Maciej Sobieszczański: Ja nie oceniam. Ja patrzę w człowieka

To prawda, że jest Pan wrażliwy?

Co więcej, jestem sentymentalny, czego się wstydzę. Wczoraj przygotowywałem praktyczną część egzaminu na reżyserię do Studia Prób w Szkole Wajdy i tłumaczyłem scenę z Manchester by the Sea, w której główny bohater spotyka swoją byłą żonę. Pisałem i płakałem. Jakby mnie ktoś w tej sytuacji z boku zobaczył, uznałby, że jestem kompletnie niezrównoważony emocjonalnie. Nie mniej jednak, trudno jest się nie poddać prawdziwym emocjom, które daje nam prawdziwa sztuka.

Sentymentalizm jest niemęski?

Nie, absolutnie nie o to chodzi. To po prostu nie jest najwyższa półka ludzkich odczuć. Ja sentymentalność sytuuję mniej więcej tak, jak disco polo w muzyce.

Czyli disco polo Pan nie słucha?

Disco polo nie zaspokaja moich potrzeb emocjonalnych w żaden sposób. Nie lubię wartościować, ale nie jestem z tym gatunkiem muzycznym kompatybilny.

Lubi Pan dziennikarzy?

Nie mam negatywnego stosunku do dziennikarzy. Sam przez sześć lat wykonywałem ten zawód więc dobrze wiem, na czym ta praca polega. Trochę się natomiast martwię poziomem dziennikarstwa, które teraz często zajmuje się dostarczaniem rozrywki albo w najlepszym razie zatrzymuje się na powierzchni zdarzeń. To jest coś, co było zawsze obecne w dziennikarstwie, ale jakiś czas temu  przesunęło się do głównego nurtu i to mnie niepokoi. Dzisiaj, żeby być słyszanym, trzeba bardzo wyraziście mówić. Funkcjonujemy w świecie mnóstwa bodźców, przez co znieczuliliśmy się na to, co jest po prostu ciekawe.

Bez wątpienia ma Pan rację.

Ostatnie parę lat żyłem we własnym świecie, robiąc Zgodę, pracując w szkołach i zderzenie ze światem dziennikarskim na Festiwalu w Gdyni dało mi do zrozumienia, że coś się bardzo wyraźnie w tej materii zmieniło. Oczywiście, wciąż są dziennikarze, którzy nie poprzestają na szybkim, banalnym komunikacie, tylko szukają znaczeń i wartości, ale to się zmienia. Podejrzewam, że ta przemiana wiąże się z obecnością portali społecznościowych, które nadały mediom pewien nowy rys i rytm. Generalnie, mam szacunek do pracy dziennikarzy.

Pytam, bo rzadko udziela Pan wywiadów.

Dotychczas nie miałem specjalnie okazji, aby się publicznie wypowiadać. Zawodowo robię różne rzeczy, natomiast wywiadów, tak jak każdy reżyser, udzielam kiedy powstaje film. Do tej pory zrealizowałem wspólnie z Łukaszem Rondudą Performera. Zgoda jest właściwie moim debiutem.

Te wnioski po Festiwalu w Gdyni wynikają z Pana własnych doświadczeń?

Rozmowy, w których brałem udział były interesujące, ale zauważyłem dużą łatwość w ferowaniu wyroków. Jest w tym coś smutnego, kiedy filmy, nad którymi trzeba się pochylić…

Na przykład?

Myślę o tym, co spotkało Catalinę Denijala Hasanovica.

No tak.

Film, który jest niezwykle subtelny, bardzo wielowarstwowy, kilkoma głosami został zmiażdżony. Denijal Hasanovic jest człowiekiem i artystą, którego nie interesuje bycie za wszelką cenę wyrazistym. To bardzo interesujący twórca, do którego trzeba się przysiąść i posłuchać tego, co ma do powiedzenia. W zgiełku Gdyni jego film nie miał szansy wybrzmieć, a to co go spotkało uważam za głęboko niesprawiedliwe. Nie może być tak, że jeśli ktoś nie walnie pięścią w stół, nie zrobi filmu, który zwróci na siebie uwagę wszystkich – przepadnie. A Catalina to film, który nie chce się za wszelką cenę do nas przebić, jest bardzo osobliwy i po prostu wyjątkowy. Skala tego, co go spotkało jest dla nie mnie niezrozumiała, a łatwość ferowania wyroków – osobiście bolesna.

