politykę?

Staram się nie.

A ogląda Pani wiadomości, to znaczy codzienne wydanie „dziennika”?

Trzeba by się już zdeklarować wybierając, który dziennik. W związku z tym nie robię tego.

Trochę się ostatnio w tym naszym kraju dzieje.

To do mnie dociera. Zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, mam mnóstwo znajomych, którzy udzielają się w KOD-zie i innych organizacjach. Ja tego nie robię, bo generalnie mam tak, że jeśli coś zacznę i się zaangażuję, to muszę na całego, a nie mam na to czasu. A poza tym, żeby się udzielać to trzeba znać od początku do końca szczegóły konfliktu.

Ale deklaruje się Pani po którejś ze stron?

Zdecydowanie po tej mniej prawicowej, ale nic szczególnego w związku z tym nie robię. Przeraża mnie to, co się dzieje, ale nie siedzę w tym. Wiem oczywiście, co się wyprawia. Wystarczy włączyć Facebook’a, żeby się o tym wszystkim dowiedzieć.

Ostatnie protesty przeciwko ustawom o sądownictwie były mocnym akcentem.

Niesamowite jest, że obecnej władzy politycznej tak udało się zbulwersować naród, że zrezygnowali ze swoich wakacji, ze swoich wolnych wieczorów i wyszli na ulice. I oni robili to w interesie ogółu. Domagali się wolności słowa, wolności wyboru, sprawiedliwości. I to jest piękne, tu można mówić o patriotyzmie, albo o tym, że jesteśmy bardzo świadomi i opowiadamy się za tym właśnie, żeby ten świat pozostał kolorowy i nie stał się czarno-biały, jakim jest dla co niektórych.

Tą różnorodność świata, czyli jego dar, niektórzy uważają za przekleństwo.

Ale wiadomo że to dar! Gdybyśmy byli tacy sami, byłoby strasznie nudno, chyba. Wydaje mi się, że to wizja końca świata, kiedy wszyscy stajemy się tacy sami i mamy taki sam sposób bycia. Ja nawet przed chwilą zaproponowałam, żeby Pani sama zrobiła zdjęcie moim telefonem, bo każdy patrzy inaczej na to, co fotografuje. I tak jest ze wszystkim. I to nas wzbogaca. Absolutnie nie wyobrażam sobie, że wszyscy jesteśmy tacy sami.

Stroni Pani od religii.

Tak.

Po prostu nie wierzy Pani w Boga?

Tak. Jestem osobą niewierzącą i tak zostałam wychowana. Mój tata był ateistą i przekazał mi pewną słuszną rację – jeżeli coś odrzucamy, to najpierw musimy to poznać. Dlatego też stronię od kwestii politycznych, bo za mało na ten temat wiem. W domu oddzielało się tradycję od wiary. I tradycja była zawsze, a uważano za nią święta i to nie tylko Boże Narodzenie, czy Wielkanoc, która w wielu domach jest świętem wiosny, ale też Wszystkich Świętych i inne takie. Ja byłam chrzczona i byłam u Komunii Świętej i chodziłam na religię. Tata nie mówił, abym czytała Biblię, ale mówił, że warto znać te podstawowe historie, wiedzieć skąd te święta są i co oznaczają. Uważam, że na ten temat wiem całkiem sporo i nawet sądzę, że o wiele więcej niż osoby, które uważają się za bardzo wierzące.

Czyli co jest dekalogiem zasad, wedle których Pani żyje?

Myślę, że gdyby to było takie proste, że ludzie, którzy wierzą w Boga są dobrymi ludźmi, kierują się Dekalogiem i pozostałymi zasadami moralnymi, to świat byłby przepiękny. Ja zawsze uważałam wręcz przeciwnie. Jako osoba niewierząca bardziej kieruję się tymi wszystkimi zasadami niż niejedna osoba praktykująca chrześcijaństwo. Co więcej, moje córki posłałam do szkoły katolickiej. Właśnie po to, żeby ten kręgosłup moralny i podstawowe zasady przyjęły. Chciałam też, żeby później miały możliwość wyboru w kwestii wiary i jedna z nich jest wierząca. W ogóle uważam, że nie trzeba być wierzącym, aby móc myśleć, móc decydować za siebie, a najważniejszym jest, żeby mieć wolność wyboru.

Nasze wybory są jak furtki, otwierają bądź zamykają dalszą drogę, wyznaczając tym samym etapy naszego życia

Gdybym miała o nich wszystkich opowiadać, nie starczyłoby czasu.

Aż tyle ich było?

