Agnieszka Suchora: Już tak mam w głowie poukładane

Lubi Pani komplementy?

Uwielbiam.

Czyli nie reaguje na nie Pani tak po polsku?

A jak to jest po polsku?

Oj przestań, ależ skąd, nie ma mowy…

Nie. Uważam, że komplementy są wspaniałe. I tak samo jak lubię je przyjmować, lubię je dawać. Uważam, że w ogóle za mało miłych rzeczy sobie mówimy. My- ludzie. Może my Polacy? Nie wiem. Jakiś czas temu zaczęłam praktykować takie zachowania, że właśnie te miłe rzeczy ludziom mówię.

Ale gdzie?

Na przykład kiedy jestem w sklepie. Obsługuje mnie kasjerka i ja do niej mówię „jaka pani jest ładna”, albo „jakie ma pani piękne włosy”, albo  „jaki uśmiech ma pani piękny”. Na początku mnie to stresowało, przyznaję. Ale szybko się przełamałam.

A ta kasjerka jak reaguje?

Ona się rozjaśnia. Od razu zmienia się nasza relacja. Trzeba sobie mówić dobre rzeczy. Bo komplement jeśli nie jest pustosłowiem, oznacza docenienie czyjejś pracy. To miłe jeśli aktorom po spektaklu widownia dziękuje za rolę. I chociaż ludzie często się tego wstydzą, trzeba to robić. Ja kiedy przeczytam świetną książkę, zdarza się, że szukam jej autora na Facebooku i wysyłam mu wiadomość. Chcę, żeby wiedział, że zrobił to dobrze. Przecież napisał to dla mnie, jako dla czytelnika. Tak samo ja- jako aktorka, gram dla widza.

Teresę w Cichej Nocy zagrała Pani fenomenalnie.

Dziękuję. Bardzo mi miło.

 Czas po Festiwalu w Gdyni jest czasem lepszym?

Jest inny, zdecydowanie. Do tej pory, w zawodowym życiu, nie zdarzyło mi się uczestniczyć w projekcie, który miałby taką siłę rażenia. Cicha Noc to film, który dostał najważniejszą nagrodę w Gdyni i to film, o którym dużo się mówi, dużo się pisze, ludzie go oglądają i ludziom się on podoba. Miałam to szczęście, że zagrałam tam większą, znaczącą rolę i ta siła rażenia dotyka również mnie. Ostatnio brałam udział w kilku spotkaniach w całej Polsce, gdzie film pokazywany był wśród młodzieży. To były doświadczenia, które mnie się pierwszy raz w życiu zdarzyły. I to jest wspaniałe, bo ja jestem przecież osobą dojrzałą. W styczniu kończę pięćdziesiąt lat i nie spodziewałam się, że coś takiego mnie spotka . A że potrafię się cieszyć z rożnych rzeczy, to z tego również bardzo się cieszę.

Dziś jest Pani aktorką z sukcesem.

Sukcesem jest ten film. Bez wątpienia. A ja jako aktorka nie mam dzikiej potrzeby sukcesu. Nie jestem na to w ogóle napięta. Zdarzały się już w moim życiu sukcesy mniejsze bądź większe, ale ja je wszystkie przyjmuje ze spokojem.

To znaczy?

Nie mam tego rodzaju napięcia, że teraz powinno się bardzo dużo wydarzyć. Jeśli się wydarzy, to się wydarzy. Jeśli nie, to trudno.

Sodówka Pani do głowy nie uderzyła.

Ale też nie było ku temu powodu. Proszę zauważyć, w jakim momencie mojego życia zdarzył się taki film. Jestem już dość silnie ukształtowaną osobą, mam ułożone życie i tego typu sukces nie może wywrócić tego, co mam i tego, co robię do góry nogami. Bardzo lubię mój zawód i uważam, że ludziom potrzebna jest kultura, ale jestem też historykiem i na pewne sprawy patrzę z dalekiej perspektywy. Wiem, że to wszystko przeminie, a najważniejsze jest to, jak się żyje. Wspaniale jeśli uprawiamy zawód, który ma sens i pozwala nam na sukces, ale ten sukces nie jest fundamentem, na którym ja buduję swoje życie.

W Gdyni na konferencji prasowej była Pani mocno przejęta.