Zgoda też nie jest nachalna.

Ale jest wyrazista. Widz wobec tego filmu nie może pozostać obojętny. Może być na nie, może być na tak, ale film nie daje mu szansy, żeby się wymknąć. Po pierwsze stoi za tym temat, po drugie sposób ujęcia, po trzecie waga tego, o czym opowiadamy. Nie da się powiedzieć „ja tego filmu nie pamiętam”. Oczywiście  mam świadomość, że  pod pewnymi względami też nie jestem wyrazisty i zawarłem w tym filmie mnóstwo subtelności, która dostępna jest jedynie dla wymagającego widza…

Łatwo się tego nie ogląda.

Zdaję sobie z tego sprawę i wiem też, że na ten film nie pójdą miliony.

Filmowy art-house.

Zgoda nie była wymyślona, żeby trafić do jak najszerszej publiczności. Zrobiłem ten film z głębokiej potrzeby serca i po to, żeby opowiedzieć, co się w tym obozie w ’45 roku wydarzyło. Wie Pani, kiedy pierwszy raz poczułem, że ukończyłem film? Na przedpremierowym pokazie w Katowicach. Do tej pory była to pewna myśl, jakichś mechanizm, który uruchomiłem i w ramach, którego się poruszałem, a moment, w którym film rzeczywiście się zrodził, to moment zetknięcia z katowicką widownią. Tu się skończyła moja rola i od tej pory przyglądam się zderzeniu tej mojej myśli z rzeczywistością. A ja o tę rzeczywistość mocno zabiegam. Chce się z nią spierać, ścierać i próbować ją zrozumieć. Staram się nawiązać z nią dialog.

Ja osobiście bardzo Panu dziękuję za ten film.

A ja Pani dziękuję za recenzję, jest bliska temu, co chciałem przekazać. Dlatego też dzisiaj się spotykamy.

A ja się cieszę, bo spotykam wartościowego człowieka, który zrobił tak głęboki film.

Zgoda to film o dojrzewaniu do świadomości kim się jest i czym jest zło. Wszystko to skonfrontowałem z miłością, która jest w nas najmocniejszą i najjaśniejszą wartością, a która w tym obozie przegrywa. I to jest dojmujące, że miłość nie jest tą siłą, dzięki której człowiek może ocaleć.

Ona okazuje się nie być zbawienną.

Zna Pani Miłość Hanekego? To wzruszająca opowieść o bezradności starszego pana wobec choroby i odchodzenia małżonki. On robi wszystko, żeby się swoją małżonką zaopiekować, ale nie jest w stanie wytrzymać tego, z czym przychodzi mu się mierzyć i w kulminacyjnym momencie historii dusi ją poduszką. Po prostu brutalnie ją zabija. Kiedyś byłem na seansie tego filmu w Kinotece. Przede mną siedziała młoda dziewczyna, która bardzo się podczas seansu ekscytowała. Jej zachowanie było niezwykle ekspresyjne, śmiała się, wierciła. Na początku mi to przeszkadzało ale że byłem na Miłości po raz drugi, to w pewnym momencie moją uwagę bardziej zajęły jej niezwykłe reakcje niż sam film. Widać było, że historia Hanekego jest dla niej z jakichś osobistych powodów ważna, pomyślałem, że być może sama opiekowała się terminalnie chorym, ale kiedy film doszedł do tego  kluczowego momentu, gdy mąż dusi żonę poduszką, dziewczyna nagle zamarła. Jej żywiołowe reakcje zgasły w jednej chwili a ona sama bezwładnie opadła na fotel. Była w wielkim szoku. Czekałem z napięciem, czy ona jeszcze jako widz wróci, czy już nie wróci?

Wróciła?

