75. rocznica powstania w getcie warszawskim

Nosiłeś tego dnia sweter z czerwonej puszystej wełny. „To był piękny sweter”, dodałeś „z angory. Po bardzo bogatym Żydzie…”. Na nim były dwa skórzane pasy na krzyż, a pośrodku – na piersi – latarka. „Słuchaj, jak ja wyglądałem!” mówiłeś mi, kiedy zapytałam o dzień dziewiętnasty kwietnia…

Tak mówiłem? Było chłodno. W kwietniu wieczorami bywa chłodno, zwłaszcza jak człowiek mało je, więc włożyłem sweter. To prawda, znalazłem go w rzeczach jednego Żyda, któregoś dnia wygarnęli ich z piwnicy i ja sobie wziąłem sweter z angory. Był w dobrym gatunku: ten facet miał mnóstwo pieniędzy, przed wojną ufundował dla wojska samolot czy czołg, coś w tym rodzaju. Ja wiem, że ty lubisz takie kawałki, pewnie dlatego wspomniałem o tym.

O nie. Wspomniałeś, bo chciałeś coś pokazać. Rzeczowość i spokój. O to chodziło.
Mówię tak, jak myśmy wtedy wszyscy mówili.

Więc sweter, pasy na krzyż…
Dopisz jeszcze dwa rewolwery. Do sznytu należały rewolwery – na tych pasach. Wtedy wydawało nam się, że jak się ma dwa rewolwery, to ma się wszystko.

Dziewiętnasty kwietnia: obudziły cię strzały, ubrałeś się…
Nie, jeszcze nie. Obudziły mnie strzały, ale było zimno, strzelali daleko i nie było jeszcze po co wstawać. Ubrałem się o dwunastej. Był z nami chłopak, który przyniósł z aryjskiej strony broń – miał zaraz wrócić, ale już było za późno. Jak zaczęli strzelać, powiedział, że ma córkę w klasztorze, w Zamościu, że on nie przeżyje tego, a ja przeżyję, wię mam zająć się po wojnie tą córką. Powiedziałem: „Dobra, dobra, nie pleć głupstw.”

No?
Co no?

Udało ci się odnaleźć córkę?
Tak, udało.

Słuchaj. Umówiliśmy się, że będziesz opowiadał, prawda? Jest jeszcze dziewiętnasty kwietnia. Strzelają. Ubrałeś się. Ten chłopak z aryjskiej strony mówi o córce. Co dalej?
Poszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Na podwórzu zobaczyliśmy kilku Niemców. Właściwie należało ich zabić, ale nie mieliśmy jeszcze wprawy w zabijaniu, poza tym trochęśmy się bali – i nie zabiliśmy. Po trzech godzinach strzały umilkły. Zrobiło się cicho. Nasz teren to było tak zwane getto fabryki szczotek – Franciszkańska, Świętojerska, Bonifraterska.
Brama fabryczna była zaminowana. Kiedy następnego dnia podeszli Niemcy, włączyliśmy wtyczkę, chyba ze stu ich się rozkwasiło, zresztą nie pamiętam dokładnie, musisz to gdzieś sprawdzić. W ogóle coraz mniej rzeczy już pamiętam. O każdym z moich chorych potrafiłbym ci opowiedzieć dziesięć razy więcej. Po wybuchu miny zaczęli nas zdobywać tyralierą. Bardzo nam się to podobało. My – w czterdziestu, ich stu, cała kolumna, w szyku bojowym, skradają się, widać, że traktują nas poważnie. Przed wieczorem wysłali trzech z opuszczonymi automatami i białą kokardą. Wołali, żeby zawiesić broń, to nas odeślą do specjalnego obozu. Myśmy ich ostrzelali – w raportach Stroopa znalazłem potem tę scenę: oni, parlamentariusze, z białą chorągwią, a my, bandyci, otwieramy ogień. Zresztą nie trafiliśmy ich, ale to nieważne.

Jak to – nieważne?
Ważne było przecież, że się strzela. To trzeba było pokazać. Nie Niemcom. Oni to potrafili lepiej. Temu innemu światu, który nie był niemieckim światem, musieliśmy pokazać. Ludzie zawsze uważali, że strzelanie jest największym bohaterstwem. No to żeśmy strzelali.

Dlaczego wyznaczyliście właśnie ten dzień – dziewiętnasty kwietnia?
Nie my go wyznaczyliśmy. To Niemcy. Tego dnia miała się rozpocząć likwidacja getta. Były z aryjskiej strony telefony – że szykują się, że już obstawili z zewnątrz mury. Osiemnastego wieczorem zebraliśmy się u Anielewicza, cała piątka, sztab. Ja chyba byłem najstarszy, miałem dwadzieścia dwa lata, Anielewicz był młodszy o rok, razem, w pięciu, mieliśmy sto dziesięć lat. Tam już się mówiło niewiele. „No to jak?” „No to dzwonili z miasta. Anielewicz bierze getto centralne, zastępcy – Geller i ja – szopy Toebbensa i fabrykę szczotek.” „No to do jutra.” Tyle że pożegnaliśmy się, czegośmy nigdy przedtem nie robili.

