Dominika Kisiel: Instagram? To tylko pasja. W życiu najważniejsza jest rodzina

Cześć, Ola.

Cześć, Dominika. Przepraszam za spóźnienie, ale byliśmy z córką w kinie, później odwieźliśmy ją do mojej mamy i trafiliśmy na korek.

W porządku, nie czekam długo.

Napijesz się herbaty? Z malinami? Sama robiłam.

Bardzo chętnie. Domyślam się, że niejedna osoba zdziwi się, czytając, że robisz domowe przetwory.

Wiesz, ja przede wszystkim jestem żoną, mamą i zajmuję się domem. Lubię takie zajęcia.

Uważasz, że Instagram jest zdrowy?

Z Instagramem jest tak, jak z Internetem w ogóle. Czasami może mieć pozytywny wpływ, czasami negatywny. Czasami może działać na nas motywująco, czasami demotywująco. Czasami skłania nas do mądrych, potrzebnych działań, czasami popycha do głupoty. Wszystko zależy od nas samych. Od tego czego szukamy w sieci, czym się interesujemy i jakich wyborów dokonujemy. Jeśli coś jest brzydkie, wulgarne i obraźliwe- odrzucam to. W zamian wolę inspirować się tym, co piękne, zjawiskowe i spektakularne. Motywacją są dla mnie inne kobiety. Ich praca, pasja, styl życia czy chociażby ciało. Sama po ciąży wciąż jeszcze dążę, aby wrócić do jak najlepszej formy.

Przecież jesteś szczupła!

Paradoksalnie to, że jestem szczupła, nie znaczy, że czuję się ze sobą do końca dobrze. Tak jak nie każda kobieta, która ma makijaż czy jest opalona wygląda pięknie. Przecież wiesz, że nie o to chodzi. A Instagram, od początku istnienia tej aplikacji, jest miejscem, gdzie pokazuje się fajne rzeczy, fajny lifestyle, fajne miejsca, dobre jedzenie. Rzeczywistość tam pokazywana to rajska rzeczywistość- tu wyjeżdżamy, to kupujemy, tu się bawimy. Co niektórych może to przygnębiać, ale ja podchodzę do tego inaczej. Przecież świat wokół nas jest wystarczająco przykry i przeglądając Internet nie chcę wciąż patrzeć na to, co smutne i brzydkie. Czasem po prostu mam ochotę popatrzeć na tę lepszą stronę życia. Instagram jest narzędziem, które temu właśnie służy. Często jest on również źródłem inspiracji – modowych, wnętrzarskich czy kulinarnych.

Pomimo wszystko, portale społecznościowe nierzadko są demonizowane.

W południe oglądałam program Martyny Wojciechowskiej o kobietach z Pakistanu, których twarze zostały poparzone. To przykry temat i dobrze, że jest ktoś, kto o tym mówi i zwraca na to naszą uwagę, ale przez czterdzieści minut trwania programu- wystarczyło mi tych przykrych obrazków. Instagram natomiast jest miejscem, gdzie ludzie na całym świecie, za pomocą zdjęć starają się pokazywać to, co piękne. Tak to już funkcjonuje. Jeśli ktoś nie chce- nie musi korzystać.

Ciebie dzisiaj obserwuje 220 tysięcy osób.

A zaczęło się zupełnie przypadkowo. Kilka lat temu przyjechała ze Stanów koleżanka, która powiedziała, że jest taka aplikacja, gdzie wrzuca się zdjęcia i w ten sposób komunikuje się z innymi. Ściągnęłam tę aplikację i co jakiś czas dodawałam post. Przy którymś kolejnym okazało się, że wzbudza zainteresowanie innych. Nigdy nie myślałam, że internetowa aplikacja może być narzędziem do pracy. Nigdy też z góry nie zakładałam lub specjalnie nie narzucałam kierunku, w którym ma to podążać. Nie nadaję też temu ekstremalnego tempa chociaż mogłabym przyspieszyć, ale z racji tego, że rodzinę stawiam na pierwszym miejscu, każdy projekt, którego się podejmuję musi współgrać z naszymi planami. Często wyjeżdżamy, często nie ma nas w kraju. Instagram toczy się gdzieś obok, własnym rytmem. To, że jestem teraz dość popularna wyniknęło spontanicznie- to nigdy nie było moim zamiarem. Przecież ja nie myślałam o żadnym blogu, nie chciałam pisać, a specjalistką od zdjęć też nigdy nie byłam.

