Aleksandra Konieczna: Wierzę w szczęście, fart i przeznaczenie

Ma Pani ochotę coś zjeść?

Dziękuję, zostanę przy herbacie.

A ja barszcz ukraiński poproszę.

Musimy się spieszyć?

Nie, skądże. Sobota, urodziny kota (śmiech). Nie mam żadnych ograniczeń.

Zastanawiałam się z kim będę dziś rozmawiała. Z Aleksandrą Konieczną- gwiazdą czy…

… rozgwiazdą? (śmiech)

Pani żartuje.

Tak, oczywiście. Nieustannie żartuję. Lubię to. Bez tego bym sczerstwiała, marnie bym skończyła, szybko dość.

A wymądrza się Pani?

No oczywiście! Nie jestem głupawa, napracowałam się nad rozwojem osobistym i coś nie coś już wiem. Ale nie znoszę tego. Ostatnio mam wrażenie, że wiedza, którą posiadłam oddziela mnie od świata. Wie Pani, tak jakbym trochę za dużo wiedziała i przez to mój umysł zaczął pracować schematami. Patrzę tak, jak gdybym prześwietlała mechanizmy, możliwości uszkodzeń i tym podobne rzeczy. Taki wewnętrzny rentgen.

To raczej męczące.

Męczące! Postanowiłam to porzucić i staram się nie analizować, nie prześwietlać, nie zastanawiać z czego dana rzecz wynika i do czego dąży. Teraz mam to w nosie. Uprzątam wiedzę i zajmuje się tym, co jest tu i teraz. Zabawą, rozmową. Swoją drogą pyszny ten ukraiński.

Jako nastolatka chciała Pani żyć w świecie pięknym. Jak te pragnienia zweryfikowała rzeczywistość?

Wtedy nie bardzo wiedziałam, czym to piękno jest, gdzie się znajduje i w czym tkwi jego źródło. Miałam wyobrażenie, że pięknie jest we Francji. Maniakalnie czytałam i recytowałam poezję. Maniakalnie jeździłam również pociągami do teatru. Widziałam wiele przedstawień Teatru Starego w czasach jego świetności i tam faktycznie było piękno. Ono tkwiło też w naturze, która otaczała mój Prudnik. To maleńkie miasteczko o cudownej, częściowo zrujnowanej architekturze położone w Górach Opawskich. Tam wszystkie klamki zawieszone są na wysokości mojej głowy, są wielkie okna witrażowe i szerokie klatki schodowe z kręconymi schodami.  A w Warszawie dziadostwo. Dopiero, kiedy kilka lat temu zamieszkałam na Pradze, zaczęłam się dobrze czuć. Z tym, że bardzo brak mi tu natury. Ale coś za coś. W Prudniku nie ma teatru, nie ma hal zdjęciowych i żadnego przemysłu filmowego. A ja na całe lata schroniłam się w teatrze. Nie wiem, czy był to piękny świat, ale od kiedy spotkałam Grzegorza Jarzynę był interesujący i magiczny.

Często wraca Pani w rodzinne strony?

Bywam, co kilka miesięcy.

Jest Pani sentymentalna?

Staram się nie być. Samo słowo sentymentalna ma dla mnie pejoratywne zabarwienie. Sentymentalna jako ckliwa i taka ze sztambucha. Wolę słowo sentyment.

Ma Pani zatem sentyment do miejsc, rzeczy, zdarzeń?

Mam, ale nie lubię w sobie tej cechy. Zamiast tego wolę swój racjonalizm i swoją siłę i swoją twardość oraz analizy zdolność. Sentyment mnie raczej uderza. To nie jest tak, że ja sobie na niego pozwalam, że go zapraszam, że chcę z nim być. On mnie atakuje, ale za chwilę znów jestem sobą. Czyli zbrojnym rycerzem.

Minął prawie rok odkąd dostała Pani Orła. Ile ta nagroda znaczy?

