Kinga Dębska: Każdy ma swoją prawdę, drogę i karmę

Lubi Pani wiosnę?

Wiosna jest wspaniała. W ogóle istnienie następujących po sobie pór roku i to, że mamy możliwość życia w tej części świata, gdzie tak się dzieje, jest cudowne. Znajomi z Los Angeles zawsze mówią mi, że tej właśnie zmiany nam zazdroszczą. Oni przez jej brak cierpią na depresję. A nasza przyroda w tę depresję wpadać nie pozwala, przynajmniej wiosną.

Na życie jest Pani optymistką?

Powiedziałabym, że raczej tak. A mąż określiłby, że bywam histeryczką, że wkręcam się w problemy, których czasem nawet nie ma. 

Zdanie męża jest ważne?

W życiu przecież tak jest, że sami postrzegamy siebie inaczej aniżeli widzą nas inni. Dlatego przywołałam opinię męża. Pytała Pani o optymizm… Życie nigdy nie jest constans. Żeby zobaczyć, że jest dobrze, najpierw musi być źle. Żeby było źle, najpierw musi być dobrze. 

Wierzy Pani, że w życiu wszystko może się zmienić?

Tak. Plan B zrobiłam z głębokiej potrzeby serca. Chciałam podzielić się z innymi byciem po jasnej stronie ulicy. Chciałam pokazać, że w życiu można się odbić. Że wszystkie traumy i złe rzeczy zdarzają się po to, aby potem zaświeciło słońce i wydarzyło się coś niespodziewanie dobrego. Wierzę w każdą z historii w tym filmie opowiedzianą. 

Nawet w relację między żoną a kochanką?

Ta sytuacja, w której żona zaprasza kochankę swojego tragicznie zmarłego męża do rodziny, była trudną do uprawdopodobnienia historią, ale uważam, że istnieją tak szlachetne kobiety. Każdy z nas wie, że życie zazwyczaj przybiera taki bieg wydarzeń, o którym nawet nie śniliśmy. Zadziwia nas, więc dlaczego ma nas nie zadziwić historia filmowa. A zdziwienie uważam za emocję, o którą powinniśmy szczególnie dbać. Ona pozostała nam z czasów dzieciństwa i zachowuje nas młodymi. Jak długo możemy się dziwić, myślę, tak długo możemy być szczęśliwi. Film jest medium, które pozwala rzeczywistość zagęścić i pokazać rzeczy w skrzywionym zwierciadle. Ale uważam, że w prawdziwym życiu zachowanie takie jak filmowych bohaterek jest możliwe. Dlatego mam nadzieję, że mąż mnie nie zdradza, ale chciałabym być kobietą, która potrafiłaby wybaczyć jego hipotetycznej kochance. Złość nie prowadzi do niczego dobrego. Prowadzi do chorób, tak myślę. Powinniśmy starać się być hojni, szczodrzy i być ponad tym co złe, choć nie zawsze się to udaje.   

W jakim momencie Pani zawodowego życia dziś rozmawiamy?

Jestem w drodze. Ciągle gdzieś pędzę, czegoś szukam. Chcę postrzegać swoją pracę jako ciągłe uczenie się. Cały czas musi mnie coś kręcić, rozwijać, niepokoić. I wtedy w to wchodzę i się tym zajmuję na maksa. I wtedy jest dobrze. To droga, która ma dla mnie sens. A jestem też w momencie, kiedy spokój zawodowy już osiągnęłam. Wiem, że nie jest źle, ale niepokoje, czy zrobię kolejny dobry film czasem mnie dopadają.  Z tym się po prostu trzeba nauczyć żyć. Te lęki wpisane są w każdy twórczy zawód. Tak jak malarz martwi się czy kolejny obraz będzie równie dobry jak poprzedni, jak aktor zastanawia się czy zagra jeszcze dobrą rolę, tak samo reżyser obawia się czy mu jeszcze tak dobrze wyjdzie… Ale sens jest w byciu w drodze, tak myślę. 

Cel tej drogi jest Pani znany?