Chociaż skończyłaś dziennikarstwo na UW.

To prawda, ale od zawsze czułam, że to nie jest mój pomysł na życie. Ten kierunek był bardziej wyborem rodziców, niż moim własnym.

Ale świetnie odnajdujesz się w medialnej rzeczywistości.

Dzięki Instagramowi poznałam wiele osób, które w pośredni lub bezpośredni sposób wywarły na mnie wpływ, uświadamiając, że z powodzeniem mogę robić rzeczy, o których nigdy wcześniej nie myślałam. Albo myślałam, ale pozostawały one w sferze marzeń. Mam na myśli te kapsułowe kolekcje dla Sugarfree i dla ByNameSakke. To wspaniałe przygody, które sprawiły mi niezwykłą satysfakcję, dodały odwagi i pokazały, w czym naprawdę jestem dobra. Dzięki temu, dziś myślę o otwarciu czegoś swojego. Mam pewien pomysł, który planuję wdrożyć w życie na wiosnę. Będzie to moja marka, ale nie będę pracowała sama. Nigdy nie wymądrzam się na temat konstruowania ubrań czy znajomości tkanin- to profesjonalne dziedziny, które wymagają fachowej wiedzy. W tych kwestiach potrzebuję pomocy i osoba, z którą współpracuję ma zarówno doświadczenie w branży jak i potrzebną wiedzę techniczną. Ja z kolei zbieram inspirację, projektuję, mam kanał potrzebny do promocji. Uzupełniamy się.

A wszystko zaczęło się zupełnie nieświadomie.

Tak. Ktoś mógłby powiedzieć, że to banalne- dodawanie zdjęć. Ale w moim przypadku narodziło się z tego coś interesującego i otworzyły się przede mną nowe możliwości.

Zaczęło się od kilku zdjęć. A jak jest teraz? Kalkulujesz, planujesz?

Właśnie nie. Nie wiem też dokąd mnie to zaprowadzi (śmiech). Instagram jest platformą reklamową i wiele marek, szczególnie w okresie przedświątecznym, promuje swoje produkty poprzez współpracę z dziewczynami, takimi jak ja- których posty trafiają do szerokiego grona odbiorców. Niektórzy wyznaczają konkretne daty, dni kiedy należy dodać zdjęcie. Osobiście, irytuje mnie to, bo ja nie działam w sposób z góry planowany.

Odrzucasz takie propozycje?

Tak. Konto na Instagramie to tylko dodatek. Ja przede wszystkim mam dom, rodzinę, jestem żoną i mamą dwuletniej Zosi. Sama masz małe dziecko, więc wiesz jak jest. Życie jest wtedy mocno nieprzewidywalne. Nie lubię planować i nie lubię, gdy wiszą nade mną zobowiązania, z których nie wiem, czy uda mi się wywiązać. Robert (mąż- przyp.red) śmieje się, że to te niemieckie geny, które w sobie mam. Dzisiaj też byłam niezadowolona, że się spóźniłam. Źle się czuję, gdy nie dotrzymuję słowa. A Instagram prowadzę spontanicznie. Zdjęcia, które dodaję pokazują jak faktycznie wyglądam danego dnia. Dlatego robię je w domu przed lustrem. Może powinnam mieć fotografa? Chociaż byłoby to dla mnie krępujące, bo jestem nieśmiała.