Wie Pani, ja tym Orłem zostałam uznana. Przez sześciuset akademików, profesjonalistów, członków Polskiej Akademii Filmowej. Kiedy dostałam nagrodę w Gdyni byłam zdziwiona, zszokowana, cieszyłam się, ale myślałam, że to wypadkowa nastroju siedmiu osób. Dopiero kiedy zostało to przypieczętowane Orłem, dotarło do mnie, że może faktycznie to była dobra robota. Wiele się zmieniło od tamtej pory. Mogę powiedzieć o mocnych impresjach, falach uderzeniowych, które jakby do mnie przemawiały „no zrozum i pojmij wreszcie, że jesteś dobra, jesteś tego warta”. Tomasz Ossoliński uszył dla mnie na galę Orłów piękną suknię, co było dużym przeżyciem. Doświadczeniem jak z królewskiego dworu. Tomasz postanowił dobrać odpowiedni materiał do koloru moich włosów, podszewkę dokładnie pod kolor mojej skóry. Poczułam się ważna. Nie chcę powiedzieć, że wcześniej czułam się nieważna, bo tak nie było, ale to nigdy nie zostało nazwane, potwierdzone żadnym dyplomem, statuetką czy spektakularnym zdarzeniem. Być może roli takiej jak w Ostatniej rodzinie już nigdy nie zagram, ale dostaję dużo ciekawych propozycji. Jesienią ubiegłego roku przestałam pracować w teatrze. To była trudna decyzja, ale taką podjęłam.

Nie było Pani żal?

Troszkę się tego bałam, bo było to wyjście ze schematu stałej pracy, którą robiłam zawsze. A nowe przecież nie jest pewne i potrzeba czasu zanim się oswoi i też nie wiadomo jakie będzie. Poza tym teatr dawał mi poczucie wspólnoty, wioski plemiennej, poczucie, że jestem potrzebna, mam po co wstać, spionować się, umyć włosy i zęby. Zrezygnowałam z tego i dzisiaj nie żałuję. To była trudna, ale dobra decyzja. Byłam zmęczona, a teraz mam i więcej czasu i więcej pieniędzy, czyli…nieźle. I mogę żyć.

Więcej szczęścia?

Tak… Myślę, że mam więcej szczęścia i teraz to szczęście przyciągam. Kiedyś słyszałam różne teorie, które wydawały mi się dziwne. W tych wszystkich kombinacjach, by dzikość jaką jest życie oswoić, ludzie wymyślili, że szczęście jest decyzją. Działy się nawet takie warsztaty w Warszawie, ktoś chodził, ktoś czytał. Tere fere. Kilka dni temu rano poszłam do kuchni pstryknąć ekspres, słońce zalało całą przestrzeń i nagle… podjęłam decyzję. Dopiero wtedy dotarły do mnie słowa, które wcześniej lekceważyłam. I to nie była kwestia przygotowania się, planu, zamysłu. To była decyzja, że bez względu na to, co się będzie działo ja będę szczęśliwa.

I tak się da?

Hmm… Czasem słabnę w euforii, bo trudno utrzymać ją na jednym poziomie, ale szybko sobie o tym postanowieniu – bycia szczęśliwą-  przypominam. Limit słabości już wyczerpałam.

Słabością był brak wiary w siebie?

Całe życie miałam z tym problem. Nie wiem z czego to wyniknęło, nie chce mi się analizować mojego dzieciństwa. Ale przecież osoby, które pozornie przeżywają znakomite dzieciństwo, później, jako dojrzali ludzie, mają dziurkę w sercu i krew przez nią broczy. Dzieciństwo… chyba nie tylko ono ma znaczenie. Sama jestem matką i zastanawiam się czy to właściwe, aby ładować dziecku poczucie, że jest kimś ważnym, wyjątkowym, uposażać je taką wiarą w siebie na przekór wszystkiemu i wszystkim i to zadziała? Nie do końca jestem o tym przekonana. Kiedyś po pokazie Ostatniej Rodziny przyszła do mnie para, która powiedziała, że ich znajomi ze Skandynawii niedawno pochowali syna, który popełnił samobójstwo. Rodzina była zamożna, oddana temu dziecku, leczono go, zapewniono pomoc psychiatryczną i terapię, wspomagano go. Jak stwierdzili żadnych traum w ich życiu nie było, a syn mimo wszystko się zabił. Może to jakieś uposażenie mózgu? Tak jak mój mózg był i nadal jest dosyć tkliwy i bardzo wrażliwy na wszelkie bodźce. Dlatego potrzebuję regeneracji w ciszy. Za dużo bodźców działa na mnie źle, co jest trudne zarówno w moim zawodzie jak też w mieście, gdzie mieszkam. Kiedyś kupiłam książkę francuskiego biologa Henriego Laborit Pochwała ucieczki. Uczony ten twierdził, że są ludzie, których mózgi na społeczne relacje reagują bardzo dużymi wyrzutami adrenaliny. Ludzie tacy potrzebują się chronić. Myślę, że mój mózg jest w ten właśnie sposób zbudowany.