Każdy z nas umrze, to pewne, ale dopóki żyjemy, możemy z tym życiem zrobić różne rzeczy, możemy go przeżyć ciekawie, odważnie, albo zachowawczo, ostrożnie. Ja chyba jestem odważna, mam wiele pytań, na które chcę sobie odpowiedzieć. I wchodzę w takie rzeczy, które mnie rozwijają. Teraz rozwikłuję moje dzieciństwo, komunę, PRL i to, co ten czas z nami zrobił. Piszę o tym scenariusz i książkę, bo mam wrażenie, że moje pokolenie na starcie zostało trochę przyblokowane. Dziś interesują mnie takie pokoleniowe sytuacje. Za rok być może będę to kręcić. A za dwa lata pewnie zafiksuję się na czymś innym. Równolegle zresztą pracuję nad kilkoma projektami, więc nie wiadomo, co będzie pierwsze. 

Dla kogo robi Pani filmy?

Myślę, że po Moich córkach krowach wyklarował się mój widz. Sądzę, że jest to człowiek, który w kinie czeka na emocjonalne podróże i chce coś przeżyć. Swoje kino określiłabym mainstreamowym kinem środka. Kinem dla ludzi, którzy lubią filmy. Nie artystowskie, ale nie są też fanami odmóżdżających komedii romantycznych. Myślę, że moim widzem jest każdy, kto kina nie traktuje tylko jako miejsca, gdzie można zjeść popcorn i poprzytulać dziewczynę, a jednocześnie nie chce się w tym kinie zdołować hermetycznymi obrazami. Mój widz chce w kinie mądrze i fajnie spędzić czas. Na spotkaniach autorskich, po projekcjach Moich córek krów czy Planu B ludzie mówili „To moja historia. To jestem ja.”. I o to mi chodzi. Chcę robić kino, w którym widzowie będą się mogli przejrzeć, zobaczyć jakąś prawdę o sobie, o świecie, który ich otacza, chcę robić filmy, po których widz będzie czuł się mniej samotny. 

Kiedy widzowie te filmy przeżywają, myśli Pani wtedy, że jest dobra?

Myślę wtedy, że dobrze wykonałam swoją pracę. Nie mam potrzeby bycia Bogiem. Czuję się wtedy raczej zobowiązana, aby brnąć dalej. 

Jest Pani skromna?

Trochę tak, ale bez przesady. 

Lubi Pani słowo reżyserka?

Mam z tym problem, bo reżyserką w filmowym żargonie nazywa się miejsce, gdzie siedzi dźwiękowiec. Jestem feministką i uważam, że kobietom nie jest tak samo łatwo jak facetom. Nas, reżyserek jest mniej i zawsze dysponujemy mniejszymi budżetami, dlatego powinnyśmy walczyć o siebie. Jednak odmienianie nazw zawodów, którymi do tej pory posługiwaliśmy się jedynie w formie męskiej, jest w języku polskim nowe. ‚Reżyserka’ przyjmie się do końca i wejdzie do potocznego języka, kiedy słowo to przestanie nas dziwić. W każdym razie, reżyserka brzmi lepiej niż ministra. 

Co jest w byciu tą reżyserką najważniejsze?

Dla mnie najważniejsze jest poczucie misji, że to, co robię oddziaływuje na widzów, że ma znaczenie, że puszczam w świat jakąś wiadomość. Ważne jest, że film trafia do widza. Chciałabym, żeby moje filmy ludzi wzruszały, bawiły, dotykały. Jestem szczęśliwa, gdy mój film wywołuje emocje. Lubię też tę pracę za to, że zawsze jest inaczej. Każdy dzień zdjęciowy jest różny od poprzedniego. Nie lubię sztampy i powtarzalności, a bycie reżyserem to istny rollercoaster. 

Robienie filmów Panią tremuje?

Gdyby wywoływało we mnie nieprzyjemne uczucia, nie robiłabym tego. Uwielbiam być na planie, uwielbiam być w montażowni, uwielbiam pisać. Ubóstwiam pracę z aktorem. Nie tylko nie mam tremy, ale tęsknię za etapami robienia filmu, których akurat nie robię. To rodzaj uzależnienia.

Bycie artystą to wolność czy ciężka praca?