Pod koniec zaczęła reagować. Dla mnie było to niezwykłe doświadczenie . W Zgodzie zastosowałem podobną konstrukcję. Powiedziałem, że miłość nie wystarczy, aby ocalić drugiego człowieka, ani aby ocalić siebie w tym nieszczęściu, jakim jest ludzki los. A przecież musimy się z tym mierzyć, bo wszystkich nas czeka ten sam koniec. Tragedia istnienia polega na tym, że ono kończy się śmiercią. Niezależnie, czy tego chcemy, czy nie. I chociaż zdobycie tej świadomości jest smutnym doświadczeniem, to jest też doświadczeniem, które nas wzbogaca. Pokazuje nam kim i czym w tym świecie jesteśmy, jaka jest nasza rola i gdzie jest nasze miejsce. To też bardzo cenna świadomość ograniczeń, które stoją przed nami od momentu, kiedy wchodzimy w ten świat. I chociaż na początku jest on niezwykle kolorowy i otwarty, z czasem dowiadujemy się, że to nie wszystko na temat tego, czym jest życie.

Bo jest też cierpienie, śmierć, jest szaro i ciemno.

A przecież w moim filmie obaj bohaterowie mają w sobie miłość. Zarówno Franek, który myśli, że zdoła uratować dziewczynę, bo bardzo ją kocha, jak i Erwin, który też chce ją uratować wydając gestapowca w ręce komendanta. Obaj kochają, obaj się poświęcają i obaj płacą za to cenę, nie zyskując nic. Wszystko kończy gorzka scena beznadziei.

Konsternacja. Za tym przecież stoi człowiek.

Jestem przekonany, że na nas-ludziach można zagrać każdą melodię. Goethe, który był największym humanistą w dziejach ludzkości i nie ma innego, który tak głęboko rozumiałby naturę ludzką i to, czym jest człowieczeństwo, powiedział „Nie ma takiej zbrodni, której bym nie popełnił.” To znaczy, że jesteśmy zdolni do rzeczy najgorszych. Na szczęście to tylko część prawdy, bo  ważne jest, że jesteśmy też zdolni do rzeczy najlepszych. I nasza odpowiedzialność polega na tym, aby wydobywać z innych to, co w nich najlepsze.

To znaczy odpowiedzialność twórców?

Ale też polityków. To ludzie, którzy rządzą w kraju i ludzie, którzy tworzą warunki, w których się poruszamy. Dzisiaj niestety bardzo często apelują do najniższych instynktów. Moim zdaniem to szalenie krótkowzroczne. To brak odpowiedzialności i zrozumienia, że mrocznych sił, którym otwierają drogę nie da się później zatrzymać. Zatracamy gdzieś świadomość, że  w społeczeństwie współistnieją różni ludzie o różnych potrzebach.  Nasz film jest świadectwem tego co się dzieje, kiedy następuje zakłócenie tego współistnienia. Przyglądamy się temu, co dzieje się kiedy zaczynamy myśleć tylko o własnych potrzebach. Teraz to samo obserwuję w naszym społeczeństwie. Szukamy tylko tego, co nas różni. Nie szukamy tego, co nas łączy.

Czemu to służy?

Kontroli. Władza, która nie wiążę się z odpowiedzialnością, a wyłącznie z chęcią kontroli nad społeczeństwem, sięga po takie właśnie narzędzia. To nie jest myślenie o tym, jak stworzyć nam wszystkim równe warunki do życia. Ja nie widzę, albo śladowo widzę troskę o społeczeństwo, o Polskę. Widzę raczej chęć utrzymania się przy władzy za wszelką cenę i polityczny rewanżyzm.

Ale jednak myśli Pan, że jako społeczeństwo dojrzeliśmy do Zgody?

Jeśli takie filmy powstają, to znaczy, że odpowiadają na społeczne potrzeby. Wierzę i mam taką nadzieję, że jesteśmy na to gotowi. Zgoda to pewien rodzaj ostrzeżenia przed tym, co się stanie jeśli rzeczywiście będziemy myśleć o tym, co nas dzieli. Przez bardzo długi czas miałem zgryz z tytułem filmu, wydawał mi się zbyt dosłowny. Zgoda to nazwa obozu w Świętochłowicach, to nazwa dzielnicy, w której ten obóz powstał i nazwa huty, w której pracowali więźniowie. Ale kiedy sytuacja polityczna w kraju zaczęła się zmieniać, zrozumiałem, że ten tytuł zaczyna komunikować się z rzeczywistością.

Szczególnie dzisiaj.

Najwyraźniej wynika to ze społecznej potrzeby.

Pokłosie Pan oglądał?

Widziałem, tak.

No więc jesteśmy gotowi na takie tematy?