A to wynikało z czegoś innego. Wtedy byłam przed pokazem filmu, czekałam na seans. A poza tym ja się z tą ekipą filmową bardzo polubiłam. Podobno rzadko się zdarza, aby ekipa zżyła się do tego stopnia, że regularnie spędza ze sobą czas, rozmawia ze sobą, a u nas tak jest. Mamy nawet swoją grupę na Facebooku. Dwa dni temu odbyła się u mnie w domu Wigilia Cichej Nocy.* Serwowałam barszcz, było cudownie. To  wspaniała życiowa przygoda. To mnie wzrusza. Lubię być z tymi ludźmi. I w Gdyni byłam tym wszystkim mocno przejęta.

I wciąż macie ze sobą o czym rozmawiać?

Zdjęcia skończyliśmy pierwszego kwietnia i od tamtej pory regularnie się spotykamy, jesteśmy w stałym kontakcie, bo bardzo mocno się zaprzyjaźniliśmy. To jest wielkie zwycięstwo tego filmu. To jest dobro, które z niego wyniknęło. Ale to też zasługa reżysera Piotrka Domalewskiego, który nas tak świetnie dobrał. Tak samo Sylwia Rajdaszka, która była cudownym kierownikiem produkcji. A tam, gdzie kręciliśmy nie było łatwo. To były ciężkie warunki, noc, paskudna pogoda, błoto. A myśmy pracowali z radością!

Taki krajobraz i taki dom znała Pani już wcześniej?

To dobre pytanie i świetnie, że Pani o to pyta. Swego czasu miałam dom w malutkiej miejscowości na granicy Warmii i Mazur, zresztą niedaleko miejsca, gdzie kręciliśmy film. I tam naprawdę są takie domy. I tam naprawdę są tacy ludzie. I ja byłam w takich domach. Powiem Pani, że kobiety z tej wsi to prototyp mojej bohaterki. Ja poznałam tych ludzi i ja się z nimi zaprzyjaźniłam. I zaprosiłam tych wszystkich moich dawnych sąsiadów na uroczystą premierę filmu w Olsztynie. Bo rzeczywistość filmowa nie jest rzeczywistością wykreowaną. To jest prawda. Są takie domy i są takie rodziny. A filmowa rodzina nie jest przecież rodziną patologiczną. Oni żyją skromnie i mają swoje problemy, ale to nie jest nic wymyślonego. To nie jest nic zrobionego prawą ręką za lewe ucho. I może dlatego się udało.

Ile razy widziała Pani film?

Pierwszy raz na pokazie premierowym w Gdyni, ale to było bardzo emocjonalne przeżycie. A drugi raz w kinie Kultura, gdzie zorganizowany był pokaz dla korpusu dyplomatycznego i wtedy obejrzałam go na spokojnie.

Co Pani myślała w trakcie seansu?

Generalnie nie lubię patrzeć na siebie na ekranie i nie potrafię sama siebie ocenić. Natomiast bardzo wzruszyli mnie chłopcy, moi filmowi synowie, czyli Dawid Ogrodnik i Tomek  Ziętek. Obawiałam się tylko, że ja jestem jakaś sztuczna…

A właśnie chodzi o to, że prawdziwa, jak gdyby to nie była rola.

Ludzie tak to widzą i ja z tym nie dyskutuję. Widocznie wyszło dobrze.

To prawda, że Arkadiusz Jakubik był dla Pani na planie niemiły?

Nie to, że był niemiły. Arek po prostu był bardzo osobny. Ja osobiście jestem przyzwyczajona do koleżeństwa na planie, a Arka sposób pracy jest inny. Z tym, że okazał się bardzo korzystny i dla tego filmu błogosławiony. Gramy małżeństwo, które ma problem. Problem z relacjami, problem z tym, że on pił, a teraz nie pije i pojawia się napięcie, czy on się napije czy się nie napije i czy ta relacja się ułoży czy nie. Arek to, co w postaci, przeniósł na plan. Dystansował się ode mnie, czym  stwarzał dość trudną relację. Mając dużo większe doświadczenie filmowe, pomógł w ten sposób również i mnie. Jestem mu za to wdzięczna.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Absolutnie. Nie ma tego złego…

*rozmawiałyśmy 22 grudnia

Lubi Pani tę Cichą Noc?

Bardzo. Ona mnie się naprawdę podoba.

To dobra historia na Święta?

