Agata Steczkowska: Ja nie mam w sobie żadnego wewnętrznego konfliktu

Dzień dobry. Dzwonię. Tak jak się umawiałyśmy. Może Pani rozmawiać?

Tak, tak. Dzień dobry. Ja już na Panią czekam.

Dobrze mnie słychać?

Wszystko jest okej.

Czyli możemy zaczynać. Sporo zostało powiedziane po publikacji książki „Steczkowscy. Miłość wbrew regule”. Pani siostra Justyna skomentowała to w ten sposób, że nikt nie powinien opowiadać historii rodziców, bo to ich własna historia. Nie żałuje Pani swojej decyzji?

Jestem osobą, która w ogóle niczego nie żałuje. Uważam, że życie jest wspaniałym polem doświadczeń, lekcji i wyborów. To, co powiedziała moja siostra, moim zdaniem nie jest zbyt mądre, dlatego, że biografie powstają bez względu na bohaterów. To, że ktoś przeżył swoje życie nie znaczy, że umie je opisać, na przykład. Jest mnóstwo biografii pisanych przez zupełnie obcych ludzi, a ja tutaj jestem naocznym świadkiem więc tym większe ma to walory. Nie sądzę, by moi rodzice kiedykolwiek mieli zamiar napisać swoją biografię. Zresztą tato prosił mnie, abym opisała dzieje całej rodziny, po tym jak przeczytał moją pracę magisterską pt. „Muzykowanie w mojej rodzinie.” Powiedział wtedy: „Agatka, a może Ty byś kiedyś napisała książkę o całym naszym rodzie. Dobrze piszesz i nigdy nie kłamiesz. Chciałbym kiedyś taką książkę przeczytać.” Moja książka mówi nie tylko o historii miłości moich rodziców. Wspominam w niej też naszych przodków i opisuję rodzeństwo. To jest biografia rodzinna. Tą książką uwalniam od „tajemnicy Poliszynela” właściwie cztery pokolenia. Teraz można już rozmawiać o tym, że tato był księdzem, bez plotek. Można już rozmawiać o tym jawnie. Mam odzew od kuzynów, ciotek, wujków, stryjenek, chórzystów, przyjaciół rodziny, że cieszą się, że w końcu mogą o tym spokojnie mówić. Że nie muszą się tego obawiać, nie muszą traktować jako tabu. Książka jest ciekawa również dla osób niezwiązanych z rodziną i chórami. Piszą do mnie ludzie zupełnie mi nieznani, że ta książka pozwoliła im na nowo uwierzyć, że prawdziwa miłość istnieje. Przecież scenariusz tej książki napisało samo życie. To nie jest powieść romantyczna.

Książka została napisana teraz, ale kiedyś o wielu sprawach ludzie myśleli inaczej.

Czasy się zmieniają, dziś jest inna świadomość społeczna. W tamtych czasach być na przykład panną z dzieckiem, a teraz być panną z dzieckiem to zupełnie coś innego. Każdy może oceniać treść tej książki tak, jak sam uważa. Moja siostra jest ode mnie wiele młodsza i ma prawo odnosić się do tej biografii inaczej niż ja. Niewiele pamięta z czasów młodości rodziców, bo była bardzo mała. Ja inaczej podchodzę do tych spraw, ponieważ mam obraz całości i znam cale archiwa rodziny, a moje rodzeństwo nie.

Czasami mówi Pani, że jest trzecim rodzicem, a nie jedną z sióstr czy braci.

Jestem jedną z nich, ale jednocześnie jestem jak trzeci rodzic. Inny był mój zakres obowiązków w porównaniu z rodzeństwem. Przez to są też inne więzi miedzy nami. Rodzeństwo traktuję bardziej jak własne dzieci niż jak siostry i braci: martwię się ich porażkami, cieszę się z sukcesów, prawie jak matka. Bo ja taką drugą matką dla nich byłam. Mama to potwierdziła, kiedy tatuś zmarł, na stypie. Powiedziała, że beze mnie, z tyloma dziećmi ona by sobie sama nie poradziła.

Pani czuła na sobie powinność, że ta książka musi powstać?

To nie była kwestia powinności. Nie mam konfliktu wewnętrznego pomiędzy samą sobą, a tym, że napisałam tę książkę. Chciałam napisać taką książkę. Przez trzydzieści lat zbierałam materiały, wszyscy w rodzinie bliższej i dalszej wiedzieli, że się do takiej książki przygotowuję, że rozmyślam, wspominam, notuję, zbieram materiały, spotykam się z ludźmi, rozmawiam z nim, nagrywam rozmowy, robię filmy, przeprowadzam wywiady. Wydałam tę książkę, aby oddać hołd moim rodzicom. Podziwiam ich. Zawsze postępowali wedle własnego sumienia. Szli zgodnie z własną wewnętrzną energią, postępowali tak, jak uważali za słuszne, świadomie dokonywali wyborów i samotnie ponosili konsekwencje tych wyborów. Dali życie dziewięciorgu dzieciom. Wykarmili nas, wychowali i to bez pomocy państwa czy kościoła, zresztą jeszcze im w tym przeszkadzano. Uważałam, że jest to ciekawe. Historia miłości moich rodziców to historia ponadczasowa. Tacy ludzie obojętnie w jakich czasach by się urodzili, żyliby według własnych wartości, wedle własnego sumienia i byliby dla wielu ludzi światłem. Światłem, wskazującym jak można postępować w bardzo ciężkich warunkach będąc zgodnym z samym sobą.

Rodzice byli autorytetem?

Dla każdego dziecka rodzice są autorytetem. Podobnie jak pani przedszkolanka, albo pani nauczycielka, ale z dzieciństwa się wyrasta. Jako dojrzała osoba nie uznaje autorytetów, chociaż są ludzie, których bardzo podziwiam. Moi rodzice należą do takich ludzi. Jestem dumna, że oboje zawsze byli tak bardzo wysoce etyczni i moralni. Dzięki temu bycie ich dzieckiem, obserwowanie ich, naśladowanie, patrzenie na to, jak szczerze się kochają dało mi dwie mocne nogi moralne, na których całe życie chodzę. Nauczyli mnie patrzeć na wszystkie istoty żywe poprzez pryzmat miłości. Dzieci są przecież lustrem rodziny.

Chyba trudno to oszukać.