To, że ten film wywołał kontrowersje nie było tylko kwestią dotknięcia drażliwego tematu. To w dużej mierze wynikało ze sposobu, w jak Pasikowski swój film zrobił. Bardzo biało – czarno postawił tę historię i stąd wyniknęły tak gwałtowne reakcje. Ja w Zgodzie nie oceniam. Ja patrzę w człowieka. Chciałem, żeby znikła jego narodowość, znikła jego płeć,  język i żeby zostały tylko jego najgłębsze wewnętrzne potrzeby. Opowieść budowaliśmy z tego właśnie poziomu. I na tym poziomie nie ma miejsca na to, żebyśmy mówili Niemcy napadli na Polskę, my byliśmy ofiarami…

Ale Polacy jakby tego potrzebują.

Bo to jest  społeczny stereotyp, w ramach którego się poruszamy. I to nie jest złe.

?

Stereotypy pomagają nam szybko się porozumieć i odnaleźć w rzeczywistości. Natomiast rola twórcy polega na tym, żeby spojrzeć głębiej. Jeśli jednak zatrzymam się na stereotypie i to on będzie moją twórczą materią, tak jak poniekąd zrobił to Pasikowski, wówczas również i  widz będzie poruszał się wyłącznie po tej płaszczyźnie. Scena, w której postać Maćka Stuhra zostaje przybita do drzwi stodoły, wygenerowała bardzo konfrontacyjną sytuację. Widzowie, którzy poczuli się dotknięci tym oskarżeniem, nie mieli innego wyjścia…

Tylko zaatakować?

Twórcy Pokłosia nie zostawili przestrzeni do rozmowy. Moim zdaniem, kiedy dotyka się społecznie trudnych tematów trzeba o tym pomyśleć. Jako twórca biorę odpowiedzialność za to, że wpuszczam wymagający dla polskiego społeczeństwa temat. Proszę też nie myśleć, że ja się od Pokłosia odcinam, bo mnie się Pokłosie pod wieloma względami  podoba. Uważam, że to ważny i potrzebny film. Dobrze, że ktoś nas z tym tematem skonfrontował, tylko sposób w jaki to zrobił…

Bezczelny?

Ja bym tego tak nie opowiedział, ale Pasikowski miał do tego absolutnie prawo. To jest reżyser, który mówi do setek tysięcy widzów. Ja nie mam takich ambicji. Myślę, że Zgodę w najlepszym razie obejrzy kilkadziesiąt tysięcy widzów.

Jeśli będzie miała dobrą prasę?

Nie przeceniałbym roli prasy w dystrybucji filmu. Dobrze mieć za sobą dobrą prasę i wydaje mi się, że my ją mamy. Natomiast myślę, że najważniejsza jest kwestia sposobu opowiadania historii. Andrzej Wajda zawsze się dziwił, że kiedy robił filmy o Lechu Wałęsie czy o Katyniu, to do kina  ciągnęły miliony, a kiedy robił filmy kameralne, jak Tatarak, do kina szło sto tysięcy widzów. Kiedy robi się film artystyczny mówi się innym językiem, opowiadamy trochę ciszej, a i od widza wymagamy znacznie więcej.

Wymaga się zrozumienia?

Uważam, że trzeba szukać sposobów, aby te wszystkie historyczne rany zabliźniać, a nie tylko wskazywać, że one istnieją. Wzajemne oskarżenia- wyście zabili, a wyście nie zabili, wywołują spór, który dla mnie jest jałowy. Można go toczyć…

Ale to niczemu nie służy.

A taki gest, jak w 1965 roku, kiedy biskupi polscy do niemieckich  wysyłają list „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” oznacza zdolność człowieka do pojednania ponad istniejącym złem. Ta zdolność człowieka do porozumienia jest dla mnie znacznie ważniejsza.

Nie bał się Pan historii Zgody?

Bałem się,  że będę musiał emocjonalnie zmierzyć się z ludzkim dramatem w tej skali. Tego się bałem bardzo i szukałem sposobów, aby znaleźć w sobie siłę na ten film. Sam, podobnie jak Pani, nie wiedziałem wcześniej o istnieniu tych obozów.  Natomiast nigdy nie bałem się opowiedzieć o tej nieznanej karcie historii Polski.