Mała wiara to głowa ciągle wątpiąca, nie tylko w siebie, ale w ogóle, poddająca wszystko analizie, widząca tego wszystkiego stron wiele, widząca tego wszystkiego tymczasowość, wiedząca na pewno, bez względu na wszelkie postanowienia, że przychodzimy na świat i umieramy bez naszej woli. I to jest fatalne, pozbawieni jesteśmy poczucia skuteczności i na dwa najważniejsze wydarzenia w życiu nie mamy wpływu. One się odbywają bez naszej woli.

Narodziny i śmierć?

Może nie są najważniejsze, ale jedyne pewne. Ponadto nie znany jest odcinek czasu, który został nam podarowany pomiędzy tymi dwom zdarzeniami. To wszystko nie jest fajne.

No śmierć fajna nie jest.

W moim rodzinnym domu ciała zmarłych babć, ciotek wystawiano na marach. Pamiętam, jak mama na nas pokrzykiwała, bo się z bratem wokół trumny babci ganialiśmy. Zawsze jeden salon się uprzątało i tam to ciało stało, potem przychodzili ludzie, śpiewali. Dla mnie to było normalne. Myślę, że przez takie obrządki śmierć była oswajana. Nie była chowana, nie była natychmiast pakowana w czarne worki, nie była przemilczana i nikt nie udawał, że ona nie istnieje. Śmierć nie była, w przeciwieństwie do dzisiaj, towarem. Nie chętnie oglądamy śmierci naturalne, ale lubimy patrzeć na te dobrze spreparowane. Ciężko z tym dyskutować i nie brzmieć jak babcia, która opowiada, jak to przed wojną było. Z rzeczywistością generalnie nie ma co dyskutować, ale przez to, że śmierć została zepchnięta w kąt, bardziej nas szokuje i przeraża. Wszystko co nienazwane czy niepoznane atakuje nas w postaci płynnego lęku, jak to nazwał profesor Bauman. Coś się ćmi i rozlewa, istnieje cały czas tylko jest niezidentyfikowane. Myślę, że powodzenie Ostatniej Rodziny również z tym jest związane. To film, który maniakalnie opowiada o pięciu śmierciach aż do momentu, w którym rodzina przestaje istnieć. I tak jest w życiu naprawdę. Często mówimy jak straszne jest to, że inni umierają, nie że my sami umieramy. To wyraz dzisiejszej kultury. Tak myśleć jest bezpieczniej. Szczególnie młodzi ludzie nie chcą się tym zajmować, a ja od zawsze podejmowałam w myślach te tematy.

Po co?

Nie wiem. Ale mnie to daje temperament.

Żeby żyć?

Mnie to daje napęd. Mnie to daje nie któryś tam, ślamazarny stopień tylko dziesiąty stopień zasilania.

Żeby zdążyć?

O tak! Żeby odważnie próbować, być zachłanną, żeby dobrze zjeść, żeby się nie zamykać dla świata.

Interesuje się Pani filozofią?