Rodzice dali mi bardzo ważne lekcje życia, na przykład: jak zachować spokój w sytuacjach bardzo stresujących i problemowych, jak się nie załamywać, kiedy przyjdzie porażka tylko starać się wyjść z niej z honorem. Moi rodzice tak postępowali, ja to widziałam, uznałam za słuszne i postępuję tak samo. Moja rodzina nie ma trupów w szafie, bo gdyby je miała to SB-cy odkryliby to i szantażowali ojca. Byli przecież tacy, którzy polegli i współpracowali z SB. Może nie dlatego, że chcieli to robić, ale dlatego, że mieli coś, czym SB-cy mogli ich szantażować.

A Pani światopogląd?

Mam zupełni inny światopogląd niż moi rodzice.

Na przykład?

Chociażby wielodzietność. Uważam, że trzeba mieć zaplecze, aby sobie pozwolić na wiele dzieci. Jeżeli ktoś ma potomstwo, to powinno być go stać i finansowo i energetycznie na to, żeby każde z tych dzieci miało absolutnie możliwość pełnego rozwoju. A do tego potrzebne są uważność, pieniądze, zorganizowanie, logistyka, żeby każde dziecko było traktowane na poziomie swoich zdolności i możliwości, żeby im tego nie ucinać. W rodzinach wielodzietnych jest to w ogóle niemożliwe. Ja pochodzę właśnie z takiej rodziny, ale sama mam jedynaczkę więc wiem jaka jest różnica. Rodzice uważali, że Pan Bóg dał dzieci to i da na dzieci. Radzili sobie z tym wspaniale, wręcz bohatersko. Ale moja mama pomimo tego, że pracowała całe życie zawodowo (uczyła w szkole przecież) to nie realizowała swoich wszystkich ambicji. Mama pięknie malowała, grała na fortepianie, uwielbiała teatr, chciała też projektować ogrody, aranżować miejskie przestrzenie publiczne, ale nigdy nie zrealizowała swoich planów ani marzeń artystycznych, bo będąc matką tak wielu dzieci na nic nie miała czasu, nie miała w ogóle dla siebie czasu. Oczywiście chciałabym zaznaczyć, że to był jej osobisty wybór. Natomiast ja dokonywałam innych wyborów i moje życie o tym świadczy. Chciałam zostać matką więc zostałam, a urodziłam dziecko w takim momencie życia, że mogłam jednocześnie realizować się zawodowo. Nie musiałam rezygnować ze swojej kariery, żeby wychowywać dziecko.

Udało się połączyć i jedno i drugie?

Ja połączyłam. Mąż nie pomagał mi wcale (mieszkał za granicą). W praktyce wyglądało to tak, że moja córka było ze mną wszędzie. Poszła do przedszkola dopiero kiedy miała 4 i pół roku i to tylko na trzy godziny, po to, żeby być wśród równolatków i wybrałam przedszkole najbliżej mojej pracy. Nigdy nie chciałam podrzucać mojego dziecka opiekunkom, żłobkom, przedszkolom czy szkołom. Nigdy też nie chciałam mieć więcej niż jednego dziecka. Tak jak Róża nigdy nie chciała mieć rodzeństwa.

Ale za to Pani ma dużo rodzeństwa. Tak liczna rodzina to siła czy czasami balast?

Jedno i drugie. Nie można powiedzieć, że coś jest białe, albo czarne. Mówi się, że w kupie siła. Nasz tatuś tak pięknie nam to kiedyś pokazał, jak byliśmy małymi dziećmi. Wziął gałązkę, przepołowił ją na kolanie i powiedział, że jest słaba, ale kiedy wziął dziesięć gałązek nie złamał ich, bo to już jest siła. I jeżeli człowiek ma tego świadomość, to takie rodziny są siłą. W branży mówi się o nas, że Steczkowscy to jest mafia. Że Steczkowskich jest tylu i że ich się można tylko bać. Każdy zagra, zaśpiewa, tak że ci szczęka opadnie i w ogóle nie ma co z nimi zadzierać. My mamy dosyć ścisłe więzi do dziś, chociaż już dawno wylecieliśmy z gniazda i założyliśmy swoje rodziny. Oczywiście, żyliśmy o wiele bliżej ze sobą, kiedy byliśmy w jednym domu z rodzicami, jako dzieci. To jest i siła i nie siła. Z jednej strony jest to ubogacenie duchowe, społeczne, które się opłaca. Od małego uczysz się, że każdy jest inny, ma inny charakter, uczysz się taką osobę kochać, uczysz się rozwiązywać konflikty i wybaczać. Przecież musisz się dogadać z własnym bratem, siostrą, matką i ojcem, bo nie uciekniesz od tego. Ale z drugiej strony może być tego za dużo. Ja jako dziecko czułam się bardzo obciążona obowiązkami związanymi z moim rodzeństwem, które rodzice narzucali mi wbrew mojej woli. Przecież moje rodzeństwo to nie są moje dzieci, a żadna opiekunka, ani guwernantka nie pracuje za darmo. Utarło się, że najstarszy ma pomagać młodszym i to jest w porządku. Ja uważam, że to nie jest w porządku. W moim odczuciu, moje dzieciństwo to jestem ja – wiecznie przemęczona i nie mająca dla siebie praktycznie żadnego czasu. Poza tym nie miałam możliwości rozwoju w tych wszystkich kierunkach, w których jestem uzdolniona.

Czyli ogólnie jest i tak i tak.

Ciężko jest też kiedy, na przykład, ktoś jest chory. My mamy to szczęście, że rzadko chorujemy, ale są też dzieci, mężowie, tak jak chociażby ostatnio szwagier był chory, to cała rodzina się tym martwiła, nie tylko moja siostra. Przecież to jest nasz szwagier, krew dzieci, naszego następnego pokolenia. Czy jakikolwiek wypadek, depresja, rozwód, to wszystko jest przeżywane razy ileś tam. Wtedy rozdzwaniają się telefony: „Co myślisz? Jak pomóc? Co zrobić? O matko, co się stało? Jak to było, mów.” Jeśli coś się dzieje, to co, brat siostrze nie powie? Człowiek tym żyje. I to pewnie do końca życia tak będzie. Bo jakżeby inaczej?!

Fajnie jest to wszystko słyszeć, bo ostatnio kreuje się dziwny wizerunek waszej rodziny.