Widzę, że Pan bardzo wierzy w to nasze społeczeństwo.

Ja nie mówię tego tylko z poziomu wiary, ale też z poziomu dotychczasowych reakcji na nasz film. Nie spotkałem sie jeszcze z zarzutem formułowanym wprost, że ten film może dzielić. Wszystkie strony chylą głowę nad tym, co się wydarzyło, bo to jest mądrze zrobiony film. Czasem zdarzają się głupie komentarze w Internecie, ale piszą je ludzie którzy chcieliby, żeby świat był czarno-biały.

Czyli mimo wszystko Pan wierzy.

Dobrym wzorem dojrzałego społeczeństwa są Amerykanie, które potrafią robić filmy krytyczne o sobie samych. Czas Apokalipsy, Powrót do domu, te wszystkie filmy, które pokazują jaką masakrą humanitarną była wojna w Iraku czy w  Afganistanie. Dzięki takim filmom Amerykanie stają się lepszym społeczeństwem. Oni nie żyją w propagandowej bańce, albo potrafią ją zręcznie swoimi filmami przebijać, dzięki temu się rozwijają. Nasz film też zmusza społeczeństwo do krytycznego myślenia i mam nadzieję, że go pod tym względem nie przeforsuję. Mam nadzieję, że nasze  społeczeństwo wytrzyma ten komunikat.

Spotkałam się z jedną opinią, że Zgoda jest bez emocji.

A co to znaczy bez emocji?

Chodziło o to, że nie jest ani wstrząsająca, ani zadziwiająca, ani wzruszająca, odpowiednio.

Zimna?

Chyba tak.

Każdy ma swoją opinię, a moim zadaniem nie jest się z tą opinią spierać. Już dawno zrozumiałem, że zdanie innych nie powinno mnie dotykać. Bez względu na to czy jest dobre czy złe. Ja staram się formułować mój przekaz jak najbardziej szczerze i prawdziwie. Nie robię filmów dla siebie  i liczę na to, że to co mam do powiedzenia znajdzie drogę do drugiego człowieka. Jeśli jednak nie znajduje, nie ubolewam za bardzo. Jeśli znajduje, nie jest to dla mnie najważniejsze na świecie. Jako twórca muszę być wobec siebie samego wystarczająco szczery, odważny i bezkompromisowy. Wiem, że mój film jest wymagający, zrobiony chłodno, bez zbliżeń, bardziej trafia do nas przez głowę niż przez serce.  Chciałem, żeby ludzie po tym filmie więcej myśleli niż przeżywali. Moim zdaniem ten temat wymaga namysłu a nie przeżywania.

I ludzie, którzy idą do kina przeżywać, faktycznie mogą być zaskoczeni.

To film, w którym to widz musi pochylić się nad grozą ludzkiego istnienia. Żałuję, że nie poszedłem jeszcze dalej w zimnym, formalnym ujęciu tego tematu. Rozumiem tych widzów, którzy nie załapują  się na nasz język, bo przyszli na seans z aparatem typowym do „przeżywania”, a ja nie dostarczam im odpowiedniego towaru.  Już pierwsze ujęcie, kiedy bohater jedzie na rowerze do obozu trwa kilka minut. I to jest moja propozycja na dialog z widzem. W trakcie tego ujęcia widz ma szansę dowiedzieć się, że to nie film będzie go teraz „zabawiał” i dostarczał emocji i rozrywek, ale to on musi pochylić się nad historią. Tam, gdzie zazwyczaj reżyser robi cięcie ja ciągnę i męczę widza i gram tym, że to widz ma się kierować w moją stronę, a ja nie robię tych dramaturgicznych, psychologicznych figur, które mają go zmusić do emocjonalnego zaangażowania.

Ale kiedy już się wejdzie w ten film, to tam się jest. Do końca.

To był nasz z Walentym (Vasyanovychem, przy.red.) pomysł na to, żeby z jednej strony pokazać tę grozę, a z drugiej, żeby nie zbliżać się do niej za bardzo. Żeby ona była dojmująca, ale żeby nie była masakrująca. Przez to, że widz nie może wyjść z tych scen za pomocą cięcia montażowego, zmuszony jest do bycia w scenie A z drugiej strony kamera jest widzem, kamera reaguje na zbrodnie, ucieka od nich, przygląda się im, próbuje przetrwać. Instynkt kamery tożsamy jest z instynktem widza.