Ty, która brałaś udział w kilku sesjach?

Jestem wstydliwa. I nie lubię pozować.

Jeśli nie lubisz pozować, a robisz to w taki sposób- to chyba jesteś do tego stworzona.

Sesja, w której ostatnio brałam udział dla Fundacji Omeny Mensah była sesją charytatywną i tylko dlatego się na nią zgodziłam. W ogóle zanim dostałam tę propozycję, kilka dni wcześniej zastanawiałam sie z Robertem, że skoro dwieście tysięcy osób obserwuje moje konto, to może mogłabym zrobić z tego coś dobrego, coś dla innych. Bo ja mam ogromną chęć pomocy. Nie minął tydzień i dostałam telefon od Omeny. Spadła mi jak z nieba. Naturalnie, że się zgodziłam, chociaż sesja była dla mnie pewnym wyzwaniem.

Może na co dzień wolałabyś, żeby fotografował Cię mąż?

Nie, jednak kiedy jesteśmy za granicą proszę go o pomoc. Jest to dla mnie krępujące, chociaż Robert mocno wspiera mnie w tym, co robię i cieszy się, że mam taką swoją małą odskocznię od domowych i rodzinnych obowiązków.

Gwiazda Instagramu- lubisz to określenie?

Nie. To śmieszne. Ja pochodzę z Warszawy, mam tutaj mnóstwo znajomych i tak jak kilka lat temu żyłam w inny sposób, bywałam w różnych miejscach, tak odkąd jestem z Robertem znalazłam swoje miejsce na Ziemi. Teraz jest mi dobrze. Stałam sie domatorką. Pomimo tego, że od czasu do czasu jestem zapraszana, bardzo rzadko gdziekolwiek wychodzę. Ja nie sprawdzam i nie mierzę tego, czy jestem znana, jak bardzo jestem znana lub nieznana. Nie zajmuje się tym. Skupiam się na rodzinie i na domu. Tak jak każda normalna kobieta robię zakupy, jeżdżę na bazarek, piorę i gotuję. Nie bywam w miejscach potencjalnych spotkań moich odbiorców. Nie chodzę na przykład na Koszyki i nawet nie wiem, gdzie się teraz chodzi i co jest modne. Poza tym dużo czasu spędzamy za granicą. A te określenia „gwiazda, księżniczka” są chyba trochę prześmiewcze i pejoratywnie nacechowane. Nie biorę ich do siebie, bo z jednej strony jestem w tym Instagramie, siedzę w tym dość głęboko, a z drugiej strony jestem zupełnie obok.

A te niemieckie korzenie, o których wspominałaś?

Rodzina ze strony taty pochodzi z Niemiec, ale to bardzo dawne dzieje. W księdze naszego rodu kilkanaście pokoleń to już Polacy, a kilka ostatnich konkretnie Warszawiacy. Robert tak czasem żartuje, bo to ja jestem ta punktualna, to ja zawsze na niego czekam, a on mi w ten sposób dogryza.

A urodę masz po mamie czy po tacie? Jesteś piękną kobietą. 

Dziękuję, zawstydziłaś mnie. Wszyscy, którzy znają moich rodziców mówią, że jestem podobna do mamy.

Ja z kolei do taty.

Podobno dziewczyny podobne do taty mają w życiu szczęście. Powiedz proszę, że to prawda, bo nasza córeczka podobna jest do taty (śmiech).

Tak. Ja mam szczęście, tylko czasem kiedy jestem zmęczona, myślę sobie „ale mi tu szczęście”.