Jeszcze tego by mi było trzeba! (śmiech) W Szkole Teatralnej miałam świętej pamięci profesora Hinza, który uczył nas filozofii i mówił te wszystkie filozoficzne tezy w ogóle na nas nie patrząc. Zajęcia były na parterze przy Miodowej i on nieustanie patrzył w okno. Nie zaszczycił nas swoim wzrokiem ani razu. Miałam wrażenie, że tragicznie przedwcześnie zmarł, ale może tylko mnie się tak zdawało. Nie chciałabym się zajmować filozofią.

Czym jest sukces?

Sukcesem nazywam i sukcesem czuję coś, co mi serce rozpala. Mogłabym zarobić krocie, albo ktoś mógłby się czymś zachwycać, a ja bym miała serce zimne, lub sercem byłabym w innym miejscu i czasie, nie miałoby to dla mnie znamion sukcesu. Ostatnia Rodzina była takim zdarzeniem. Chociaż wpierw nie miałam poczucia, że tworzymy arcydzieło, to w moim sercu i tak wyrastał kwiat. Bez tego byłaby to dla mnie wydmuszka, nie sukces. A ja ilekroć spojrzę na tego Orła, ilekroć usłyszę Janka Matuszyńskiego, Dawida Ogrodnika czy Andrzeja Seweryna, albo przypomnę sobie zdania Zosi Beksińskiej, które nie weszły co prawda do filmu, ale świetnie ją charakteryzowały, to mi w sercu ciepło. W filmie jest długa scena, w której Zosia rozmawia z synem o jego problemach. Nagle, ni stąd ni zowąd pyta go w czym on śpi. Tomek przez chwilę miał percepcyjny kłopot z pytaniem, ale odpowiedział „No jak to w czym śpię? Nago śpię”. A Zosia zdziwiona „Ale jak to nago? Od kiedy ty tak nago śpisz?”. Tomek, że od kilku lat. Po czym Zosia zwróciła się do męża „No to jak on się może dobrze czuć, kiedy on zimą śpi nago i latem śpi nago.” Najprostsza diagnoza depresji. Urocza. Uwielbiałam to, co wtedy robiliśmy i dlatego ten film definiuje jako sukces.

Czekała Pani na takie wydarzanie?

Ja nigdy nie czekam.

Marzyła Pani?

Nie marzyłam. To nic nie daje. Ja wierzę, że co ma być to będzie. Czasem, kiedy się o coś bardzo starałam, albo o coś zabiegałam, to były nici. A w przypadku Ostatniej Rodziny dostałam zaproszenie na casting, tak jak wiele innych, wybitnych aktorek. Nic szczególnego na tych castingach nie robiłam, a w filmie zagrałam. I dopiero teraz, kiedy serial Diagnoza otrzymał Telekamerę, zdałam sobie sprawę, jaki ja miałam wtedy fart. Patrząc na Galę, mocno zdałam sobie z tego sprawę. Niektórzy aktorzy grają w filmie całe lata i nic z tego nie wynika, a to była moja pierwsza ważna rola i okazało się, że całe to dzieło jest kapsułą uderzeniową. I nie chodzi tylko o rolę, ale o to, że wiele rzeczy naraz wypaliło jak rakieta.

O przyszłości Pani myśli?

Myślę. Ale się nie martwię. Bo co z tego martwienia? Ja się tyle lat martwiłam samotnie wychowując dziecko, a kiedy córka miała czternaście lat nagle zobaczyłam piękną dziewczynę i pomyślałam sobie „Boże, czternaście lat martwienia się!” Martwienie się to energia wydana po nic. Gdybym te lata zamieniła na coś innego, może bym teraz jakimś wypasionym Chryslerem wyjechała z salonu (śmiech). Nie warto się martwić. Owszem, odrobinkę działać na rzecz lądowania awaryjnego, ale bez przesady. Ja się nie martwię, ja się zajmuję rzeczami, kiedy się one zdarzą. Co nie zmienia faktu, że czasem o tym lądowaniu myślę, bo ileż można być aktorką?! Od czasu do czasu reżyseruję w teatrze i w razie czego tym się zajmę, chociaż nie chciałabym musieć tego robić. Za to bardzo chciałabym uczyć. Wydaje mi się, że mam dużo do dania innym. Poza tym mam łatwość w pracy z młodymi ludźmi, bo ja mentalnie, wie Pani, nadal jestem w Conversach. Mam również wiedzę, analityczne podejście do aktorstwa i wysoki poziom koncentracji. W krakowskiej szkole będę robić warsztaty i docelowo tam chciałabym być pedagogiem.