Mnie intrygują te sceny seksu.

Pyta Pani o to, czy ludzie uprawiali seks w takich okolicznościach? Wybitna pisarka Swietłana Aleksijewicz napisała kilka książek na temat kobiet i dzieci w warunkach wojennych i obozowych. Ostatnio czytałem Wojna nie jest kobietą i opisane jest tam zdarzenie, kiedy radzieccy żołnierze przez  parę dni, bezskutecznie próbują przebić się przez niemieckie okrążenie. U kresu sił postanawiają, że nazajutrz podejmą ostatnią próbę, bez względu na to czy zginą. W tej grupie obok kilkunastu mężczyzn były trzy kobiety, które podchodziły do każdego z żołnierzy i proponowały seks. Część z nich skorzystała, część nie była zdolna do tego aktu. Rano wszyscy ruszyli do walki i dwóm z nich udało się przetrwać. To dokładnie obrazuje, jak człowiek w  takich okolicznościach się zachowuje. Eros i Tanatos to awers i rewers tej samej monety. To nie przypadek, że kiedy czujemy zagrożenie, uciekamy w najbardziej fizjologiczne odruchy. Tak jak krowy, kiedy idą na rzeź- jedne wchodzą na drugie i próbują ze sobą kopulować. To podstawowy instynkt. One wiedzą, że za chwilę stracą życie, że to już jest koniec i tak właśnie reagują. Człowiek nie jest inny. Ja tego nie wypieram, nie szukam w człowieku heroizmu.  Dlaczego? Bo człowiek, którego przedstawiam i który żył w obozie to człowiek fizjologiczny i biologiczny. Nie robiliśmy zbliżeń, nie przyglądaliśmy się twarzom bohaterów, ich łzom. Mnie interesował człowiek w sytuacji. Opowiadam o tym, że sytuacja wydobywa z człowieka to, co najgorsze. Mnie, jako człowieka i twórcę, interesuje dlaczego tak się dzieje. Dlatego w Zgodzie jest taki wielki świat i taki mały człowiek.

Uciekł Pan od psychologii.

Bo psychologicznie, odpowiedź byłaby taka jaką zwykle słyszymy: bo go matka biła, bo go ojciec porzucił, bo się nie dostał na akademię sztuk pięknych, bo Polacy byli przez Niemców upokarzani i musieli odreagować itp. Psychologia owszem jest poważną dziedziną wiedzy na temat kondycji człowieka, ale nie opisuje wyczerpująco ludzkiego istnienia. Mnie interesował człowiek w sytuacji. Mając obozową sytuację, włożyłem do niej konkretnego człowieka. Za tą myślą poszła praca kamery i praca z aktorami. Oni na początku bardzo się denerwowali, że kamera jest jakieś siedemnaście metrów od nich, ale potem zrozumieli, że my w ten sposób opowiadamy pewną prawdę. Dotąd nieznaną i nieodkrytą.

Pamięta Pan głos z Gdyni, że jednak Pan nie odkrywa?

Był taki jeden głos. Otóż ja odkrywam. Tylko w niespotykany dotychczas sposób. To jest moja kontrybucja. Mój sposób myślenia o tym, dlaczego człowiek jest zdolny do takich rzeczy. Nie psychologiczna, ale właśnie sytuacyjna.

Potrzebował Pan tego filmu?

Gdybym nie potrzebował, to bym go nie zrobił. Miałem wewnętrzną potrzebę, aby o Zgodzie opowiedzieć. Najbardziej interesowała mnie historia przemocy. Bo ten film też jest i o tym. W swej najgłębszej warstwie pokazuje, jak człowiek się  zachowuje i co z człowieka zostaje, kiedy jest poddany tego rodzaju przemocowej opresji. Gdybym mógł inaczej go nazwać, nazwałbym ‘Historia przemocy’, ale niestety Cronenberg był pierwszy.

Kręciliście dwadzieścia dwa dni?

Tak.

Ciężko było?

