Igor Michalski: Jeżeli dotyka nas duchowość, możemy nazywać się ludźmi

Mija już czwarty rok, odkąd objął Pan stanowisko Dyrektora Teatru Muzycznego w Gdyni. Obawiał się Pan tej roli?

Oczywiście, że tak. Trzy sceny, dwieście osiemnaście etatów, orkiestra, balet, soliści, aktorzy, ekipa techniczna, olbrzymia scena, technologia, widownia na 1070 miejsc, druga scena na 360 miejsc i na 148 scena kameralna. To wszystko było ogromnym wyzwaniem.

A dziś jest codziennością. Czuje Pan w tym miejscu ducha Macieja Korwina?

Czuję ducha wszystkich Dyrektorów począwszy od Danuty Baduszkowej. Każdy z nich miał swój, lepszy bądź gorszy, czas. Dziś wciąż gramy przedstawienia zrobione za moich poprzedników, jak na przykład Skrzypek na Dachu, Lalka czy Chłopi. Ja do tych tytułów dołączyłem Avenue Q, Kumernis, Ghosta, Notre Dame de Paris, Piotrusia Pana czy Wiedźmina. Aktualnie w próbach jest Gorączka Sobotniej Nocy. Niezwykle intensywnie przez te cztery lata pracowaliśmy. Teraz musimy trochę zwolnić i pozwolić ludziom te przedstawienia obejrzeć.

Zatrzymać się?

Proszę Pani, w teatrze nie można się zatrzymać. Jesteśmy największym teatrem musicalowym w Polsce i jedynym w tej części Europy, a może i świata, który dysponuje tak obszernym wachlarzem repertuarowym. Ta kolorowa formuła daje publiczności szerokie możliwości wyboru. To nasza siła, a jednocześnie wyzwanie dla wszystkich zespołów, zarówno artystycznych, jak i technicznych.

W maju Teatr obchodzić będzie 60-te urodziny. Cieszy się Pan na tę okoliczność?

Bardzo się cieszę. Sam skończyłem 60 lat. Dla mnie to jak podwójne urodziny. Cieszę się, że jestem w tym miejscu, w tym czasie i z tym fantastycznym zespołem. Fantastycznym, bo skupiającym różnorodne charaktery, różnorodne osobowości, które łączy niebywała energia i radość. Myślę, że nie będę daleki od prawdy jeśli stwierdzę, że w pracy kieruje nami pasja. Na Teatr i jego sukcesy pracuje sztab ludzi. Wszystkie elementy, które poruszają tą machiną począwszy od pań sprzątających po artystów, którzy kłaniają się na scenie, są tak samo ważne. A ponieważ wszystko co robimy spotyka się z akceptacją publiczności, jest to dla nas źródłem satysfakcji i poczucia głębokiego sensu.

Teatr wymaga prowadzenia twardą ręką?

Myślę, że we wszystkich instytucjach, nie tylko kultury, najważniejsza jest wrażliwość dyrektora na to, co się tworzy oraz na stosunki między ludźmi. Mnie zależy, by te relacje budować w oparciu o czułość, zrozumienie, wzajemny szacunek i radość wynikającą ze spotkania. Mój gabinet jest zawsze otwarty. Mam wrażenie, iż moi współpracownicy wiedzą, że mogą na mnie liczyć. Ja lubię chwalić ludzi. To przyjemne. Nasz zawód jest misją i poświęceniem. Teatr tworzymy często niebywałym kosztem każdego z nas. Trzeba sporej siły, wyrozumiałości i nierzadko kompromisu, by w tym rytmie pracy utrzymać dom i rodzinę. To trudne, ale jeżeli uda się wszystko połączyć, czujemy satysfakcję.

Publiczność Teatru Muzycznego w Gdyni jacy to ludzie?

Tak jak wspomniałem, dysponujemy bardzo szerokim repertuarem. Przez to mamy możliwość goszczenia każdego widza. Przychodzą do nas dzieci, dobrze bawi się zarówno młodzież jak i dorośli. Jesteśmy teatrem „totalnym”. Wiem, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. I nie mam na myśli samej rozrywki. Wydaje mi się, że obecność w naszym Teatrze daje ludziom poczucie wyjątkowości.

Teatr jest elitarny?