Świat realny to świat realny, świat wirtualny to świat wirtualny i oba te światy czasami nie mają ze sobą nic wspólnego. Ludzie piszą odkąd nauczyli się pisać, a co piszą i po co piszą, to już jest od wielu rzeczy zależne. Na przykład, jeśli ktoś pisze i dostaje za to pieniądze od pracodawcy, to będzie pisał w taki sposób, żeby zadowolić pracodawcę i te pieniądze otrzymać. Jeżeli w mediach jest popyt na afery, to będą pisać o aferach. Jeżeli w realu nie ma afery, to sobie tę aferę wymyślą. Jedno jest pewne, to co dzieje się w mojej rodzinie wie tylko mojej rodzina. Reszta może się tylko domyślać. Moim zdaniem jakiekolwiek artykuły pojawiające się w mediach na jakikolwiek temat przefiltrowane są przez sumienie i poziom rozwoju danego redaktora. Przykładem jest właśnie to, o co Pani pyta. Czy moje rodzeństwo mnie gdzieś napada w mediach? Czy oni plują na mnie, albo na rodziców? Co za bzdura! Kiedy media robią afery z niczego, ja się z tego tylko śmieje.

Niech Pani tylko nie pomyśli, że ja też jestem jakąś aferzystką.

Nie mam powodu, żeby tak o Pani myśleć. Nie znam Pani i mogę ocenić Pani pracę dopiero, kiedy artykuł się ukaże. Byłam na stronie portalu Le Civil, patrząc na zdjęcie myślę, że jest Pani nie tylko piękną, ale też życzliwą kobietą. Tak jak mówię, wszystko co jest w mediach przechodzi przez filtr tego, kto pisze. Każdy złodziej myśli, że wszyscy kradną. A nie wszyscy przecież są złodziejami. Po prostu.

Słusznie to Pani ujęła. Łatwiej się Pani dogaduje z braćmi czy z siostrami? One znane są ze swojego temperamentu.

My wszyscy jesteśmy temperamentni. Dziwnie mnie Pani pyta, bo to jest taki podział ze względu na płeć. Łatwiej? Trudniej? No ja mam trzech braci i pięć sióstr. Wszyscy moi braci byli moimi chórzystami, a siostry nie i to wystarczy, aby w sposób naturalny ukształtowała się między nami inna relacja. Chórzysta słucha dyrygenta, nieważne czy jest to obcy człowiek, czy jest to rodzina (śmiech). Więc łatwiej jest mi się dogadać z chórzystami niż z niechórzystami. W chórze chłopięco-męskim są zasady, tam jest posłuszeństwo, lojalność, dyrygent ma zawsze racje, chórzysta nie może fikać dyrygentowi. A brat-siostra mogą fikać. Dlatego miałam ciężko, bo byłam jednocześnie dyrygentką i szefem zespołu rodzinnego. Byłam zachwycona, że zostałam dyrygentem chóru i załamana, że tato namaścił mnie szefem zespołu rodzinnego. Przede wszystkim dlatego, że miałam wieczne problemy z dyscypliną z moim rodzeństwem. Ich nie można było ustawić, stańcie, zaśpiewajcie, bo koncert, nie chcieli mnie słuchać, bo nie byłam ich rodzicem, tylko siostrą. A tatuś czekał na efekty naszej pracy. Czułam się jak w potrzasku. Podsumowując bardzo ciężko było pracować z moim rodzeństwem, ale zawsze podkreślam, że nigdy później nie pracowałam z tak zdolnymi ludźmi skupionymi w jednej grupie. Inteligencja, wrażliwość i ich wysokie zdolności dorównywały moim, dlatego sprawy muzyczne szły jak z płatka. Rozwój blokowała słaba dyscyplina pracy. Natomiast efekt był oszałamiający, co potwierdzają wszystkie nagrody świata, które zdobyliśmy. Ostatnio dostałam przepiękny list od brata, który właśnie teraz podziękował mi za to, czego się ode mnie nauczył, co zawdzięcza mojej wiedzy i zaangażowaniu. I że dzięki mnie stał się świadomym i wspaniałym muzykiem. Wychodzi na to, że musiał dojrzeć do takich myśli.

A charakter ma Pani po mamie czy to geny taty?

Geny nie odpowiadają za wszystko, jak się powszechnie uważa. To jest taki trochę mit. Jestem, na przykład, najwyższą dziewczyną w rodzinie, wyżsi są tylko bracia i to niewiele ode mnie. Pod tym względem podobna jestem do babci, mamy mojego taty. Ona była szczupła, wysoka i filozoficznie nastawiona do świata. Radziła sobie ze wszystkim sama, bez męża, którego wywieziono na roboty do Niemiec. Tatuś zawsze mówił, że jestem do niej podobna. Moja mama natomiast jest bardzo dynamiczna jeśli chodzi o charakter, potrafi tupnąć i krzyknąć i garem rzucić jak jej coś nie pasuje, bo po prostu ona jest taka góralka i przy tylu dzieciach to trudno, żeby była wiecznie świętą i spokojną kobietą. Musiała nas zorganizować. A tato był bardzo filozoficzny i spokojny, nigdy nie podnosił głosu, nie stosował żadnych kar. Ja jestem trochę jak tata i trochę jak mama. Potrafię być bardzo wojownicza. Szczególnie w sytuacjach, kiedy coś jest nieetyczne i niemoralne. Czasem staję bohatersko w obronie słabszych, albo zachowuję się na zasadzie akcja-reakcja, ale gdzieś w duszy, jestem bardzo spokojna. O tym świadczą moja muzyka do filmów, sposób w jaki gram na instrumentach, albo śpiewam.

To się czuje.

Wielu ludzi uważa, że moja muzyka jest ciepła, spokojna. Pracuję z dziećmi, jestem dla nich bardzo łagodna. Dzieci nie są w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Traktuję te istoty jako takie, które się uczą, które trzeba przytulać, być dla nich życzliwym i otwartym. Moim zdaniem tylko łagodnością można cokolwiek komuś narzucić. Lepiej poprosić niż krzyczeć, lepiej uświadomić niż wymagać. W każdym razie zachowywać się tak, aby ludzie sami chcieli ukazać piękno swojej duszy w pełni. Mam tu na myśli przede wszystkim pracę z chórami, z dziećmi, z dorosłymi…

W książce opowiedziała Pani, że tata wychowywany był na księdza. Panią rodzice też na kogoś wychowywali?