To nie jest film o Świętach. To historia pewnego chłopaka, która dzieje się akurat w tym bożonarodzeniowym czasie. To jest jedyny taki moment w roku i Piotrek wkładając tę historię właśnie w dzień Wigilii, widział w tym sens.  Bo przecież w naszym kraju to dzień szczególny. Jest on próbą ułożenia relacji, próbą pogodzenia wszystkiego, załatania różnych dziur, ugładzenia problemów, próbą ich rozwiązania. To jest esencjonalny czas. Ale to nie jest film bożonarodzeniowy. Nie w tym rzecz. To można oglądać o każdej innej porze roku. Ale ten wigilijny czas posłużył w filmie za lustro, w którym my Polacy, możemy się przejrzeć. W wielu krajach przecież nie obchodzi się Wigilii, prawda?

Prawda.

A u nas to czas szczególny. Chcemy wtedy wszystko ułożyć, a nie zawsze się udaje. Są przecież trudne Wigilie.

Myśli Pani, że taka prawda o nas samych, czasem za mocno w oczy kole?

Może tak być. Generalnie nie chcemy widzieć tego, co brzydkie i słabe. Ale to jest i tego się nie da zepchnąć na bok. To istnieje. Ja w ogóle wychodzę z założenia, że historia filmowa nie może zmienić świata. Ona może dać nam, ludziom, temat do myślenia, może ukierunkować nasze myślenie, ale specjalnie zmienić nie może. Cicha Noc to historia pewnej rodziny, ale ona wcale nie musi być wskazówką jak mamy żyć. Nie musi być głęboko umoralniająca.

Pani odnalazła w tym filmie swoją prawdę?

Trudno mi się do tego odnieść, bo ja tam zagrałam. A prywatnie mam zupełnie inną rodzinę i żyję w  zupełnie innym świecie. Historia z ekranu nie jest w żaden sposób moją historią. Nie znam problemów emigracji zarobkowej, ani problemu alkoholizmu, nie znam też wielodzietności, bo nas jest mało. Wszystko w mojej roli i w tej rodzinie jest dla mnie obce. Ja to zagrałam.

Teresa też jest obca?

Jest bliska, ale tylko jako postać. Tak naprawdę, jedyne co mnie z nią łączy to krzątanina domowa. Mimo, że mam małą rodzinę, to nieustannie uprawiam krzątaninę domową.

Co w takim razie pomogło tę Teresę zagrać?

Ani doświadczenia, ani obserwacje. Pomogli mi ludzie, którzy byli obok. Przede wszystkim reżyser, który dawał świetne uwagi oraz moi koledzy aktorzy, którzy są wybitni w tym, co robią. Ja w ogóle do tego zawodu podchodzę z głową. To znaczy czytam, co mam zagrać i słucham, co mam zagrać.

Na planie czuła Pani, że Piotr debiutuje w roli reżysera?

Nie miało to dla mnie znaczenia. On był tak profesjonalnie przygotowany do tego filmu i tak dokładnie wiedział czego chce, tak miał to wszystko ułożone, że w ogóle o tym nie myślałam.

Ale czuła Pani, że dotykacie drażliwych, ważnych tematów?

Szczerze?

No tak.

Ja tego w ogóle nie wyłapałam. Nie znalazłam tego. Dopiero kiedy film się objawił, to się zorientowałam jak bardzo intensywna jest ta historia o emigracji zarobkowej. Ja bardziej dostrzegałam relacje rodzinne, a dopiero później zdałam sobie sprawę z wagi tego, co zrobiliśmy.

Nie spodziewała się Pani Złotych Lwów.

Zupełnie nie.

To znaczy, że nie wierzyła Pani w ten film?

To nie tak. Wiedziałam, że to jest dobre, ale do głowy mi nie przyszło, że film dostane Złote Lwy. To trzeba oddzielić. Kiedy się nad czymś pracuje, już na etapie tworzenia wie się, czy to ma sens. Ale nie myśli się w kategoriach ewentualnych nagród. Po premierze w Gdyni, kiedy ludzie bardzo dobrze mówili, pomyślałam, że być może film zostanie doceniony. Ale, że to będzie taka lawina nagród, to się nie spodziewałam! Z tym, że nie wynikało to z braku wiary w projekt, ale z jakiejś skromności. Przecież w Gdyni było bardzo dużo dobrych filmów i wielu fajnych twórców. Mieliśmy szczęście, że to właśnie my.