Wolność nie polega na tym, że się leży na kanapie i nic się nie robi. Wolność to dla mnie ciężka praca, odpowiedzialność. Sam pomysł na film może wynikać z intuicji, ale potem trzeba napisać scenariusz, zrobić film i jeszcze go wypromować.

Łatwiej byłoby, gdyby ktoś za Panią ten scenariusz napisał?

Wolę, kiedy piszę sama. Swobodniej mogę później pozwalać aktorom na improwizację, odważniej się z tym scenariuszem rozstawać. Na planie uważam, że im mniejsze kompromisy, tym lepszy efekt końcowy. Film kosztuje kilka milionów i nie robię go za własne pieniądze, a zatem muszę wziąć pod uwagę opinię innych. Ale zawsze staram się przekonać, że powinno być tak, jak ja tego chcę. To swoista gra, którą muszę przejść, aby film mógł wybrzmieć w mój własny sposób.

Świetnie się to Pani udaje. A wtedy, po 30-stce, kiedy pracowała Pani jako dziennikarka, po co Pani była ta reżyseria?

Mam w sobie jakiś drive. Coś takiego, co mnie non stop napędza. Chociaż kiedy byłam nastolatką nie bardzo wierzyłam w siebie. Chciałam być aktorką, ale kuzyn, który studiował w szkole filmowej powiedział, że się do tego w ogóle nie nadaję i na to aktorstwo ostatecznie nie zdawałam. Dobrze się uczyłam, chciałam coś poznać i japonistyka wydawała się być najdziwniejszym, co mogę wtedy studiować. Nie byłam gotowa, by powiedzieć „Chcę być artystką”. W mojej rodzinie by to nie przeszło, nie mieliśmy takich tradycji. Po studiach pracowałam jako dziennikarka i ogromną frajdę sprawiało mi robienie programów, reportaży, krótkich filmów. To były dokumenty, ale już wtedy interesowało mnie budowanie opowieści. Potem poszłam na studia do czeskiej Pragi, na FAMU i zaczęłam swoją filmową przygodę na poważnie. 

I osiągnęła Pani sukces.

No bez przesady. Umiarkowany sukces. Ale dobrze, że nie pojawił się on od razu. Zdążyłam się jako człowiek i artysta rozwinąć. Okrzepłam. A teraz, kiedy wypuściłam dziecko z rodzinnego gniazda, całkowicie mogę się poświęcić temu, co kocham.

W życiu liczy Pani sama na siebie?

Nawet trochę za bardzo. Jestem Zosią Samosią. W pracy jestem szefem, wymaga tego mój zawód, ale uczę się zlecać i odpuszczać. Zresztą film jest skomplikowaną sztuką, wymaga udziału wielu artystów i nie mam na myśli tylko aktorów. Kiedy pracują ze mną kostiumograf, scenograf, operator, muszę im zaufać, bo oni lepiej znają się na swoich dziedzinach. 

Słucha Pani innych?

Słyszę, ale nie zawsze słucham. Chcę poznać racje aktorów, współpracowników, staram się zrozumieć ich motywacje, ale najmocniej polegam na własnej wewnętrznej intuicji. Bo każdy ma swoją prawdę. Każdy ma swój los. Swoją karmę. Swoją drogę. I nikt nie jest w stanie odgadnąć, co w drugim człowieku tkwi i dlatego nikt nie może powiedzieć, co drugi człowiek ma zrobić. 

Wstydziła się Pani książkę i film Moje córki krowy pokazać światu?

Oczywiście, że miałam obawy. Ku zrealizowaniu obu tych przedsięwzięć pchał mnie mąż, który mówił, że najlepsze, co mogę zrobić, to swoje przeżycia przetworzyć na sztukę. – Najlepiej wychodzi ci opowiadanie o rzeczach, które znasz – zawsze powtarza. W podjęciu decyzji pomogła również psycholog z instytutu onkologii. Twierdziła, że najlepszym dla mnie narzędziem na ukojenie bólu będzie pisanie. Dziś wydaję mi się, że dzięki temu filmowi i tej książce szybciej poradziłam sobie z odejściem rodziców, niż na przykład moja siostra.
Zawsze gdzieś w głębi wstydzę się tego, co piszę, bo są to intymne sprawy. Aktorzy też tak czasem mają, bo przecież oni także emocjonalnie obnażają się przed widzami. Myślę jednak, że dobrze jest się przełamywać, bo wtedy właśnie dokopujemy się do prawdy i do spraw wszystkim ludziom wspólnych.