Moim zdaniem, teatr to wyjątkowe miejsce. Ludzie przychodzą tu, by spotkać drugiego człowieka. To nadzwyczajne spotkanie odbywa się na szczególnych zasadach. Patrzymy na żywego człowieka, który do nas ze sceny mówi (śpiewa) dzieląc się z nami swoimi uczuciami czy problemami. A są to również nasze emocje i problemy, ponieważ teatr od zarania dziejów istnieje po to, by stawiać pytania: kim jesteśmy? czym jest świat? czy istnieje Bóg? Stawiając te pytania nie daje na nie odpowiedzi, ale prowokuje w nas refleksję i wzbudza emocje. Czasem się śmiejemy a czasem płaczemy. Dlaczego? Bo patrzymy i słuchamy drugiego człowieka często widząc w nim siebie samego. Nieraz pozwala nam to przeżyć rodzaj oczyszczenia, katharsis. Czy teatr jest elitarny? Moim zdaniem, to kwestia języka, jakim do ludzi mówi. Teatr muzyczny dysponuje całą gamą sztuk (języków), takich jak taniec, muzyka, światło, obraz, nierzadko skomplikowana technologia, które pozwalają mu być atrakcjnie dostępnym i zrozumiałym dla każdego człowieka. Stąd, myślę, jego popularność i siła. I wcale nie musi być elitarny.

A jest zagrożony, na przykład masową pop kulturą?

W kulturze popularnej nie ma niczego złego i nie jest ona zagrożeniem. Wszystko zależy od proporcji i możliwości dostepu do innych obszarów sztuki. To człowiek decyduje o tym co go bawi, uczy i rozwija. A naszym obowiązkiem jest nieustannie składać mu jak najszerszą ofertę, zachęcającą do nowych wyborów. Szukamy też sposobów, by nakłonić do podejmowana wysiłku w sięganiu po coraz bardziej wyrafinowane i ambitne formy oraz treści. Ja nieustannie wierzę, że człowiek dąży do tego, by być lepszym i mądrzejszym. A przecież bawić lubimy się wszyscy. Różnorodność sztuki i dostępu do niej jest ogromna, każdy może znaleźć w niej swoje miejsce. Nie możemy mówić ogólnie o teatrze, bo teatr to różne formy, estetyki, światy. Na pewno bardziej elitarną jest opera, wymaga ona szczególnej wrażliwości, może większej wiedzy na temat muzyki i umiłowania śpiewu klasycznego. Formy współczesnego tańca czy performance także nie przyciągają tysięcznych widowni. Natomiast jeżeli chodzi o teatr muzyczny, to w gronie innych rodzajów teatrów jest on najbardziej popularny i lubiany przez ludzi. Myślę, że wynika to z jego wszechstronności. A popularny wcale nie musi oznaczać głupi.

Teatr to nie tylko rozrywka…

Jak się rzekło, teatr stawia pytania. Te pytania trapią nas nieustannie, jedyną zmienną pozostają okoliczności i czas, w których je stawiamy. Ale jeśli spojrzeć na historię człowieka i mechanizmy, które niesie on ze swoim człowieczeństwem, niestety nie wiele się zmieniło. Pomimo wiedzy drzemie w nas zwierzę. Nie potrafimy żyć w pokoju, nie umiemy się porozumieć, wciąż istnieją wypaczenia w kwestiach religii, które nie są w stanie w zgodzie obok siebie egzystować a nieustannie szukają różnic, wciąż interesy dzielą ludzi na biednych i bogatych, wierzących i niewierzących, białych i kolorowych. Dlaczego tak jest? Pomimo, że tak okrutnie zostaliśmy doświadczeni, wciąż nie potrafimy niczego zrozumieć i wciąż siedzi w nas demon wyższości. Ani dobro, ani zło nie istnieją samodzielnie. One się mieszają, a my mamy problem z wydobywaniem tego, co w nas piękne, a odsuwaniem upiorów na bok. O tym też ma opowiadać teatr. A swoją drogą te pytania mnożyć można w nieskończoność. To pytania o normalność świata i jego szaleństwo, które skoro wpisane jest w naturę człowieka, dotyczy go. Gdzie przebiega granica między tymi dwoma stanami? Jesteśmy ludźmi i niby bierzemy za swoje człowieczeństwo odpowiedzialność, a mimo to ciągle potrafimy być nieludzcy. To przeraża nas samych i często nie potrafimy nic z tym zrobić. Stąd obowiązkiem sztuki jest przystawianie głębokiego lustra człowiekowi. Nie po to, by się w nim przejrzał, ale by zaczął patrzeć w głąb siebie.