Oglądała Pani inne filmy?

Niestety nie. Byłam krótko i nie zdążyłam. Teraz czekam na Atak paniki. Jeszcze Najlepszego i Wieżę chcę zobaczyć.

Trochę zaległości Pani ma.

Nie uważa Pani, że to niezwykle krzepiące, że mamy teraz takie dobre, młode kino?

Właśnie uważam, że dużo dobrego się dzieje. Cieszę się, że są ci wszyscy zdolni ludzie, że mają swoje pomysły, ambicje, upór.

I że robią to kino po swojemu. Też się z tego bardzo cieszę.

Dla Pani to szanse na kolejne role.

Reżyser Domalewski jest młodą i obiecująca osobą, więc kto wie, różne rzeczy mogą się zdarzyć (śmiech). Ja patrzę na to ze spokojem. Jeśli się coś zdarzy- będzie super. Ale jak się nie zdarzy, to też będzie normalne. Bo czasami bywa i tak. A brak napiny, uważam za moje wielkie szczęście. Ja sobie po prostu dobrze żyję. I jak coś się zdarzy to zagram, jak się nie zdarzy- nie zagram, ale wciąż będę dobrze żyła. Najgorsze w tym zawodzie są dzikie oczekiwania na coś, co się może zdarzyć i frustracja, że się nie zdarza. Niestety, ale podstawową cechą aktorstwa jest niesprawiedliwość. Taki już ten zawód jest. A jeśli się w tym zawodzie sprawiedliwości szuka, to niestety, ale się frustruje. Ja swoje życie buduje na innych fundamentach, a jak będzie film- to super.

Pani jest łatwiej, bo Pani ma za co żyć nie grając w filmach.

No tak, ale ja też miałam kilka takich sytuacji w życiu, kiedy potrzebowałam pieniędzy by żyć i wtedy po prostu zaczęłam uprawiać inny zawód.

Zaradna Pani jest.

Trzeba być dzielnym. Życie składa się z różnych zdarzeń i ja nie miałabym problemu, żeby na życie zarabiać chociażby sprzątaniem. To żaden problem. Istnieje tylko jeden zawód, którego nie mogłabym uprawiać.

?

Reżyseria.

Dlaczego?

Ponieważ jestem absolutnie nietolerancyjna na brak talentu. A reżyser trafia na aktorów, z których część jest nieutalentowana i mnie by było szkoda czasu, aby się z nimi męczyć. Od tego wolę tak zwaną martwą tkankę. Sprzątanie, projektowanie wnętrz, pralnia, ogrodnictwo. Jako reżyser siedziałabym już w więzieniu (śmiech). Tak samo nie mogłabym być nauczycielem.

Czyli są dwa takie zawody. Nie zna Pani cierpliwości?

Jestem totalnie niecierpliwa. Na wszystko. Natomiast jeśli chodzi o zawód mam kompletny luz. Plotę sobie to życie na moje własne sposoby.

Skąd u Pani ten zawodowy brak ciśnienia?

Pewnie stąd, że mam dobre życie. Ja tego życia nie muszę sobie kompensować zawodem.

Ale może coś Pani traci?

Ja nic nie tracę, bo wiem, co w życiu ważne. Bardzo często zdarzało mi się odmawiać. Nie poszłam na casting, bo w domu było coś ważniejszego. Już tak mam w głowie poukładane. I staram się pilnować, by robić rzeczy ważne, aby później nie żałować, że właśnie ich nie zrobiłam. A co ja mogę stracić? Rolę?

Skąd w Pani ta mądrość?

To wynika ze mnie samej. Ja jestem w tym życiu, swoim własnym motorem napędowym. Jeśli czegoś chcę- robię to. Czynię różne plany, bo lubię je mieć i dążę do ich realizacji. Nie lubię być, od czegokolwiek i od czyichkolwiek decyzji, zależna. Dlatego też z tym zawodem mam swego rodzaju rozbrat.  A tak generalnie to uprawiam dom, uprawiam rodzinę, uprawiam relacje miłosne i przyjaźń, uprawiam pasje, przygarniam psy, z którymi chodzę na spacer i nie czekam na propozycje od innych. A że aktorstwo polega na czekaniu na te propozycje, to ja się skupiam na wszystkim innym dookoła.