Prawda – to chyba najogólniejsza i najpiękniejsza definicja Pani filmów.

Zawsze chciałam pokazywać życie. Moimi idolami są Mike Leigh, Krzysztof Kieślowski, ale także Pedro Almodóvar z tą swoją kolorową rzeczywistością. Połączyłam te trzy światy i moje kino jest chyba wypadkową tych fascynacji. Teraz, kończę film o kobietach, które mają problem z alkoholem. U nas to wciąż temat tabu. Przecież nikt nie jest przed alkoholizmem szczególnie chroniony, na to nie ma szczepionki. W Polsce wciąż wstydzimy się powiedzieć „Tak, jestem alkoholiczką. Chodzę na terapię”. Czas to zmienić.

Na ekranie rzadko pokazywany jest alkoholowy problem w niepatologicznych rodzinach, na dodatek wśród kobiet.

W Zabawie, zabawie bohaterkami są pani doktor, pani prokurator i studentka, które nadużywają alkoholu. Scenariusz napisałam z Miką Dunin, która jest najsłynniejszą polską blogerką piszącą o kobiecym piciu, niepijącą alkoholiczką. Mika wprowadziła mnie w świat wspaniałych kobiet, które potrafiły wygrać z uzależnieniem. W tym wszystkim chodzi o to, by spojrzeć na siebie uczciwie. Myślę, że będzie to mocny film i mam nadzieję, że będzie o nim głośno.

Pomysł na podjęcie tego tematu był Pani własną ideą?

Temat ten sam do mnie przyszedł, kiedy robiłam film dokumentalny Aktorka o Elżbiecie Czyżewskiej, która z tym problemem przez pewien czas żyła i która z niego wyszła. Zobaczyłam, jak ważny jest to problem, jak kładzie się cieniem na całym życiu człowieka. Normą jest, że pije się wszędzie. Trudno tego nie zauważać. Tak jak większość z nas, miałam w rodzinie osoby, które wiele przez alkohol straciły, a nawet najwięcej – życie. Pomyślałam, że to temat dla mnie.

Tytuł jednak przewrotny jest w stosunku do wagi tematu.

Przecież wszystko zaczyna się od zabawy. Pijemy, żeby dobrze się poczuć, żeby się wyluzować, żeby było fajnie. Angielski tytuł brzmiał będzie Playing hard.  Swojego widza chcę traktować poważnie i rozmawiać z nim na tematy istotne. A problem picia kobiet taki właśnie jest. Nie chciałam oceniać, a zrozumieć.

Film w tym pomógł?

Tak. Wdzięczna jestem Dorocie Kolak, Agacie Kuleszy i Marii Dębskiej, które intensywnie się do filmu przygotowywały i w efekcie stworzyły przejmujące kreacje kobiet na krawędzi. Kobiet jak z Osieckiej.

W te bohaterki również Pani wierzy?

W filmie pokazuję nie tylko sytuacje kobiet, które piją, ale też świat naokoło, ludzi, którzy ich kochają. Widz wszystkiemu będzie się przyglądał oczami tych właśnie bliskich osób.

Data premiery jest już znana?

Myślę, że na Festiwal w Gdyni zdążymy.

Bardzo słusznie. Co nazywa Pani sukcesem?

Fajnie jest, jeśli film w kinie zobaczy dużo ludzi, natomiast nie jest to ode mnie zależne, bo nie ja jestem autorką kampanii promocyjnych, nie ja wybieram datę premiery, nie ja robię plakaty czy zwiastuny. To jest poza mną. Ale kiedy mój widz jest zadowolony, wzruszony – wtedy się cieszę, to jest dla mnie sukces. Kiedyś ktoś na spotkaniu z publicznością powiedział, że sobie mój film ‚parkuje’, żeby do niego wracać. To jest chyba sukces, czyż nie?

Rozmawiała Ola Grądzka

1 2 3