Nie. To są dwa, zupełnie różne tematy. To jak mój tata został wychowany miało swoje powody. Po pierwsze to była wioska i najlepszą karierę można było zrobić jako ksiądz, albo nauczyciel, ponieważ w takim miejscu najwyższy autorytet miały właśnie te dwa zawody. A po drugie, dziadek został zabrany na roboty do Niemiec i Stasiu razem z bratem modlili się, żeby ich tata wrócił. Matka powiedziała im, że jak wymodlą powrót ojca to jeden z nich pójdzie na księdza, a drugi na piekarza. I ojciec wrócił. A że Stasiu miał taką filozoficzną naturę jak matka, nie był taki żołądkowy i dynamiczny jak ojciec więc Stasia namaścili na księdza, a brata na piekarza. Górale podkarpaccy, to są bardzo głęboko wierzący ludzie. Stasiu w tym wzrósł. Jego nawet nie puszczano do pracy w polu, ewentualnie wypasał krowy i mógł sobie wtedy pośpiewać. Fizycznie nie pracował zbyt ciężko, w każdym razie nie tak ciężko jak inne wiejskie dzieci. Od małego różnił się od ludzi z wioski. Poza tym mój tato nigdy wsi nie lubił (mama na przykład wieś uwielbia). Czasami ludzie pytają mnie czy rodzice zmuszali nas do gry na instrumentach i chodzenia do szkoły muzycznej. Odpowiadam, „rodzice słusznie moim zdaniem uważali, że jeśli mają tak wysoce uzdolnione muzycznie dzieci to ich obowiązkiem jest zapewnić im warunki rozwoju w tym kierunku.” Dlatego, żeby mieć czyste sumienie zapisali nas do muzycznej szkoły podstawowej. Natomiast dalsze losy, to już był nasz dobrowolny wybór.

Do takich rzeczy chyba nie da się przymusić.

Mało tego, tato mówił, że zawód muzyka jest zawodem trudnym. To jest uczciwy zawód, rzetelny, trzeba być dobrym rzemieślnikiem, to prawda. Więc można mieć z tego satysfakcję i to nie jest oszukany zawód, że ktoś coś za ciebie zrobi. Natomiast jest to bardzo trudny zawód pod tym względem, że jest nierówny finansowo, że samemu trzeba sobie cały czas tworzyć, kreować ten zawód, chyba, że się pójdzie na etat do filharmonii. Mama mówiła, że ona nie widzi swoich dzieci pracujących od 8 do 16, bo chyba byłyby nieszczęśliwe. I było ostrzeżenie: „Uważaj, czy na pewno chcesz wybrać właśnie ten zawód. Możesz się później rozczarować. Możesz być też biedny. Możesz osiągnąć sukces, albo nie osiągnąć sukcesu.” A jak jesteś na etacie to ktoś ci co miesiąc płaci, masz ubezpieczenie, możesz odłożyć na mieszkanie, powolutku, elegancko, systematycznie. A tutaj tego nie ma. Oni nas nie ukształtowali na muzyków. Ja sama całe życie chciałam być dyrygentem, bo mi się strasznie podobała taty praca. Od 7 roku życia mówiłam, że zostanę dyrygentem chórów chłopięcych i tak zrobiłam i to było moje postanowienie, a nie że tata mi kazał.

Nie ma Pani żalu o swoje dzieciństwo?

To nie jest żal. Tego bym tak nie określiła, ponieważ nie ma we mnie pretensji. Już jako dziecko uświadomiłam sobie, że będę się starała wykonywać to, o co rodzice mnie poproszą z największym pietyzmem, żeby byli ze mnie zadowoleni. Każde normalne dziecko chce, żeby rodzić był zadowolony, bo wtedy uważa, że rodzic je kocha. Wtedy go przytuli i powie: „O, jak ładnie to zrobiłaś”. I ja chciałam rodzicom pomagać, ponieważ mnie o to prosili. Później, kiedy dorosłam, z własnego wyboru przez 10 lat płaciłam całą pensję rodzicom, żeby pomóc im wychować i wykształcić resztę dzieci. Bo zaczynało już wszystkiego brakować, szła inflacja i to były bardzo trudne czasy. Normalnie ludzie tak nie robią. Każdy swoje zarobione pieniądze odkłada dla siebie. Ja wybrałam inaczej. Nie dlatego, że rodzice mnie o to prosili, ale dlatego, że sama tego chciałam. Więc nie mogę mieć żalu do tego, co sama wybrałam, prawda? Kocham moją rodzinę, rodziców i jestem bardzo zadowoloną, ogólnie szczęśliwą osobą, a nie jakąś lamentującą „O Jezu jakie to miałam straszne dzieciństwo”. Nie ja pierwsza nie ostatnia! Są tacy na tej planecie, którzy mieli jeszcze gorzej. Poza tym, nie tylko pomagałam rodzicom opiekować się dziećmi, ale też pomagałam rodzeństwu w nauce, w odrabianiu zadań i oczywiście uczyłam ich grać i śpiewać. Pomagałam, bo rodzice zwyczajnie nie dawali rady. Dziewięcioro dzieci urodzić i wychować w jakichkolwiek czasach, a na dodatek wykształcić, to jest bohaterstwo. Nawet gdyby byli milionerami to byłoby bohaterstwo, a co dopiero przy takich marnych zarobkach, jakie wówczas mieli. Dodam jeszcze, że moi rodzice nic nie dostali od swoich rodziców. Oni wszystko zaczynali od zera. Zresztą nam też nic nie dali, nie dostaliśmy żadnego wiana, jak to się mówi. Ale nigdy też niczego nie oczekiwaliśmy. Każdy z nas się po swojemu dorabia. Proza życia. Natomiast mogę powiedzieć, że chciałabym mieć tak, jak moja córka miała ze mną. Od dziecka dostawała wszystko, co było potrzebne do jej rozwoju. Wyrosła na  bardzo szczęśliwą  i mądrą osobę. Jest wspaniała, bardzo swobodna, nieobciążona, nieprzesilona. Mam świadomość tego, że rodzina, w której przyszłam na świat to były dla mnie, jako pierworodnej, trudne, często traumatyczne przeżycia, ale to nie znaczy, że mam żal, czy chciałabym to zmienić. To nie jest tak. Przecież taka rodzina, jak już mówiłam, daje profity na całe życie. Znam się na małych dzieciach, na starszych dzieciach, wiem jakie sytuacje mogą wyniknąć z takich, a nie innych zachowań. Przecież tego wszystkiego człowiek się w szkole nie nauczy.