Porozumienie z samym sobą może okazać się trudniejsze niż to z drugim człowiekiem.

Rozmowa między ludźmi często jest trudna, ale nie beznadziejna. Podobnie jak polityków ze społeczeństwem. Często towarzyszy temu głęboki cynizm. A sztuka ma za zadanie taki cynizm demaskować, pokazywać go, bezkompromisowo nazywać i walczyć z przekłamaniem, z brudną polityką, z korupcją, z błędami polityków podejmowanymi kosztem całego społeczeństwa, z partykularnymi interesami jednostek, z chęcią bycia u władzy wszelkim kosztem. Uch, ale się zapędziłem..

Słucham z zainteresowaniem. Angażuje się Pan w polityczne życie kraju, jak rozumiem.

Trudno się nie angażować. To tak jakbym zapytał Panią czy w domu interesuje się Pani sytuacją rodziny. To oczywiste. Ojczyzna to dom, tylko w większej przestrzeni. Ludzie, którzy się nią nie interesują, pozbawieni są czułości w stosunku do miejsca, w którym żyją. Interesuję się również tym, co dzieje się w świecie, bo nie jesteśmy samotną wyspą. Jesteśmy uzależnieni od pewnych sytuacji czy kryzysów, które trzeba wspólnie rozwiązywać. Fantastyczną jest wolna, wspólna Europa, do której należymy. Utworzona przecież dla wymiany doświadczeń, poglądów, mająca dążyć do konsensusu, ideału, który byłby przejrzystą, mocną stroną we wzajemnych relacjach między państwami i wewnątrz państw.

Idealizuje Pan trochę…

Mojemu pokoleniu dane zostało być świadkiem ogromnego przyspieszenia – zarówno w dziedzinie technologii, jak i w doświadczeniu walki o wolność: radość z Solidarności, z czasu przemian, z Okrągłego Stołu. Dziś jesteśmy w momencie, kiedy dosyć długo, wedle naszych wcześniejszych narodowych doświadczeń, jesteśmy wolni. Czy z tą wolnością dajemy sobie radę? Staramy się. Czasami niestety nam to nie wychodzi. Coraz częściej na przykład partykularne, partyjne interesy próbują w tę wolność ingerować.

Jako artysta, nie ucieka Pan od przyziemnych tematów politycznych.

Przecież prawem każdego obywatela jest, by rzeczywistość komentować. Jeśli ktoś wygłasza swoje zdanie znaczy to, że coś się dzieje, że nie do końca jest czegoś pewien, że ma wątpliwości i tym się dzieli. I czy można mieć o to pretensje?

Każdy indywidualnie rozwiązuje łamigłówkę istniejącej rzeczywistości. A swoje zdanie wyrażamy w wyborach i to nie tylko politycznych. Bardzo ważnym elementem w rozpatrywaniu świata jest również Kościół i jego rola. On powinien tę rzeczywistość szczególnie rozumieć i ogarniać, a jego głos powinien być jednolity, silny i głośny. Ja poczucia, że ten głos jest mocny i jednolity nie mam. Kościół również jest podzielony. Myślę też, że bardzo istotną jest kwestia wychowania: kto wychowuje, jak wychowuje, jaki mamy system edukacji. Na tym przecież powinniśmy budować naszą przyszłość.

A wracając do teatru. Co Pan w nim najbardziej ceni?


Tę rozmowę, to zadawanie pytań, to napięcie, które powstaje między aktorami w całości przedstawienia i ten żywy kontakt z publicznością. Przekazywanie sobie energii tu i teraz. Tę próbę zrozumienia treści. To działa jak narkotyk. Teatr jest uzależnieniem, tak jak każdy inny rodzaj sztuki. To badanie przestrzeni dźwięków, którymi dysponujemy, przestrzeni obrazu, przestrzeni filmu i podejmowanego tematu, przestrzeni performance’u, który też ma o czymś konkretnym mówić. To jest siła, która w momencie, kiedy się dzieje odróżnia nas od zwierząt. Jeżeli dotyka nas duchowość, możemy nazywać się ludźmi.