To charakter…

Charakter. Ja lubię mieć wszystko pod kontrolą, a przede wszystkim swoje życie. Nie umiem czekać, aż coś się zdarzy.

… czy wychowanie?

Rodzice dali mi wsparcie na życie i to procentuje, na pewno. Ja nie mam żadnego deficytu. Relacje w domu były fajne, mądre, rodzice dbali o to, żebym była wrażliwa, empatyczna, żebym czytała książki, żebym była pomocna. Mocno interesuje mnie to, co dookoła. Czy ktoś zaśmieca teren wokół, czy ktoś zbiera psie kupy czy ich nie zbiera, czy ktoś czegoś potrzebuje. Tacy byli rodzice, taka jestem i ja, więc to pewnie kwestia wychowania. Nie zamykam się w swoim świecie i to nie jest tak, że gówno mnie obchodzi, co się dzieje. Interesuje mnie ten kraj, interesują mnie ludzie.

Lubi Pani rozmawiać z ludźmi?

Bardzo.

A wywiady Pani lubi?

Nie wiem (śmiech).

I co ja mam teraz zrobić?

Ale ten wywiad jest bardzo przyjemny.

Mnie też się z Panią dobrze rozmawia.

Na początku rozmowy wspomniała Pani, że ma malutkie dziecko i ja poczułam do Pani taką czułość, bo ja też mam dziecko.

Córkę?

Tak. Na randkę właśnie wyszła.

Ma Pani w życiu autorytety?

Oj tak. Karol Modzelewski- wybitny historyk, u którego studiowałam mediewistykę, Leszek Kołakowski- filozof, mój mąż Krzysztof Kowalewski z jego bardzo mądrym podejściem do zawodu, ksiądz Tischner jeśli chodzi o etykę, Małgorzata Chmielewska, która jest wzorcem tego, jak pomagać innym.

Pani jest historykiem?

Kiedy skończyłam Szkołę Teatralną w Warszawie, zrobiłam magisterium, dostałam się do Teatru Współczesnego, czułam się mocno niedokształcona. A ponieważ pasjonowałam się średniowieczem to pięć lat po zrobieniu dyplomu w PWST, będąc aktorką, zdałam na Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne. To były studia dzienne. Tam wybrałam mediewistykę, zrobiłam minimum historyczne na historii i w pewnym sensie jestem historykiem.

A aktorką dlaczego chciała Pani zostać?

Właściwie, to nie wiem. Wychowałam się w aktorskim domu, ojciec był aktorem, mama była suflerką, dużo czasu spędzałam w teatrze. To wszystko było mi bliskie od dzieciństwa, a poza tym nigdy nie miałam problemów z tym, żeby występować. Podobało mi się to.

Rodzice naciskali?

Wręcz przeciwnie. Ojciec chciał, żebym była lekarzem, bo to sensowny zawód.

Bardzo sensowny.

A ja byłam uparta. Aktorstwo i tylko aktorstwo. Później to zrewidowałam. Dziś mam pracownię i jestem też zawodowym projektantem wnętrz.

Pani ma w sobie tyle młodzieńczego zapału.

Życie jest krótkie. Mało czasu mamy. Trzeba robić różne rzeczy, dobre, mądre, czasami niemądre, ale trzeba. Nie znoszę pustki. A aktorstwo ma to do siebie, że jeśli nic się nie zdarza, to jest pustka. Miałabym nic nie robić, bo ktoś nie zaproponował mi roli? Ja nie lubię nic nie robić. Muszę działać. Od dawna kręciło mnie aranżowanie wnętrz, długi czas robiłam to amatorsko, a dziś robię zawodowo. I nawet się to udaje.

I od poniedziałku do piątku chodzi Pani do pracowni?

Nie lubię takiego rygoru. Ale piękna pracownia przy Placu Konstytucji funkcjonuje, jest nas trzy projektantki, mamy zlecenia i działamy.

Bardzo to fajne jest.

O tak!

Jest Pani wybuchowa?

Zdarza się. Czasami jestem wręcz furiatką.

I głośno Pani krzyczy?

Ale tylko w samochodzie, kiedy jestem sama. W ogóle uważam, że to zdrowe.

Że Pani krzyczy czy że sama?