Pani córka też gra i śpiewa?

Oczywiście. Jest absolwentką Szkoły Muzycznej w Poznaniu przy ulicy Solnej (fortepian). Ale kiedy ukończyła tę szkołę, powiedziała mi, że jej marzeniem jest studiowanie w Brukseli. Wybrała szkołę École de Recherche Graphique, a następnie szkołę wizualizacji w Madrycie. Teraz jest komputerowcem, rysownikiem. Jako matka, byłam taka dumna z niej wtedy i szczęśliwa, że zdała do tych szkół, że zrobiłam wszystko, by mogła w tych szkołach być. Zmieniłam nawet pracę i miejsce zamieszkania. Wszystko po to, by więcej zarabiać i pomóc jej w realizowaniu tych marzeń.

Prawdziwa matczyna miłość. Wracając do Pani rodziców to historia ich uczuć jest niebywała. Skąd oni mieli na to siłę?

Sądzę, że siłę czerpali przede wszystkim z tego, jacy byli. Oni nie okłamywali ludzi kim są. Jak mama krzyczała to krzyczała szczerze, to co miała na sercu i koniec. Wykrzyczała i wszyscy wiedzieli o co jej chodzi. A jak tato coś powiedział filozoficznie to nigdy na około, tylko zawsze wprost. Nigdy też nie zrobili jakiejś krzywdy ludziom czy, żeby ktoś na nich narzekał, wręcz odwrotnie, każdy ich sławił. Oni byli silni sami w sobie. To były mocne osobowości. Nie robili tego, czego ktoś od nich oczekiwał. Zawsze robili to, co sami uważali za słuszne. Jedno i drugie było silne, jedno i drugie miało geny góralskie, czyli nie zmanipulujesz takiego człowieka, bo on ma swój węch, on widzi intuicyjnie. Mama widziała ludzi, tato widział ludzi i wiedzieli kto kim jest i jak z tym kimś rozmawiać. A druga, osobista i oddzielna droga, która ich łączyła, to było uczucie. Absolutnie nieprzerysowane. To nie było „pitu-pitu kocham cię”, tylko KOCHAM CIĘ. Minęło już 17 lat od śmierci taty, a mama cały czas jest w ciężkiej żałobie. Nie tam, że rok i jej przeszło. Ilu mężczyzn się o nią starało! Przecież to była 50-cio paroletnia kobieta, w kwiecie wieku, całkowicie zdrowa i wspaniała, ale ona nie chciała żadnego. W jej życiu liczył się tylko Stasiu. Kiedyś powiedziałam do mamy– Ale mamusiu, wiesz, może byś chociaż z przyjacielem się spotkała, tatuś by się cieszył, przecież to nie jest grzech. – Ale co Ty do mnie mówisz Agatko? – Mówię o tym, że jakbyś miała przyjaciela takiego, z którym poszłabyś sobie do kina, do kawiarni, do teatru, który tak bardzo lubisz, albo poczytalibyście sobie razem książki… Nie musisz z nim nawet mieszkać czy sypiać, to jest twoja sprawa, ale mogłabyś mieć takiego przyjaciela, którym będziesz się mogła cieszyć. – Nawet mi nie mów takich rzeczy. Ja nie chcę słuchać tych bluźnierstw. – Ja na to zaskoczona – Ale jakie to bluźnierstwa? Mówię jak kobieta do kobiety. Mówię, bo się o Ciebie troszczę. Nie miałam zamiaru Ciebie urazić. – Mama na to – Nie ma mowy. Tylko Stasiu. – I gadaj do niej, jak ona tylko tego Stasia całe życie widzi. A trzecia płaszczyzna to jest to, że oni byli przyjaciółmi. Znali się przecież od dziecka, znały się też ich całe rodziny. Mogli więc sobie ufać. Mama by ojca nigdy nie zdradziła, ani on jej. Nie tylko w kwestii damsko-męskiej, ale w ogóle. Jako przyjaciel. W każdej kwestii. Jedno za drugim poszłoby w ogień. I stąd ta ich siła. To dlatego mogli przezwyciężyć wszystko.

Siła i mądrość.

To nie było tak, że mama poświęciła się dla rodziny, bo tata miał z nią dziewięć dzieci. My jesteśmy owocem ich miłości, a ustąpiła tacie pola, zajęła się organizacją życia i wychowywaniem dzieci, ponieważ uważała, że tato jest zdolniejszy, ma większy talent i charyzmę od niej, jest piękniejszy i dlatego ona pozwoli mu rozwinąć skrzydła i nie będzie męczyć tym, że na przykład dzieci są chore, ona jest zmęczona i tato musi jej pomóc. Tato więc cieszył się naszą rodziną i robił wszystko, żeby nas wykarmić, wykształcić i rozsławić. Obydwoje szli jak dwa konie w zaprzęgu. I moja mama tego nie żałuje. A przecież mogła być złą matką, tak jak ja mogłam być złą siostrą. Mogłam lać moje rodzeństwo na każdym kroku, mama też nas mogła w brudzie i syfie chować, bo po co sprzątać, ubierać, szyć nam po nocach. A do tego dochodzi konflikt serologiczny między moimi rodzicami. Wiedzieli o nim, a jednak nie usunęli żadnej ciąży. Mama nie stosowała też antykoncepcji, bo takie mieli poglądy. Jako głęboko wierzący ludzie, przyjęli każde życie, które sie między nimi poczęło. Łatwo nie mieli. Opisałam w książce jak wszyscy mamę palcami wytykali, bo była w czwartej ciąży, a co dopiero w siódmej. Kto to słyszał by tyle dzieci rodzić? I niech Pani zobaczy, jak ona, jako kobieta to zniosła! Wiecznie była uśmiechnięta, wiecznie dobra dla ludzi, żadnych żali czy pretensji. Oboje moi rodzice to bardzo pozytywni ludzie. Mam takie jedno zdjęcie w archiwum jak się śmieją z całego serca, bo ktoś ich rozśmieszył. No po prostu takie dwie gęby uśmiechnięte, że rzadko spotkać. A przecież mama mogła narzekać: „O Jezu, jaka ja biedna, tyle dzieci urodziłam, dajcie mi tu coś z tego socjalu”. Ale oni tacy nie byli i tym się różnili od tych wszystkich mendzących, na których społeczeństwo płaci podatki.