A jednak miejsce na scenie wolał Pan zamienić na pokój dyrektora.

Wie Pani, to była chęć wzięcia odpowiedzialności za całość. Nie tylko za siebie samego, ale też za grupę ludzi. Sądziłem i wciąż tak uważam, że to porywające. Chciałem dawać innym poczucie sensu, dzielić z nimi radość z tej pracy płynącą, siłę, energię i talent. Podjąłem się tej próby. Początkowo w Kaliszu. Przez 25 lat patrzyłem na teatr oczami aktora, a przyglądałem mu się właściwie przez całe życie. Teatr ze względu na pracę rodziców, był dla mnie codziennością. I to wszystko razem miało wpływ na moją decyzję.

Nie żal Panu było aktorstwa?

Spotkań z widownią w pewnym sensie dotykam, poprzez to, że tym teatrem kieruję. Wyznaczam mu drogę, repertuar, dostarczam pomysłów reżyserskich, scenograficznych. Wciąż jestem jednym z jego elementów. A aktorem jestem cały czas, z chęcią przyjmuję propozycje, jestem do dyspozycji i jak każdy aktor, na Oscara czekam (śmiech).

Bycie aktorem pomaga w życiu?

Bycie popularnym aktorem może pomagać, ale też przeszkadza, kiedy przestaje się być anonimowym. Mnie to na szczęście nie dotyczy. Wydaje mi się natomiast, że w ogóle ludzie sztuki są osobami wyjątkowymi. Mają w sobie i wokół siebie aurę nieprzewidywalności, dozę pewnego szaleństwa, iskrę prowokacji. I dlatego inni na nich patrzą i próbują zrozumieć. Są inspiracją do refleksji, drogą do pewnej duchowości, która jest niemierzalną tajemnicą.

Zdarzało się Panu w życiu grać?

Wystarczy być – to miara dobrego aktorstwa. A poza tym wszyscy jesteśmy aktorami. Taki banał, o którym powiedział Szekspir, świat jest teatrem. Każdy z nas poprzez słowo, emocje, gesty wyraża siebie. Inaczej zachowujemy się w domu, inaczej w restauracji, inaczej w kinie. Inaczej rozmawiamy z mężem, żoną, inaczej z dzieckiem, inaczej z obcym nam człowiekiem. To są próby, w których staramy się znaleźć sposób na dotarcie do drugiego człowieka. Między nami teraz też odbywa się pewien sposób gry, ja staram się być mądry i elokwentny…

Świetnie się to Panu udaje.

Pani pięknie słucha, co jest niezwykle istotne. Zadaje Pani mądre pytania, co czyni, że ta rozmowa z mojej strony jest ważna i ludzka. Normalna. Nie za bardzo udajemy. R o z m a w i a m y.

Albo dobrze gramy…

Dobre role nam przydzielono. Pani redaktora, a mnie dyrektora-aktora.

Sami je wybraliśmy.

Te tak, ale w życiu pełnimy ich wiele. W każdej z nich próbujemy przekonać druga osobę, że w danej chwili chcemy z nią być w poczuciu sensu.

Klęskę Pan zna?

Lubię powiedzenie jednego z twórców Kabaretu Starszych Panów, Jerzego Wasowskiego: „Niech się Pani/Pan nie martwi, przecież nie jesteśmy tu na stałe”. Staram się optymistycznie patrzeć na czas, który jest mi dany. Chcę tym zarażać innych. Poczucie klęski odrzucam. Oczywiście, przyznaję się do błędu, niefortunnego sformułowania, zbyt dużej emocji, ale staram się być uważnym, aby nikogo nie obrazić i nie sprawić przykrości. Chcę być w tym życiu empatyczny. Czy mi się to udaje? To już nie do mnie pytanie.

Euforia?

Euforia… Zastanawiam się, co to słowo dla Pani, a co dla mnie, znaczy.

A co się za nim dla Pana kryje?

Euforia to nadradość.

Czyli myślimy tak samo.

Ja chcę w poczuciu euforii żyć, chociaż czasami trudno.

Jest Pan dziś szczęśliwy?

Szczęśliwym się nie jest. Szczęśliwym się bywa…

Dobrze tu Panu?

Tak.

Rozmawiała Ola Grądzka

1 2 3