Żeby się wykrzyczeć. Czasami jak się ma dość, albo kiedy jest ciężko, trzeba dać upust emocjom. Ja jestem ekstrawertykiem. Chociaż ostatnio na stres bardzo pomagają mi spacery z psami. Idę sobie daleko, nie biorę telefonu, psy biegają, ja śpiewam i wtedy jest okey.

Co w życiu jest ważne?

Powiem Pani co jest najważniejsze. Relacje z innymi. Warto się otworzyć i wyczuć, kiedy ludzie tych relacji potrzebują, kiedy trzeba do nich zadzwonić czy pojechać, porozmawiać albo im pomóc.

W Pani jest tyle ciepła.

Ja generalnie jestem zadaniowa. Jeśli zadzwoniłaby Pani do mnie, poza naszą relacją wywiadową, i powiedziała, że szuka dobrego pediatry, to ja wtedy uruchomię wszystkie swoje znajomości i znajdę dobrego pediatrę.

Ale ja nie mogę dzwonić do Pani poza wywiadem.

To ja Pani mówię, że może Pani do mnie dzwonić.

Z każdym nawiązuje Pani taką relację?

Jeśli ktoś jest niefajny i nudny to nie nawiązuję. Ale jeśli ktoś jest fajny i nienudny to nawiązuję.

A jak to Pani rozpoznaje?

Intuicją. Ja lubię żyć z ludźmi, pomagać im, mówić dobre rzeczy. Widzi Pani… wracamy do tego,  o czym mówiłyśmy na początku.

Robi Pani postanowienia noworoczne?

Robię postanowienia całoroczne. Postanowienia noworoczne powstają pod wpływem emocji i często są nie do spełnienia. Ja staram się konkretnie żyć. Natomiast robię porządki noworoczne. Pod tym względem jestem niemiecką Frau i uwielbiam mieć wszystko wysprzątane. Sprzątam kąty kątów. Nie uważa Pani, że jak jest tak wysprzątane to się lepiej żyje? W feng shui, które generalnie mnie nie obchodzi, jest jedna głęboka prawda, że złogi za firanką to zło. Jak się wysprząta, to się w lepszej formie kładzie spać.

A rano jak się wtedy dobrze wstaje.

Co nie?! Dzisiaj zrobiłam złogi w kotłowni, w szufladach łazienkowych i  w garderobie. Zaraz jeszcze piernik angielski upiekę, psy śpią. Wie Pani, że ja jestem przygarniaczką psów ze schroniska?

Ile ma Pani tych psów ?

Teraz są dwa. Ogólnie jestem tolerancyjna na ludzi i ich sposoby życia, ale w jednym punkcie moja tolerancja mówi pas. To jest kupowanie psów różnych ras z pseudo hodowli. Jeżeli ktoś chce psa, to powinien go uratować ze schroniska, a nie kupować.

Kocha Pani zwierzęta?

Odkąd mam psy i koty, to zauważam w sobie większą wrażliwość na przyrodę. Bardziej ją dostrzegam, przejmuje się nią, nie jem mięsa, natomiast nie jestem w tym radykalna. Uważam, że metoda małych kroków jest dobrą metodą.

Marzy Pani?

Namiętnie.

Ale nie  o pracy.

No skąd! Marzę, że wygrałam w totolotka milion, albo osiem milionów. Marzę o tym, co będę robiła na starość i widzę siebie w Nicei na leżaku z lampką prosecco i papieroskiem.

Często Pani gra w tego totolotka?

Ostatnio rzadziej. Nie chciałabym też za dużo wygrać, ale mam bardzo konkretne plany charytatywne związane z wygraną. Stworzyłabym wtedy dom dla starych psów, gdzie byłby też szpitalik. Lubię takie marzenia. Ale nigdy w życiu nie przeszło mi przez myśl, że wyprodukowałabym sztukę lub film ze swoim udziałem!

Nie ma w Pani próżności.

Chyba nie.

Życzę Pani tego miliona albo ośmiu… A z tą starością, to niech się Pani nie spieszy. Jest jeszcze tyle rzeczy  do zrobienia!

A ja Pani życzę żeby synek zdrowo rósł, żeby miała Pani  szczęśliwą rodzinę i spełniała swoje zawodowe ambicje.

A przepis na piernik mi Pani poda…?

Rozmawiała Ola Grądzka
Zdjęcie polsat.pl

1 2 3