Ostatnio na Instagramie zawiązała się taka akcja, w której zastanawiałam się, czy wziąć udział. Polega ona na tym, że matki opisują trudy macierzyństwa. Kiedy byłam w podstawówce, przyjaźniłam się z Zosią Zborowską- przez to znam jej starszą siostrę Hanię, która mieszka w Brazylii i niedawno urodziła drugie dziecko. W sieci pokazuje jaki „ma meksyk” z tą dwójką pociech i mówi prawdę, że jest zmęczona, że czasem nie ma siły, cierpliwości i tak dalej. Powiedziała też o swojej depresji poporodowej. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy ja też powinnam zabrać głos. Ostatecznie jednak zrezygnowałam, bo nie wiedziałam, jak o tym opowiedzieć. Wystąpienia medialne, paradoksalnie, nie są moją mocną stroną.

Jeśli chcesz, możesz powiedzieć teraz.

Wiesz, wydaje mi się, że ja też taką depresję miałam. Podczas porodu okazało się, że muszę mieć cesarskie cięcie- długi czas później byłam zbolała. Miałam nawał pokarmu. A kiedy wróciłam do domu z tą kruszynką i poczułam, że od teraz jestem za nią w stu procentach odpowiedzialna, było mi ciężko. Miałam wrażenie, że to mnie przerasta. Poszłam do mamy i zapytałam „Dlaczego mi nie powiedziałaś, że będzie tak ciężko? Miałyśmy przecież 9 miesięcy, żebyś mnie na to przygotowala.” Spodziewałam się nieprzespanych nocy, ale to uczucie, które spadło na mnie po porodzie było przytłaczające i przerażające. A w ciąży przecież byłam harcerką- chciałam rodzić naturalnie, chciałam karmić piersią. W ciąży byłam szczęśliwa i robiłam wszystko, co najlepsze dla dziecka. I tak jak sam poród mnie nie przestraszył, tak karmienie piersią było okropne. Ból sprawiał, że karmiąc Zosię zębami zagryzałam koszulkę i łzy płynęły mi policzkach.

Dobrze, że taki temat zrodził się z infantylnego właśnie, w mniemaniu niektórych osób, Instagramu. 

Na początku macierzyństwa, kiedy nie miałam kontaktu z innymi młodymi matkami, myślałam, że robię coś źle, że jestem złą mamą. Byłam zmęczona, nerwowa, wykończona, ale to wszystko siedzi w głowie. Żeby poczuć się lepiej, najpierw trzeba uporać się ze wszystkim w sferze psychiki. No i trzeba poczekać, aż poziom hormonów wróci do normy.

Ważne jest też wsparcie męża, chociaż nie zawsze jest to oczywiste.

My dzielimy nasze życie między trzema miejscami na świecie i kiedy jesteśmy w Warszawie Roberta w domu nie ma, bardzo dużo pracuje. Ale kiedy wyjedziemy za granicę- dwadzieścia cztery godziny na dobę spędzamy razem i wynagradzamy sobie ten czas, w którym nie możemy się sobą cieszyć. A wsparcie tak jak mówisz jest konieczne, szczególnie dla młodej mamy i szczególnie przy pierwszym dziecku. Przy każdym kolejnym, podobno jest już łatwiej.

Twój głos w tej sprawie jest cenny i na pewno będzie wartościowy dla osób, które Cię obserwują. Przecież niejedna z dziewczyn myśli, że Twoje życie to bajka.

Ostatnio śmialiśmy się z Robertem na ten temat, kiedy wróciliśmy po dwóch miesiącach z Włoch. Ktoś może powiedzieć „Dwa miesiące wakacji? Zazdroszczę”, ale kiedy rozpakowałam wszystkie bagaże to cały przedpokój i pół salonu zajmowały ubrania do prania, akcesoria Zosi do pływania, przeróżne rzeczy dla psa, wszystko. Zanim zaczęłam porządkować i prać, Robert zrobił mi zdjęcie z tą toną rzeczy i mówi „Proszę, wrzuć to na Instagram, niech dziewczyny zobaczą, jak naprawdę wygląda twoje życie” (śmiech). Poza tym, że wyjeżdżamy i to jest cudowne, mam mnóstwo obowiązków, tak jak każda z nas- kobiet. Ja zawszę mówię, że Instagram, moda to moje pasje, a zawód, który wykonuję na co dzień to kura domowa. I bardzo mi z tym dobrze.