Czyli plan b jest opracowany.

Oczywiście. Ostatnio usłyszałam zresztą, że niczego nie muszę się obawiać, bo ze swoim głosem, nawet poruszając się przy balkoniku, będę mogła niezłą kasę na seks-telefonie robić (śmiech).

Zawód aktora jest sprawiedliwy?

A zawód dziennikarza jest sprawiedliwy?

Mój zawód, w takim sensie jak Pani, sprawiedliwy być nie może.

A na czym polega różnica?

Wynika to z dogodnej dla mnie sytuacji, w której nie muszę konkurować z innymi o napisanie kolejnego wywiadu i nie towarzyszy mi poczucie rozgoryczenia związane z tym, że jednak wywiad przeprowadzi ktoś inny.

Pani to nie dotyczy, ale mogłoby dotyczyć. Ja nie dywaguję o aktorstwie w kwestii sprawiedliwości lub niesprawiedliwości. To wiązać by się musiało z gwarancjami, które ktoś komuś dał na starcie. A kto i kiedy spisał te gwarancje? Kto był przy tym akcie? Ja tego nie rozumiem. To jest jak mylić życie z towarzystwem ubezpieczeniowym. Życie jest nieokiełznane. Nie istnieją gwarancje. Nie istnieją żadne obietnice. To, że zdałam do szkoły teatralnej nie znaczyło, że będę grała do końca życia i dostawała świetnie napisane role.

Od czego zatem zależy powodzenie?

W moim przypadku były to okoliczności. Wierzę w szczęście. Wierzę w fart. Wierzę w przeznaczenie.

Ufa Pani intuicji?

Coraz bardziej. Pomimo, że zawsze czułam jej mocne działanie, z jeszcze większą siłą ją lekceważyłam. To się później mściło. A teraz, jeśli zaprzęgam w pewne sprawy swoją intuicję i rozsądek, nie za bardzo mogę się pomylić.

Zazdrościła Pani innym aktorkom?

Pewnie, ale nie będę mówiła komu i czego, bo będzie nieśmiesznie (śmiech). Jest to nieprzyjemne, niebudujące, choć bierne uczucie. Wyższym stopniem jest zawiść, złorzeczenie, pogarda, mściwość. Nie mniej, jedno i drugie jest wyniszczające. Na zawiść absolutnie sobie nie pozwalam, a zazdrość czasem mnie lekko nieprzyjemnie ukłuje.

Przed Ostatnią Rodziną propozycji filmowych dla Pani nie było?

Polskie kino nie ma interesujących ważnych ról dla kobiet, szczególnie dojrzałych. Wie Pani, ja nie miałam agentki, bardzo dużo i ciężko pracowałam w teatrze, sama wychowywałam dziecko, nie chodziłam na castingi. Uznana byłam za dobrą, a nawet bardzo dobrą aktorkę, dobrzy reżyserzy powierzali mi ważne zadania więc satysfakcji i spełnienia doświadczałam co wieczór z widownią. Praca w teatrze obdarowała mnie również inteligencją rozbioru zadania aktorskiego. Chodzi nie tylko o to, jak coś zagrać, ale jak to przeprowadzić, aby miało takie, a nie inne znaczenie w takiej a nie innej konstelacji ludzkiej, w takim a nie innym temacie, w takiej a nie innej opowieści w roku 2018, na przykład.

Przez te lata brakowało Pani filmu?

Nie no, bez przesady. Raz przeczytałam wypowiedź dojrzałej wybitnej aktorki, która czuła żal, że tak późno spotkał ją sukces. I pomyślałam sobie, ależ ona ma przesrane życie! Co za rodzaj frustracji! Od razu zaczęłam jej współczuć. Ja nie myślę w takich kategoriach. Przecież to wszystko mogło mnie się w ogóle nie zdarzyć. Gdzie jest powiedziane, jaka jest gwarancja, że to mnie się należało? Czemu ten telefon nie dzwoni? Czemu mnie nie zapraszają? Czemu mnie nie doceniają? Ja takich problemów nigdy nie miałam. Czułam się ważna na innej ścieżce, ale jako aktorka przecież.