Paradoksalnie, łatwiej się ten film kręciło niż się go ogląda. Praca reżysera wymaga określonych reguł,  rzemiosła, tu nie było miejsca na emocjonalne zapaści, bo na planie było 250 osób, film kosztował 4 miliony, scena, którą robiliśmy 3 godziny kosztowała 150 tysięcy. To był rodzaj zawodowego zobowiązania, którego się podjąłem. Zatem część mnie zachowywała się jak rasowy rzemieślnik, który musi dostać materiał, z którego później na montażu powstanie film, ale część mnie głęboko od ludzkiej strony przeżywała to, co tam się dzieje. Kręciliśmy w rytmie trzy dni zdjęć, a potem dwa dni przerwy, żeby móc sie pozbierać. Obcowałem z tym tematem na kilka lat przed zdjęciami. Aby ta rzeczywistość była wiarygodna, musiałem ją przeczuć. Nie tylko przemyśleć, ale przeczuć. Często wyobrażałem sobie co czuje człowiek, kiedy leży na pryczy, który nic nie jadł przez długi czas, jest brudny, zawszony, zbolały. Gdzie on jest? Co on czuje? Jak on oddycha? Co on czuje, gdy przez niego ginie człowiek? Co on czuje, gdy wraca do baraku i w co on się zapada? W jaki rodzaj nieszczęścia? Co czuje człowiek, który chcę uratować dziewczynę, a zamiast tego próbuje ją zgwałcić? Gdzie się to rodzi? W jego lędźwiach? W jego sercu?  Jak to jest możliwe? To nie jest wymyślone, to wszystko było przeczute i jest częścią mojego doświadczenia, które towarzyszyło temu filmowi. Natomiast fakt, że jestem już dojrzałym człowiekiem pozwolił mi się od tego nie odwracać, formułować jakąś myśl, nadawać temu ekspresję inną niż krzyk bólu, który najlepiej by to wyeksplikował. Zresztą aktorzy też musieli odreagowywać swoje sceny. Fizycznie najmocniej odreagowywał Julek Świeżewski, który zarówno swoją rolę jak i obóz wciągnął w swój krwioobieg.

Mogę się tylko domyślać, ile uwagi i sił kosztowały te role.

Na planie dawałem aktorom przestrzeń i oni w tej przestrzeni musieli się znaleźć. Oczywiście oczekiwałem, aby zagospodarowywali się w niej w szczególny sposób, aby zagrały potrzebne emocje i wrażliwości, ale nie forsowałem i nie zmuszałem do wysiłku. We współpracy z aktorem szukam głębokiego partnerstwa i w tym przypadku też tak było. Oni wszystko dali mi sami. Ja tego od nich na siłę nie wyciągnąłem, nawet bym nie potrafił. Moim zadaniem było stworzenie im odpowiednich warunków, żeby to było możliwe.

Dlaczego tak długo trzeba było czekać na Pana pierwszy film?

Mam za sobą krętą drogę do tego zawodu. Najpierw było dziennikarstwo, ale po kilku latach okazało się, że to nie wyczerpuje moich potrzeb. Potem miałem swoje studio reklamowe i to też okazało się niezbyt satysfakcjonujące. Następnie zdecydowałem, że pójdę na scenariopisarstwo i tam dopiero zobaczyłem, poczułem, że jestem na swoim miejscu. Ale kiedy zacząłem pisać scenariusze, to zwróciłem się w stronę reżyserii. I tak trafiłem do Szkoły Wajdy, ale tam zamiast robić filmy, okazało się, że mam talent i wiedzę, aby uczyć ludzi. Wreszcie zrobiłem krótki film Urodziny, potem z Łukaszem Rondudą zrobiłem Performera, a teraz przyszedł czas na Zgodę. Żeby jednak być zupełnie szczerym to przyznam, że ja nie muszę robić filmów. Praca nauczyciela sprawia mi wystarczająco dużo satysfakcji. Wymiana energii i spotkania ze studentami reżyserii w Szkole Wajdy  i scenariopisarstwa w Łodzi,  sprawiają, że czuję się człowiekiem twórczo spełnionym.

Pan nie cierpi na robienie filmów.

Dziesięć lat temu pewnie miałbym do tego inne podejście, ale teraz już wiem, że istnieje życie poza filmem, jest miłość, są dzieci. Nie warto tracić czasu na rzeczy nieważne. Nauczyłem się sięgać po te, które sprawiają, że czuję, że żyję.

Rozmawiała Ola Grądzka
Fotografował Wojciech Foit

1 2 3