I nie wstydzisz się o tym mówić.

Nie wystrzegam się prac domowych. Nie ukrywam też, że mamy panią, która sprząta i prasuje, ale wszystko poza tym robię sama. Zresztą sama też sprzątam. Uwielbiam gotować, chodzę na zakupy, bo dbam o jakość produktów, które jemy. Czasem jadę na jeden koniec Warszawy po warzywa i owoce, wracam i jadę na drugi koniec Warszawy po rybę. Wbrew pozorom praca kury domowej, to praca dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Przyzwyczaiłam do tego całą naszą rodzinę- każde Święta spędzamy u nas, często spotykamy się przy wspólnym obiedzie. Udało mi się zbudować rodzinne gniazdo i rozniecić domowe ciepło, ale ta praca nigdy się nie kończy. Kiedy dwa miesiące jesteśmy na wakacjach- ja przez te dwa miesiące gotuję, robię zakupy, robię pranie. Ja nie mam „maniany” i to nie są dwa miesiące laby. Wiadomo, że nie będę pokazywała na Instagramie, jak piorę w ręku zabrudzone body Zosi. Są przecież ciekawsze rzeczy do pokazania niż taka zwykła rzeczywistość. Co nie znaczy, że ja tej rzeczywistości nie znam. Ja jestem w niej głęboko osadzona. Jestem samodzielna i nie boję się normalnego życia.

Wyniosłaś to z domu?

Zdecydowanie tak. Mama nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem, wychowywała mnie i brata. Dbała, żeby wszystko było idealnie. To jaka jestem, to wzorzec z domu.

Teraz sporo mówi się o niezależności kobiet, ich karierach i budowaniu pozycji. Kura domowa to często wstyd.

Moim zdaniem mówią to kobiety, które nie mają dla kogo „prać, sprzątać i gotować” i które są zwyczajnie nieszczęśliwe. Bo kobieta z krwi i kości, która ma dom, która doświadcza życia rodzinnego, która widzi i wie ile pracy trzeba włożyć w to, aby ten dom pachniał, aby domownicy chcieli do niego wracać- nigdy w życiu nie oceniłaby tak drugiej kobiety. Nigdy w życiu nie nazwałaby tej drugiej kobietą bez ambicji czy kobietą leniwą. Jeżeli ja osiemdziesiąt procent swojego czasu poświęcam rodzinie, bo mogę sobie na to pozwolić i chcę to robić, to nie uważam, że ktokolwiek ma prawo oceniać mnie negatywnie. I jestem wdzięczna, że mogę pracować przez Instagram, bo to wpisuje się w te dwadzieścia procent czasu, które gospodaruję dla siebie. Ja nie chcę ani więcej, ani mniej.

Co najważniejsze, dobrze się z tym czujesz.

Spójrz, ile osób odwiedza portale plotkarskie, ile osób pisze tam komentarze, ile osób obraża innych. To są anonimowi ludzie, którzy mają tak wiele do powiedzenia na temat wszystkich innych, nic o nich nie wiedząc. Nie lubię tego w Polakach i wydaje mi się, że w Polsce wyjątkowo lubimy komuś „przywalić” i zrobić przykrość. Wiem, że publikując zdjęcia, sama wystawiam się do publicznej oceny i mam z tym luz, ale są granice, które nie powinny być przekraczane. Generalnie, cieszę się tym, co mam i staram się nie przejmować głupotami innych ludzi. Nigdy nie wchodzę w dyskusje z hejterami. Ucinam je od razu. Złą energię ograniczam do minimum.

Rozmawiając z Tobą, domyślam się, że są w życiu sprawy, które cenisz bardziej niż kolekcję torebek od Chanel.

Oj, tak. Na pierwszym miejscu jest rodzina. Jestem już nudna?

Nie skąd!