Ja mam już 43 lata i jestem babcią. (śmiech)

Często to Pani powtarza.

Ja się tym chwalę po prostu. A wracając do tych etapów to pierwszym było życie w Algierii i dzieciństwo tam spędzone. Następnie powrót do Polski, który miał różne reperkusje i tym samym był ważny. Potem kolejne lata, które zbiegły się ze zmianą ustrojową Polski. Był rok ’89, kończyłam podstawówkę, szłam do liceum. Miałam takie szczęście, że rodzice zdecydowali, że poślą mnie do pierwszej szkoły prywatnej, która powstawała właśnie w Polsce. Było to Liceum Autonomiczne w Gdańsku. Spotkania organizacyjne odbywały się jeszcze przed Okrągłym Stołem i nie do końca było wiadomo, czy we wrześniu to liceum ruszy. Na całe szczęście wystartowało i tam spędziłam cztery lata. Tam poznałam mojego męża. Kolejnym ważnym momentem była śmierć taty. I to jedyne, co mnie w życiu złego spotkało. Bo spotykają mnie same dobre rzeczy najczęściej, albo ja tak patrzę na świat, że tylko te dobre zapamiętuję.

Szczęściara.

Też tak o sobie mówię, chociaż kilka osób stwierdziło, że to złe określenie. To kwestia wyborów, decyzji i postrzegania świata, a nie szczęścia. Niezależnie od tego, bardzo złym momentem było to, że tata tuż przed maturą odszedł. Kiepsko się to dla mnie skończyło, osłabło moje zdrowie, wylądowałam w szpitalu. Ale jakoś się z tego wszystkiego wygrzebałam, poszłam na studia. Pod wpływem śmierci taty zdecydowałam zmienić swój plan na życie i poszłam na architekturę.

A wcześniej jaki był plan?

Miałam wyjechać na rok do Francji, tam pójść do szkoły i zastanowić się, co naprawdę chcę w życiu robić. Tata nie był zadowolony z tej decyzji. Uważał, że język francuski, którym posługiwałam się jako dziecko to trochę za mało, żeby zrobić z tego zawód. Jak to ojciec, uważał, że jestem piękna, wspaniała, zdolna i że zasługuje na wszystko, co najlepsze i że powinnam lepiej wykorzystać swoje możliwości. Po jego śmierci, nie chciałam go zawieść i poszłam na architekturę. Po pierwszym roku, mimo, iż byłam zachwycona tą architekturą, nie radziłam sobie zupełnie z technicznymi przedmiotami. Zaszłam w ciążę i poszłam na dziekankę. Kiedy urodziłam Julię zdecydowałam się na kierunki językowe i tak to poszło. Życie płynęło, urodziłam jeszcze dwie córki Natalię i Weronikę. W między czasie dołączyły do nas zwierzaki, wybudowaliśmy dom. Życie toczyło się wygodnym, spokojnym, prawidłowym trybem.

I tak to trwało i trwało…

Tak, do momentu, aż francuski stał się językiem mniej popularnym. W jednej ze szkół, gdzie uczyłam usłyszałam, że jeśli nie mogę uczyć francuskiego i hiszpańskiego, a hiszpańskiego nie znałam więc nie mogłam go uczyć, to muszą mnie zwolnić. Ale nie myślę o tym, jako o złym doświadczeniu. Ono było bardzo istotne. W grudniu ubiegłego roku zostałam zaproszona do tej szkoły w ramach cyklu „Spotkania z ciekawym człowiekiem” i zaczęłam swoje przemówienie od tego, że miło jest być w miejscu, w którym zaczęła się moja przemiana w ciekawego człowieka właśnie. Wtedy, te kilkanaście lat temu, poczułam konieczność zrobienia czegoś ze swoim życiem i okazała się ona zbawienna dla kolejnych jego elementów. A potem jak wiadomo, praca w kuchni, własna restauracja, Top Chef i same dobre momenty, które mnie od tamtego czasu spotykają. Staram się wykorzystywać możliwości, które do mnie przychodzą i marzę cały czas o kolejnych. Wiem, że prędzej czy później one się pojawią. Tak było z wydaniem książki. Teraz też mam marzenia, ale nie będę o nich mówiła dopóki się nie wydarzą.

Żeby nie zapeszać.

Tak, żeby nie zapeszać.

Etapom w życiu towarzyszą też symbole drogi, którą przebywamy.