Potrzeba udowadniania innym własnej wartości jest poza Panią?

Kiedyś dotyczyło mnie to o wiele mocniej. Dopóki sobie tego nie uświadomiłam, działo się to automatycznie. Miałam tendencję, temperament, wdzięk, poczucie humoru i zawsze dążyłam do zdominowania towarzystwa. Kiedy mi się nie udawało, to się na to towarzystwo obrażałam. Ale prawie zawsze mnie się udawało (śmiech). Teraz ciężko jest mi udowodnić z racji naszego spotkania, gdzie znów „światła” skierowane są na mnie, że nie mam w sobie przymusu dominowania i błyszczenia za wszelką cenę. A związane jest to z tym, o co Pani pyta- udawadnianiem swojej wartości, zwracaniem na siebie uwagi i podkreślaniem faktu, że ja TU jestem.

Gdzie tkwi źródło problemu, jakim jest brak dobrych ról dla kobiet?

Myślę, że chodzi o patriarchat obecny w świecie, w którym żyjemy. A także w głowach kobiet. A przecież większość wyjść do kina inicjują kobiety, jesteśmy konsumentkami, płacimy za to. Czy to oznacza, że kobiety nie chcą oglądać siebie na ekranie? Nie wierzę. Sama mam potrzebę obejrzenia opowieści o kobiecie, z którą mogłabym się utożsamić. Nie sądzę, że inne kobiety tego nie chcą. Tu chyba chodzi o to, że nie ma tematu, bo go nie ma. Jest niewidzialny. Od wieków. W głowach kobiet tkwi pewna bierność, strach przed działaniem. Ale mam nadzieję, że to się będzie zmieniać. Sama planuję zacząć gromadzić scenariusze z pierwszoplanowymi rolami dla kobiet. Kolejny plan b, ale nie związany z lądowaniem, a z napełnianiem swego serca i z robieniem czegoś dobrego. Czegoś, w co wierzę, że ma sens.

Dużo czasu potrzeba na zmianę?

Pięćdziesiąt lat? Sto lat?

To dużo czy mało?

W sam raz. Hollywood, czyli największy przemysł filmowy zaczyna się mocno burzyć. Kobiety zaczynają ostro i bezkompromisowo nazywać rzeczy po imieniu. Muszą nastąpić tego konsekwencje. Mówienie o molestowaniu seksualnym, o nierównych zarobkach za tę samą pracę, o wykorzystywaniu kobiet, zmusza do podjęcia działań. To konieczne. Tak jak kiedyś kobiety musiały wyjść na ulice i walczyć o swoje prawa, tak samo musi stać się i teraz. To muszą robić kobiety. Nie tylko gadać. Samo się nic nie stanie. Myślę też o tym, że kiedy faceci, czyli producenci filmowi, reżyserzy zaczynają budować swoje fortuny, a potem w okolicy czterdziestki umacniają je robiąc kolejne filmy, kobiety mają dopiero odchowane dzieci. A to przecież zajmuje tyle czasu i energii, że mogłybyśmy pewnie nie jeden film wyprodukować! To problem rozmijania się funkcji życiowych kobiet i mężczyzn. My jesteśmy rozrodczo, biologicznie i emocjonalnie skoncentrowane na rodzinie. Wystarczy spojrzeć, jak się bawi mały chłopiec, a jak dziewczynka. Chłopiec jeździ, buduje i strzela, a dziewczynka laleczki tuli i ubiera.

#metoo to ważna Pani zdaniem akcja?