Wiesz, pamiętam jak kiedyś dostałam pierwszą torebkę, o której marzyłam i pamiętam jak bardzo się z niej cieszyłam. Ale dopiero teraz mając rodzinę, córkę dowiaduje się co znaczy prawdziwe szczęście. Pierwszy kucyk Zosi, czy pierwszy warkoczyk, którego jej dzisiaj zaplotłam- to niesamowite szczęście. Takie szczęście constans. To małe chwile, które cieszą każdego dnia- każdy uśmiech, każde słowo. Nie ma nic piękniejszego niż rodzina. To absolutnie fundamentalna wartość. Jestem też mocno zżyta z rodzicami, z dziewięć lat młodszym bratem, który jest cudownym wujkiem dla Zosi. Cieszę się, że nasza patchworkowa rodzina też się zgrała. Jest naprawdę fajnie.

Mówiąc dom, masz na myśli Warszawę?

Na chwilę obecną tak.

Czyli planujecie jakieś zmiany?

Tak. Na świecie mamy swoje trzy miejsca- Warszawę, bo tu są nasze rodziny, znajomi. Rzym, gdzie staramy się przenieść nasze życie i bardzo poważnie myślimy o przeprowadzce. Obydwoje kochamy Włochy. Ja od najmłodszych lat podróżowałam tam na wakacje z rodzicami. Dobrze się czuję w tym rejonie świata, Robert zresztą też. Tam też narodził się nasz związek. Kiedy byłam w ciąży często lataliśmy modlić się do Watykanu, tam również ochrzciliśmy Zosię. Czujemy, że Rzym jest naszym miejscem, czystą kartą, na której możemy spisać naszą własną historię. Tam możemy budować świat, taki jaki chcemy. Tam jesteśmy incognito. Ludzie, z którymi się przyjaźnimy nie patrzą na nas przez pryzmat wieku, który nas dzieli czy innych historii. Kochamy Rzym za piękną pogodę, fajnych ludzi, niesamowitą kulturę, z którą obcujemy na co dzień. Jest jeszcze moda, którą tak lubię, bliskość morza, świetna baza wypadowa… Mogłabym długo zachwalać, ale chyba nie o tym miała być mowa.

A trzecie miejsce?

To Miami, które uwielbiam szczególnie w okresie jesienno-zimowym, na dwa, trzy miesiące. Po tym czasie zaczyna brakować mi kultury europejskiej.  Ale lubię panującą tam wolność, piękne plaże i bliskość szeroko rozumianej cywilizacji. Dzieje się tam mnóstwo wydarzeń. Uwielbiam chodzić na koszykówkę. Lubię też tamtejsze jedzenie, bo nie jest prawdą, że w Stanach sprzedaje się tylko śmieciowe jedzenie. Można spróbować wybitnej kuchni i samemu znaleźć produkty wysokiej jakości. Miami to trzecie miejsce, które darzymy szczególną sympatią, ale to Włochy są numerem jeden.

Wspominałaś o Watykanie, jesteście wierzący?

Tak. W niedzielę chodzimy do kościoła i w ogóle tego dnia cieszymy się sobą. Często przygotowuję obiad i spotykamy się w większym, rodzinnym gronie. Staramy się celebrować ten czas. Kiedy jesteśmy w Rzymie zawsze w niedzielę udajemy się na Plac Świętego Piotra i słuchamy Anioł Pański. Nawet w Tajlandii udało nam się znaleźć kościół katolicki. Jesteśmy wierzącymi ludźmi i nie kryjemy się z tym. Zosię też wychowujemy w wierze. Mi to pomaga.

Na co dzień, kiedy mąż jest w pracy, sama zajmujesz się córeczką?