Marzyła Pani o takiej miłości?

(śmiech) Nie wiem czy marzyłam i czy marzę o takiej miłości. Jestem osobą bardzo samodzielną, realizuję się niezwykle dynamicznie w pracy i dla mnie tego typu zależność od kogokolwiek, nawet w miłości… Jakby to powiedzieć, mogłabym mieć męża, ale nie chcę być czyjąś żoną. Oczywiście bardzo lubię mężczyzn i ich towarzystwo. Ja w ogóle kocham ludzi, tak jak moi rodzice i przez pryzmat miłości patrzę na ten świat. Mężczyźni mnie fascynują. Są inni od kobiet, są dla mnie wyzwaniem, mają swój urok osobisty, który uwielbiam. Lubię kiedy podają mi dłoń, kiedy biorą walizkę, lubię z nimi filozofować, sprzeczać się z nimi, poznawać ich punkt widzenia. Sama też jestem przez nich bardzo lubiana i ze wzajemnością. Ale jeśli chodzi o intymne relacje, to ja byłam już raz zamężna. Rozwiodłam się i to by było na tyle, jeśli chodzi o te sprawy. Natomiast nie przeszkadza mi to w tym, żeby się przyjaźnić czy być w relacjach damsko-męskich, ale to są już moje osobiste sprawy, których bardzo pilnuję, bo to jest niczyja, tylko moja i mojego mężczyzny sprawa.

W dobie feministek odważnie mówi Pani o mężczyznach.

O tym świecie to ja myślę sobie tak… To mężczyźni ukształtowali cywilizację, bo gdyby miały to zrobić kobiety to do dziś siedzielibyśmy w jaskiniach (śmiech), ponieważ dla kobiet najważniejsze są gniazdo i bezpieczeństwo. To mężczyźni eksplorują świat od tysięcy lat i to oni ukształtowali naszą cywilizację. Mężczyźni rządzą tym światem, to oni są odpowiedzialni za jego obraz. Nie jestem niewolnicą męskiego świata. Czuję się w tym świecie bardzo dobrze, dlatego, że jestem wolnym duchem odkąd się urodziłam i to jest nie do przejścia, żeby mnie ktokolwiek, czymkolwiek zniewolił. Nie przywiązuję się do miejsc, nie przywiązuję się do ludzi, mnie jest wszędzie dobrze. Pojadę do innego kraju i też jest mi dobrze, z jednymi ludźmi przestaję się spotykać, poznaję nowych. A jednocześnie jestem patriotką dlatego, że tak mnie wychowano. Uważam poza tym, że nie po to urodziłam się w polskim kraju, aby pracować na inny kraj. Jestem wysoce uzdolniona i chcę pracować dla ludzi w mojej ojczyźnie. Dlatego żyję i pracuje w Polsce, a już dawno mogłoby mnie tu nie być. W mojej karierze zawodowej kilkukrotnie dostawałam propozycję pracy w Wielkiej Brytanii, jako dyrygentka chórów chłopięcych czy w Słowacji, gdzie nie ma ani jednego tego typu chóru i proszono mnie o jego założenie i poprowadzenie. Nęcono wysokimi pensjami, dawano w prezencie mieszkania na przykład, ale ja niezmiennie odpowiadałam, że jestem Polką i to, co pozostawię po sobie chcę, aby zostało w Polakach.

Ciekawi mnie jeszcze to życie w rodzinie wielodzietnej.

Po latach, pytałam rodziców, dlaczego mnie poświęcali tak mało uwagi. Czułam ich miłość i opiekę, ale generalnie więcej czasu poświęcali braciom i siostrom. Już jako dorosła zapytałam – Dlaczego byłam tak jakby odsunięta? –  A tata śmieje się i mówi – Dziecko, no bo ty sobie ze wszystkim sama radziłaś, miałaś i w jednej i w drugiej szkole paski, no to w czym miałem ci pomagać? Po co miałem się tobą zajmować, kiedy inne dzieci bardziej potrzebowały mojej uwagi i pomocy niż ty. – Wtedy dopiero zrozumiałam, że jego postawa nie wynikała z tego, że mnie na przykład nie lubi czy mnie odrzuca. Ja po prostu czułam się odepchnięta jako dziecko i do tych odczuć miałam wtedy prawo, ale jako dorosła osoba zrozumiałam, że rodzice mnie zawsze bardzo wysoko cenili, tylko mi tego nie okazywali, bo nie mieli na to ani czasu, ani siły, ani ochoty (śmiech).

Pani nie można nie cenić i nie da się też chyba Pani nie lubić. Świadczy o tym, chociażby praca z dziećmi.

Bardzo lubię pracę z dziećmi i w ogóle z ludźmi. Ale tak naprawdę to ja jestem samotnicą. Najlepiej czuję we własnym towarzystwie (oraz w towarzystwie mojej córki Róży). Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, mogę komponować muzykę i pisać książki, jeździć na nartach, na koniach, pływać, zwiedzać ciepłe kraje, ale na rozrywki brakuje mi czasu. Generalnie moje życie zawodowe i prywatne jest bardzo mocno złączone. Kiedy jest tak szaro i deszczowo za oknem, chciałabym wyjechać w ciepłe kraje, ale teraz realizuję bardzo ciekawy projekt artystyczny.

Inny niż dotychczas?