Uważam, że jest ona bardzo potrzebna. Przecież zdarzenia, o których te aktorki mówią faktycznie miały miejsce. Nikt by się publicznie nie wygłupiał, przecież w grę wchodzą emocje, wartości, przebijanie granicy wstydu i duże stawki, duże pieniądze, duże role, przyszłe lata w dobrej bądź w złej kondycji. Czytałam, że najwyższą pozycję na społecznej grzędzie zajmuje biały heteroseksualny, wysoko wykształcony, najchętniej nie singiel mężczyzna. Trzeba być poniżej tej grzędy, trzeba być na dole, trzeba być Rumunem, kobietą, gejem, Żydem, żeby ten ucisk poczuć. Na górze nie czuje się presji, którą samemu się stwarza. Jawną dyskryminacją jest, kiedy na osiem ról męskich przypada jedna kobieca. Przecież to oznacza osiem razy mniej pracy i to pracy gorzej opłacanej! Ale patrząc w oczy inteligentnych mężczyzn, często moich kolegów, widzę, że oni mają z tym percepcyjny problem. Oni zupełnie nie wiedzą o co chodzi! Są na szczycie grzędy.

Haneke mówił o #metoo jako purytanizmie zasilanym nienawiścią wobec mężczyzn, krucjacie i histerii potępień…

Każda reakcja po krzywdzie odbywa się ze zdwojoną siłą poniesionego upokorzenia i tych wszystkich podłych uczuć. To wszystko musi wypaść i uderzyć  w drugą burtę. Catherine Deneuve zwraca uwagę, że za chwilę mężczyźni przestaną flirtować z kobietami i życie straci urok. Zaburzone zostaną relacje między kobietami i mężczyznami? Nie sądzę. Co to ma do rzeczy? Potrzeba czasu, aby dojść do pewnego środka. O czym bredzą ci Francuzi? Jeśli suwerenna, świadoma swej wartości kobieta spotyka się z mężczyzną na tym samym poziomie, wszystko działa między nimi normalnie, samoistnie. Dopiero, gdy zaplątuje się w to władza, sytuacja nagle traci charakter flirtu. I to nie jest moment, w którym doceniamy urodę życia i możemy tęsknić za Toskanią. To jest moment przymusu i gwałtu.

Słyszę po głosie, że temat Panią bulwersuje.

Sama na szczęście nie byłam ofiarą i nie miałam takich doświadczeń, być może dlatego, że nigdy nie byłam amantką, a raczej aktorką o dość mocnej osobowości, ale bardzo współczuję kobietom, które podjęły tak krzywdzące dla nich samych kompromisy.

Praca z mężczyznami nigdy nie była dyskomfortem?

To nieprawda. Niejednokrotnie w pracy z mężczyznami czułam się źle. Rene Pollesch, lewicujący reżyser niemiecki, u którego grałam w dwóch przedstawieniach mówił, że jeśli wchodzi na scenę mężczyzna to wchodzi człowiek, a kiedy wchodzi na scenę kobieta, to wchodzi ciało. Kiedy oglądamy Hamleta, to oglądamy temat uniwersalny, czyli ludzki, ale kiedy oglądamy Medeę to temat już uniwersalny nie jest. Nie wiedzieć czemu. Często czułam się jak obiekt seksualny. Czułam się używana. Najlepiej pracowało mi się z homoseksualistami.

Kobiety wciąż muszą o siebie walczyć.