Tak, tylko to są już intymne sprawy. Wiążą się one z konkretnymi osobami i konkretnymi przeżyciami. Jednym z takich miejsc jest dla mnie Puck. Wiele dobrego się tam wydarzyło. Mam fajne wspomnienia z tym miejscem. Te tylko z mężem i potem, jak już mieliśmy dzieci. Puck jest taki odległy i bliski zarazem. Zawsze z sentymentem wracam na tamtejsze molo, do tego miejsca, gdzie cumują żaglówki, tam spędziliśmy bardzo dużo dobrego czasu. Drugim takim miejscem jest nasz dom, Sulmin. Jest tak ważny, nie tylko dla nas, ale też dla dzieci, że córka kiedy brała ślub powiedziała, że nie wyobraża sobie, by mogła zorganizować go w innym miejscu. I był w ogrodzie.

U siebie.

Tak. Ona stwierdziła, że to jest dla niej najważniejsze miejsce i ślub musi odbyć się w domu.

Tam też jest tak kolorowo, ciepło, pachnąco i gra muzyka?

Większość ceramiki z domu przywiozłam tutaj, do restauracji, więc jest jej mniej. Ale tak, mój dom nie jest klasycznym domem. Jest tam kolorowo i bałaganiarsko.

Najważniejsze, że jest miłość i szczęście.

Wszystko jest.

Ma Pani w życiu autorytety?

Kiedy byłam mała, podsłuchałam rozmowę moich rodziców, która strasznie mnie zbulwersowała. Szczególnie słowa mojej mamy, która powiedziała, że gdyby coś się miało wydarzyć i ona miałaby wybrać pomiędzy nami a tatą, to wybrałaby tatę. Byłam wtedy małą dziewczynką, a cały czas o tym pamiętam. Tak mnie to poruszyło. Dopiero po wielu latach zrozumiałam, że jeśli wybiera się tą jedyną osobę, z którą się żyje, wszystko się razem buduje i jeśli ten związek jest szczęśliwy to przychodzi moment, w którym zdajemy sobie sprawę, że dzieci są dziećmi, są z nami i się je kocha, ale one są w naszym życiu na chwilę. Przynajmniej w zdrowym domu tak powinno być, że odchodzą na swoje, rozwijają się, a z tą najbliższą osobą zostajemy do końca życia. Autorytetem i osobą, której zdaniem się kieruję jest mąż. Bardzo szybko wyparł z mojej głowy mamę i nawet świętej pamięci tatę. I tak się trzymamy razem.

Kłócicie się czasem?

Kłótnie nie są czymś złym, jeśli mają nam pomóc w zrozumieniu siebie nawzajem. Ważna jest też rozmowa wokół kłótni, a nie sam jej moment. Nie zawsze jest sielankowo. Jesteśmy ze sobą dwadzieścia sześć lat, mieliśmy wzloty i upadki. Nie zawsze jest spijanie z dzióbków. Ale chodzi o to, żeby nawet negatywne emocje uszły w dobrym kierunku.

A jak się Pani zakochała to było takie wielkie, nagłe i już Pani wiedziała, że to ten na zawsze?

Radek kiedyś podjechał pod szkołę ze swoim bratem, który był wtedy z moją przyjaciółką. Ona zawołała: „Ewka chodź, chodź.” Poszłam, bo to moja bardzo dobra przyjaciółka była i do dzisiaj zresztą jest. Jak poznałam Radka to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale utożsamiał wiele cech, które były pociągające. Chociaż wydaje mi się, że prawdziwa miłość to nie jest kwestia ani zewnętrznych cech, ani tych wewnętrznych do końca. To jest jakaś chemia, jakieś feromony, które sprawiają, że nagle osiągamy stan zakochania, a dopiero później, kiedy on przeradza się w miłość tę dojrzałą, zaczynamy zastanawiać się nad wszystkim innym.

Jest Pani dziś szczęśliwa?

Tak. Bardzo.

Bezpieczna?

O wszystkim staram się myśleć pozytywnie. Czuje się bezpiecznie. Są sprawy, jak prowadzenie biznesu, który nigdy nie jest rzeczą pewną, czy zdrowie, ale ja jestem jak Scarlet O’Hara- pomyślę o tym jutro, a do tego czasu mam jeszcze czas i to zazwyczaj się rozchodzi, a jak się nie rozejdzie, to wtedy to rozpracujemy i zrobimy, żeby było dobrze.

Tak sobie Pani to życie układa.

Tak sobie je układam.

Wierzy Pani w przeznaczenie?

Bardziej niż w cokolwiek innego.

Ludzie są dzisiaj samotni?