Chodzi o moje chóry, które powołałam i prowadzę w Polskim Radio, jako pomysł autorski. Do tej pory pracowałam z profesjonalnymi chórami, jak przyjmowałam chłopaczka to on musiał ze trzy egzaminy przejść, musiał mieć wysokie predyspozycje muzyczne, aby się dostać do mojego chóru chłopięcego. Natomiast teraz robię coś innego, założyłam sobie, że stworzę projekt odwrotnej natury. Otworzyłam Fundację, w tej Fundacji założyłam Chór Dziecięcy i Chór Mieszany Agaty Steczkowskiej, zaczęłam też nawet pracę w przedszkolu i tam też założyłam Chór Przedszkolaków. Do mojego chóru w tej chwili może przyjść każdy bez względu na wiek i bez względu na predyspozycje muzyczne. Przyjmuję dzieci od trzeciego roku życia, a na lekcje indywidualne przychodzą nawet dzieci roczne. W chórach najmłodsze dziecko ma właśnie trzy lata, a najstarsza pani sześćdziesiąt pięć. Więc to jest cały przekrój wiekowy i każdy może przyjść. Ludzie nie mogą wręcz w to uwierzyć. Tym bardziej, że próby mamy w Polskim Radio. Dodatkowo pracuję w Polskim Radio, mam swoją własną audycję pt. „Mój świat Dźwięków”, której każdy może wysłuchać dwa razy w miesiącu w cyklu „Twarzą w twarz”. Ale wracając do chórów, co miesiąc mamy swój koncert w Sali Koncertowej im. Witolda Lutosławskiego w cyklu „Śpiewajmy z Agatą Steczkowską”. Najbliższy koncert odbędzie się 24 września (niedziela) o godzinie 11. Zapraszamy naszą kochaną publiczność bardzo serdecznie. Obecnie otworzyłam nabór do naszych chórów i jak już wspomniałam każdy może przyjść na przesłuchania, które odbywają się w Polskim Radio, przy ulicy Modzelewskiego 59 w Studio S3 w każdą środę w godzinach od 15 do 21. Jedyne co jest potrzebne, to uwielbiać śpiewać. Sporo ludzi dorosłych i dzieci przychodzi na te przesłuchania. Rodzice na przykład nie wiedzą czy dziecko jest uzdolnione, czy nie jest, czy będzie śpiewać czy nie będzie, czy lubi czy nie lubi, czy boi się czy się nie boi. Przychodzą i te dzieciaki jedno za drugim mówią, że już chcą do chóru. Jeszcze dobrze się nie zaczęło, a  one już chcą do chóru.

Bo z dziećmi trzeba umieć się porozumieć.

Tak, zachęcić, pogłaskać po główce, albo i nie. Bo są dzieci, które nie lubią być dotykane przez obce osoby i nie trzeba tego forsować. Nie trzeba brać dziecka na kolana. Jeśli chce to samo przyjdzie, do mnie wszystkie dzieci przychodzą, wtedy nie spycham ich z kolan i nie odrzucam, ale też nie biegnę do nich i nie rzucam się na nich, jak to ja ich kocham. To dziecko musi wybrać. Ponieważ tysiące dzieci przesłuchałam i uczyłam w swoim życiu (dorosłych również) to już po oczkach widzę czy dziecko lubi śpiewać czy to mamusia tu przyprowadziła, bo Pani Agata jest sławna i chciałaby zobaczyć czy ma ładniejszy nos od jej siostry, na przykład. Dzieci generalnie lubią śpiewać, ośmielają się do śpiewania, mogą też występować na scenie, nagrywać płyty, za chwilę już druga się ukaże. Dorośli też uwielbiają swój chór mieszany. Kobiety mi czasem mówią, że jak przychodzi środa to one rzucają tych swoich mężów, kochanków, gary i biegną wreszcie zrobić coś dla siebie. I robią wszystko, aby znaleźć czas na to nasze wspólne śpiewanie.

I to tak się da, trzylatki z dorosłymi?

Od 16 do 18 w środy zajęcia ma chór dziecięcy (3 -10 lat), a od 18 do 21 chór mieszany (11-bez limitu). W obydwu chórach jest stuprocentowa dyscyplina pracy i kultura odpoczynku. Rodzice bardzo to sobie cenią. Ludzie widzą przecież, że kiedy śpiewamy to jesteśmy w innym świecie i wszyscy bardzo się starają. Ale na przerwach to już się wygłupiamy. Czasami na scenie łączę obydwa chóry, wtedy dopiero jest zabawa. Najzdolniejsi z chórzystów występują jako soliści, a publiczność aż wstaje z zachwytu, bo nie wiedziała, że można tak łączyć pokolenia i tak dobrze się bawić podczas śpiewu. Zresztą publiczność śpiewa razem z nami. Dostają śpiewniczki, które wydaje Radio, żeby im się słowa nie myliły i śpiewają. To mnie bardzo cieszy, bo wspólne śpiewanie zanika w naszym narodzie. Ludzie się peszą , wstydzą się, myślą, że nie umieją. Kiedyś społeczeństwo polskie było bardzo rozśpiewane, teraz już tak nie jest. To między innymi dlatego ten projekt jest tak wysoce oceniany zarówno przez chórzystów, publiczność jak i fachowców.

Ostatnio z powodzeniem pracuje Pani również jako modelka.