Wie Pani, ja się wstydzę być kobietą w tym kraju. W ogóle wstydzę się tego kraju. Bardzo dużo podróżowałam po świecie i kiedy już czułam się coraz mniej obywatelem zaścianka Europy, tak teraz na powrót się nim czuję. Nie bardzo wiem, co odpowiedzieć, kiedy Niemcy czy Szwajcarzy pytają co i dlaczego się tu u nas dzieje. To zbyt skomplikowane. Na łamanie praw człowieka i kobiet w tym kraju nie mam słów. Odczuwam w sobie dwie możliwości – emigracji fizycznej, której już się pewnie nie dopuszczę i emigracji wewnętrznej. I jedna i druga są zabójstwem. Nie wiem, co robić. Czas prokreacji mam za sobą, ale jestem matką dwudziestojednoletniej córki, dlatego te sprawy tak mnie dotykają. Zastanawiam się czasem, jak do tego wszystkiego doszło. Czytałam ostatnio felieton Stasiuka, który słusznie zwrócił uwagę, że my Polacy wolności nie lubimy, nie jesteśmy do tej wolności nawykli, ona istniała w krótkich okresach czasu, a kiedy była nam odbierana to za naszą przecież sprawą. Tak się i teraz dzieje. Wolność jest związana z odpowiedzialnością, której nie znosimy. Wolność jest związana z liczeniem się z innymi, z podporządkowywaniem się pewnym normom. My nie potrafimy się z wolnością obchodzić. Jak dowodzą historie demokratycznych krajów, dostosowanie się do pewnych reguł przynosi długofalowy spokój i rozwój. Dlaczego my tak nie potrafimy? Czy to jakiś nawyk temperamentowy? Ależ skąd! Myślę, że to chucpa i niedojrzałość. W nas przecież na samą myśl o bitwach wyzwala się adrenalina. Z jednej strony pasujemy się na Chrystusa Europy, z drugiej nosimy w sobie totalny kompleks względem niej. Schizofrenia. Tego nie robią nam wojny, rozbiory czy Luftwaffe. Sami to sobie robimy. Ten stan, pokazuje paskudną prawdę o naszym społeczeństwie.

Ktoś mi niedawno powiedział, że artyści nie powinni zabierać głosu w sprawach społeczno-politycznych, bo żyją w oderwaniu od rzeczywistości.

Co za brednie! Mieszkając na Pradze, chodząc tymi ulicami, stojąc w korkach w tym mieście, stojąc w kolejkach, robiąc zakupy w Lidlu, nosząc siaty z wc pikerem i mlekiem, jestem tak sama związana z rzeczywistością jak inni ludzie. Przecież ja nie śpię w tych sukniach, które mi Ossoliński szyje! Takie podejście jest bardzo niebezpieczne. Weźmy przykład grupy Romów, którzy mieszkają w Prudniku nad rzeką. To znaczy, że oni mają się nie wypowiadać w sprawie ratusza, chociaż są obywatelami tego miasta, bo mieszkają nad rzeką? Oczywiście, nie każdy musi chcieć się wypowiadać lub stawać do walki, ale nikomu takiego prawa odebrać nie można. Ja na przykład mam konstrukcję, która nie pozwala mi angażować się w masowe wydarzenia. Nie nadaję się do maszerowania w tłumie ze względu na głęboką klaustrofobię. Natomiast, kiedy rozmawiam publicznie, otwarcie mówię, jakie mam zdanie w sprawach dotyczących kraju, w którym przyszło mi żyć.

Do czego w życiu przywiązuje Pani wagę?

Na pewno nie do kosztowności i drogich rzeczy. Liczy się dla mnie uroda miejsc i ich autentyczność. O Pradze nie można powiedzieć, że jest ładna, ale jest architektonicznie i ludzko prawdziwa. Lubię harmonię.

Jest Pani spełniona?

Co znaczy spełniona?

Czuje się Pani ze sobą w porządku?

Czasem czuję się dobrze, czasem się na siebie złoszczę, czasem wściekam się na innych, czasem podejmuje decyzję o byciu szczęśliwą i regularnie od kilku miesięcy słucham dobrej muzyki. Uwielbiam klasyczną gitarę, Paco de Lucia, Antonio Forcione.

Co Pani czyta?

Króla Twardocha, którego już kiedyś zaczęłam i zarzuciłam. Sięgam też do dziwnej i pięknej książki, którą mi Adaś Woronowicz podarował Święci nieświęci.

Kiedy była Pani ostatnio z siebie dumna?

Codziennie jestem z siebie dumna. Doceniam różne drobiazgi. Dbam o siebie, opiekuje się sobą, dobrze się regeneruję, myślę o sobie, nagradzam siebie i daje sobie to, czego chcę. Może zabrzmi to niepolitycznie w katolickim kraju, ale staram się myśleć o sobie. Przede wszystkim.

Rozmawiała Ola Grądzka

1 2 3 4