To zależy jak się samotność postrzega. Każdy z nas ma jej własną definicję, ale generalnie myślę, że ludzie nierzadko cierpią na samotność i są pogubieni poprzez decyzje, których ja nie oceniam, ale które powodują, że stają się nieszczęśliwi. Sama ostatnio miałam złe doświadczenia i wtedy też potrzebowałam mądrych rad. I fajnie, jeśli w takich właśnie momentach mamy na kim się oprzeć i wiemy, że ktoś chce nam pomóc. To jest taki moment, kiedy ludzie są sobie nawzajem potrzebni. Ale jest też drugi rodzaj samotności- ta, którą fundujemy sobie na co dzień. Obserwuję to w restauracji. Przychodzi para, przychodzą rodziny, przychodzą jeść, a wyciągają komórki i wchodzą w świat wirtualny. To dotyczy wszystkich, sama się na tym łapie. Wracam do domu i czas dzielę tak, żeby sprawdzić, co się tam w Internecie dzieje. I są to samotności, z którymi możemy, ale chyba nie chcemy sobie radzić.

A Pani jest bardziej Ewa czy Malika?

Jedni mówią tak, drudzy tak. Jak ktoś woła na ulicy Ewa to się odwracam, jak Malika to już wiadomo, że raczej za mną wołają. Zanim zaczęłam poważne gotowanie prawie nikt nie zwracał się do mnie Malika. Wiele osób myśli, że to ksywa. I niech tak zostanie. Ja sama bardziej utożsamiam się z imieniem Ewa.

A ta chustka, którą Pani nosi na głowie jakoś specjalnie się nazywa?

Nie. Kiedyś nosiłam ją cały czas, bo było mi wygodnie, a w kuchni zabezpieczała włosy. Tych chust w ogóle mam całe mnóstwo.

Ale dziś jej Pani nie ma.

Ostatnio prawie nie noszę, bo odkryłam, że dobrze wyglądam bez niej. Jeszcze kiedy rano ją założę, wygląda egzotycznie. Ale w ciągu dnia odsuwa się coraz bardziej, ja tego nie zauważam, a potem widzę na zdjęciach, jak ja wyglądałam. I faktycznie jak babcia. (śmiech)

A ta ostatnia wyprawa na motorach.

Zacząć muszę od tego, że gdy dzieci były jeszcze małe i jeździły na obozy to postanowiliśmy z mężem, że co roku będziemy spędzać co najmniej dziesięć dni sami, we dwójkę, na urlopie. To było i jest nam bardzo potrzebne. Zawsze mieliśmy z tyłu głowy to, że za kilkanaście lat znów zostaniemy sami w domu i że nie wolno nam o sobie zapominać. Kiedyś jeździliśmy na wyprawy rowerowe, braliśmy sakwy i jechaliśmy. Takie zwiedzanie odbywa się bardzo powoli, a zatem dużo się zapamiętuje, dużo sie dostrzega, poznaje się tereny, ludzi, rozmawia się. Potem, kiedy otworzyłam restaurację nie mieliśmy czasu na tego typu wyprawy. Ale teraz, kiedy mamy motory wróciliśmy do tego na nowo. Pierwszą wyprawę odbyliśmy po Polsce wschodniej i południowo-wschodniej. Poznaliśmy mnóstwo fantastycznych ludzi. Nigdy nie robimy planu. To znaczy planujemy, że będziemy jechać wschodnią Polską, a to gdzie będziemy spać, planowane jest z dnia na dzień i często ulega zmianom. A to za sprawą ludzi, których spotykamy. Bo jak się otworzymy na taką możliwość, to ci ludzie się pojawiają. To nie tylko motocykl i frajda jazdy, ale też przeróżne odkrycia, również kulinarne. Dziewczyna, która wprowadziła nas w świat Bojków i Łemków ma własną piekarnię w Przemyślu. Manufakturę, gdzie zaczyna się od wyrabiania ciasta, a kończy na pieczeniu bochnów w piecu opalanym drewnem. Zimą umówiłam się z nią na naukę pieczenia chleba, bo tego jeszcze nie robiłam.

Pani jest w życiu wolna.

Każdy z nas jest wolny. To tylko kwestia decyzji. Zawsze uważałam, że to, co dajemy innym do nas wraca. I może to moje fajne i dobre życie właśnie w ten sposób jest zbudowane. I dlatego mam tyle szczęścia?

I jeszcze więcej tego szczęścia Pani życzę!

Dziękuję.

Bardzo miło było. I smacznie!

Na zdrowie!

Rozmawiała Ola Grądzka

1 2 3 4