Tak, ale zawsze mogę liczyć na pomoc mojej mamy. Kiedy mam jakąś awaryjną sytuację- zawodową, zdrowotną, czy po prostu chcę wyjść do kosmetyczki lub fryzjera, mama zawsze mi pomoże. Uwielbia Zosię, a że sama jest zadbaną kobietą- rozumie mnie. Nie myślę też na razie o przedszkolu, bo szkoda mi czasu, który mogę spędzić z Zosią. Skończyła już dwa latka i teraz jest moją kumpelą (śmiech). Ostatnio oglądałyśmy razem Mango on-line. Bardzo się ożywiła, kiedy zobaczyła torebkę w kształcie kaktusa, mocno brokatową. Zapytałam, czy chce ją mieć, odpowiedziała, że tak. Możemy sie już dogadać i jak najlepsze przyjaciółki zrobić zakupy on-line (śmiech).

A Twój styl to raczej jeansy i biały T-shirt czy mini spódnica i wysokie szpilki?

Przyznam się do czegoś.  Buty na obcasie, nie licząc wieczornych wyjść, zakładam tylko do zdjęć. Z racji tego, jak aktywnie spędzam czas, fizycznie nie jest możliwe, abym cały dzień chodziła w szpilkach. Skłamałabym też, gdybym powiedziała, że tych szpilek i sukienek nie lubię. Oczywiście, lubię czuć się kobieco i w takim wydaniu lubi mnie mój mąż , ale uważam, że outfit należy dostosować do sytuacji i miejsca, w których jesteśmy oraz do tego, co zamierzamy robić. Na wieczór nie ubrałabym jeansów i balerinek, ale w trakcie dnia stawiam na wygodę. Nazwałabym to kontrolowaną wygodą- wciąż na luzie, ale z nutką modowego sznytu.

Tego też nauczyłaś się od mamy?

Pamiętam, jak mama kiedyś z zagranicy przywoziła magazyny modowe, które w Polsce nie były dostępne. Oglądałyśmy je i na każdej stronie wskazywałyśmy stylizacje, które najbardziej nam się podobają. Fajnie, że dzisiaj, mamy to na wyciągnięcie ręki, właśnie dzięki Internetowi. I nie dotyczy to tylko mody, ale każdej innej dziedziny również.

Zdarza Ci się czasem przebierać?

Nie. Ja jestem zwolenniczką mody basic. Nie kreuje się na „odjechaną” fashionistkę. Moje stylizacje nie są też wyzywające, kolorowe czy błyszczące. Wszystko, co noszę musi być ze mną kompatybilne. Nigdy nie zakładam czegoś z przymusu lub by poczuć się kimś innym- kimś, kim nie jestem. To nie mój świat. Moda nie służy mi, aby wymyślać inną siebie, tylko po to, by czuć się dobrze właśnie taką, jaka jestem.

A jesteś szczęśliwą kobietą. To się czuję.

Wiesz, kiedy masz już trzydzieści lat- czegoś w życiu doświadczyłaś, coś przeżyłaś, ponosisz konsekwencje swoich czynów, obserwujesz ludzi dookoła, słuchasz ich historii. Obecnie znacznie bardziej doceniam i pielęgnuję to, co mam niż gdybym nie przeżyła pewnych zdarzeń w przeszłości. Doszłam do wielu wniosków i odrobiłam lekcję daną mi przez życie. Nie uważam też, że dziełem przypadku jest to, co dzisiaj mam. Ja przecież o to walczę i dbam. Robert zawsze powtarza, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Gdybym nie dawała mu rodzinnego ciepła, może nie odnosiłby sukcesów w pracy? Gdybym zachłysnęła się własnym „pięć minut”  i przestała opiekować się rodziną, może nie bylibyśmy szczęśliwi? To, kim jesteśmy i jak żyjemy jest wynikiem naszej wspólnej pracy, chęci i szacunku do tego, co mamy. W życiu trzeba odpowiedzieć na pytanie „Co jest najważniejsze” i dbać o to. A szczęście? Przyjdzie samo.

Rozmawiała Ola Grądzka
Fotografowała Marta Miklińska

1 2 3