Tak i ta praca mnie bardzo cieszy. Bardzo lubię być modelką. Wiele dziewczynek, już jako dzieci, dostaje taki komunikat od taty, który jest przecież pierwszym mężczyzną ich życia, że jest piękna, słodka i śliczna. Każdy ojciec ma prawo tak mówić i dobrze jeśli to robi, ale mój tato nigdy tak do nas nie mówił, więc nie wyrastałam w takim przekonaniu. Mało tego zawsze uważałam, że bardziej liczy się wnętrze niż uroda, chociaż ponoć ciało nie kłamie (śmiech). Nigdy mnie nie obchodziło czy się komuś podobam czy nie, bo mi nie były potrzebne komplementy, żeby mieć wysokie mniemanie o sobie. Dla mnie najważniejsze, żeby moje ciało funkcjonowało jako zdrowe. Jestem mojemu ciału bardzo wdzięczna, ponieważ to w jaki sposób je traktuje, to nie wiem jak ono sobie ze mną radzi. (śmiech). Ostatnio ubieram się w mini i moje koleżanki są zachwycone, pytają dlaczego wcześniej się tak nie ubierałam. Ale ja 25 lat prowadziłam chóry chłopięce i jak raz przyszłam w miniówce to zamiast na ręce to mi się na nogi gapili! Więc uznałam, że nie mogę pracować w mini. A że cały czas byłam w pracy to przestałam chodzić w mini.
Z tym pozostaniem modelką to nawet zabawnie było. Kiedy obchodziłam 50-cio lecie to zapowiedziałam na Facebook’u  że od 12 w południe do 24, czekam na wszystkich, którzy chcą mi złożyć życzenia, którzy chcą pogadać, pośpiewać, pograć. Zrobiłam to, ponieważ nigdy nie mam czasu dla swoich przyjaciół czy znajomych i oni często się na to skarżą. Poszłam więc do mojej Fundacji, ubrałam się w piękną suknię, wzięłam kieliszek szampana i czekałam. Ludzie jak zaczęli przychodzić, tak 300 osób się przewinęło. Moi przyjaciele widząc co się dzieję przynieśli taki ogromny tort z moją podobizną. Chcę zdmuchnąć świeczki, a przyjaciółka mówi – Ale Agatka pomyślałaś sobie życzenie? – A ja sobie właśnie nie pomyślałam. I wtedy mi do głowy przyszło „Będziesz modelką”. To mnie tak ubawiło, zaczęłam się śmiać i zdmuchnęłam te świeczki. Żadnej innej myśli nie miałam w głowie, tylko coś takiego. A po dwóch tygodniach dostałam telefon. To była firma Nessi, obuwnicza polska marka i postanowiłam, że bardzo chętnie będę ich twarzą. W ogóle wtedy postanowiłam, że mogę współpracować z polskimi, energicznie rozwijającymi się firmami, które oczywiście mają wysoką jakość i określony poziom klasy, bo nie będę reklamować czegoś, czego nie poleciłbym swojej przyjaciółce, albo siostrze. Teraz dostaje różne propozycje. Niedługo mam lecieć do Tunezji reklamować polskie marki odzieżowe i obuwnicze w porozumieniu między polskim a tunezyjskim ministerstwem spraw zagranicznych. Bardzo mnie to cieszy, nie ukrywam. Dostałam też propozycję współpracy z Dorotą Goldpoint, która ubiera mnie na prawie każdy koncert w te jej piękne suknie, w których wyglądam i czuję się znakomicie. To jest zresztą wspaniała kobieta. Czy Ela Piorun, z którą od niedawna współpracuję i otrzymałam od niej propozycję bycia twarzą kolekcji wiosenno-letniej. To również wspaniała kobieta. W ogóle dużo tych ofert teraz dostaję. Jedne przyjmuję, inne nie. Ale mnie to cieszy, bo bardzo lubię być modelką. Nie spodziewałam się tego, a życie zrobiło mi taki prezent. To miły prezent niespodzianka. Praca ta odmóżdża mnie zupełnie. Nie muszę być wtedy nareszcie za nic odpowiedzialna. Profesjonalista mnie czesze, profesjonalistka mnie maluje, stylista mnie ubiera, i to piękne rzeczy są. Jestem wtedy zadowolona i wyluzowana i ci którzy ze mną pracują cieszą się, bo nie generuję żadnych problemów. Przecież wiem ile mam lat i cieszę się z tego ile mam lat i wyglądam jak wyglądam i jestem z tego bardzo zadowolona. Mogę w ten sposób pracować. Nie ma, że coś nie wypada dyrygentce. Co nie wypada? Wszystko wypada! Poza tym, co jest złego w tym, że jestem w pięknej sukni? Każda kobieta to uwielbia. A jeszcze jak zrobią zdjęcie i zostanie dla prawnuczki to chyba fajnie? To znaczy mi jest fajnie! (śmiech)

Pani wspomina o odpowiedzialności, a ja mam zapisane, już na koniec naszej rozmowy, że Pani ma taką pracę, że ciągle jest za coś i za kogoś odpowiedzialna.

Tak, ale jako modelka już nie koniecznie. Ja i tak te wszystkie pieniądze, które w ten sposób zarobię przeznaczam na Fundację, bo mi tam ciągle brakuje. Ale generalnie to jest takie moje osobiste pole zawodowe i naprawdę się nim cieszę. Nie mam fochów i nie robię z siebie celebrytki, bo ja nie muszę celebrytować. Jestem tak znana w swojej branży, w świecie muzycznym, że nie muszę zwracać na siebie uwagi, wyginać się, póz jakichś robić, żeby później w gazetach to pokazywali. Jeśli ktoś mnie zaprasza do współpracy i jeśli mam czas, to przyjdę, bardzo chętnie. Dlaczego miałabym nie przyjść? Tak jak Panek Clinic ostatnio.

Pięknie Pani wyglądała.

To wspaniała klinika. Sama nie korzystam z takich rzeczy, bo nie będę sobie botoksu dodawać do niczego, albo nosa ukrócać. Ale uważam, że medycyna estetyczna rozwija się bardzo dynamicznie i ludzie po poparzeniach, czy ci, którzy mają jakieś blizny mogą z niej skorzystać. I to jest wspaniałe, że takie coś istnieje. Albo ci, którzy chcą lepiej wyglądać. Dlaczego nie mieliby lepiej czuć się ze sobą? Jeśli mogą sobie zafundować lepsze samopoczucie to dobrze. Naprawdę wierzę w tę medycynę i w to, że wielu ludziom pomaga, a innych uszczęśliwia. Proszę bardzo. Sama też chętnie pójdę na jakiś zabieg, na przykład, że ktoś mi zrobi masaż olejkiem, albo coś podobnego, bardzo to lubię. Wreszcie ktoś o mnie zadba. A co do modelingu, to ja już wcześniej często pozowałam fotografom. Nawet mam piękne akty z różnych lat. Wiem, co to znaczy pozować. W ASP pozowałam jako modelka dla rzeźbiarzy. Mam tak zwane złote proporcje więc to bycie modelką to nie jest taki do końca przypadek, a w każdym razie jestem do tego przygotowana.

Życzę Pani spełnienia i dużej kariery, również w tej branży.

Mam nadzieję, że tak będzie. A jeszcze Pani powiem, jeśli chodzi o książkę to już mam rozmowy dotyczące filmu. Już jest zainteresowanie i to nie tylko w Polsce, ale nawet z Los Angeles dostałam propozycję. Muszę tylko się dobrze zastanowić, posiedzieć nad scenariuszem, i wszystko dokładnie przemyśleć. A ponieważ rozmowy już się zaczęły to film wcześniej czy później powstanie. Wielu ludzi już dzisiaj się tym cieszy.

Rozmawiała Ola Grądzka

1 2 3 4