Dlaczego właśnie Anielewicz był komendantem?
Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy. Był w tej ambicji trochę dziecinny, ale to zdolny chłopak, oczytany, pełen wigoru. Przed wojną mieszkał na Solcu. Jego matka sprzedawała ryby, jak zostawały, to kazała mu kupować czerwoną farbę i farbować skrzela, żeby wyglądały jak świeże. Był stale głodny. Kiedy przyjechał z Zagłębia do nas i daliśmy mu jeść, zasłaniał talerz ręką, żeby mu nie zabrano. Miał dużo młodzieńczej werwy, zapału, tylko że nigdy przedtem nie widział „akcji.” Nie widział, jak się ładuje ludzi na Umschlagplatzu do wagonów. A taka rzecz – kiedy się widzi czterysta tysięcy ludzi odsyłanych do gazu – może człowieka załamać.
Dziewiętnastego kwietnia nie spotkaliśmy się. Zobaczyłem go nazajutrz. Był to już inny człowiek. Celina powiedziała mi: „Wiesz, to stało się z nim wczoraj. Siedział, powtarzał: zginiemy wszyscy…”. Tylko raz jeszcze się ożywił. Kiedy dostaliśmy wiadomość od Armii Krajowej, żeby czekać w północnej części getta. Nie wiedzieliśmy dokładnie, o co chodzi, zresztą nic z tego nie wyszło, chłopaka, który tam poszedł, spalili na Miłej, słyszeliśmy, jak krzyczał cały dzień, czy myślisz, że to może zrobić jeszcze wrażenie na kimś – jeden spalony chłopak po czterystu tysiącach spalonych?

Myślę, że jeden spalony chłopak robi większe wrażenie niż czterysta tysięcy, a czterysta tysięcy większe niż sześć milionów. Więc nie wiedzieliście dokładnie, o co chodzi…

– On myślał, że nadejdą jakieś posiłki, tłumaczyliśmy: „Daj spokój, tam jest martwy teren, nie przedrzemy się.” Wiesz co? Myślę, że w gruncie rzeczy wierzył w jakieś zwycięstwo. Oczywiście, nigdy przedtem nie mówił o tym. Przeciwnie. „Idziemy na śmierć,” wołał, „nie ma odwrotu, zginiemy dla honoru, dla historii…” – takie tam różne rzeczy mówi się w podobnych wypadkach. Ale dziś myślę sobie, że on przez cały czas żywił jakąś dziecinną nadzieję. Miał dziewczynę. Taką jasną, ciepłą. Mira się nazywała. Siódmego maja był z nią u nas, na Franciszkańskiej. Ósmego maja, na Miłej, zastrzelił najpierw ją, potem siebie. Jurek Wilner krzyknął: „Zgińmy razem”, Lutek Rotblat zastrzelił swoją matkę i siostrę, potem już wszyscy zaczęli strzelać, kiedy żeśmy się tam przedarli, znaleźliśmy kilku żywych, osiemdziesięciu popełniło samobójstwo. „Tak właśnie powinno się było stać,” powiedziano nam potem. „Zginął naród, zginęli jego żołnierze. Symboliczna śmierć.” Była z nimi dziewczyna, Ruth. Siedem razy strzelała do siebie, zanim trafiła. Duża, ładna dziewczyna z brzoskwiniową cerą, ale zmarnowała nam sześć naboi.
W tym miejscu jest skwer. Kopiec, kamień, napis. Jak jest pogoda, przychodzą matki z dziećmi albo wieczorem chłopcy z dziewczynami – to jest właściwie zbiorowy grób, bo nigdy nie wydobyliśmy kości.

Miałeś czterdziestu żołnierzy. Nie przyszło wam nigdy na myśl, żeby zrobić to samo?
Nigdy. Tego nie należało robić. Mimo, że to bardzo dobry symbol. Nie poświęca się życia dla symboli. Nie miałem w tej sprawie wątpliwości. W każdym razie -przez dwadzieścia dni. Potrafiłem sam dać w mordę, jak ktoś zaczynał mi histeryzować. W ogóle wiele rzeczy potrafiłem wtedy. Stracić pięciu ludzi w walce i nie czuć wyrzutów sumienia. Położyć się spać, kiedy Niemcy drążyli dziury, żeby wysadzić nas w powietrze – wiedziałem po prostu, że my nie mamy tu nic do roboty. Dopiero jak poszli na obiad o dwunastej – myśmy szybko zrobili co trzeba, żeby się przedrzeć. Nie denerwowałem się -pewnie dlatego, że właściwie nic nie mogło się zdarzyć. Nic większego niż śmierć, zawsze chodziło przecież o śmierć, nigdy o życie. Być może tam wcale nie było dramatu. Dramat jest wtedy, kiedy możesz podjąć jakąś decyzję, kiedy coś zależy od ciebie, a tam wszystko było z góry przesądzone. Teraz, w szpitalu, chodzi o życi i za każdym razem muszę podejmować decyzję. Teraz się denerwuję znacznie bardziej.
I jeszcze coś potrafiłem. Powiedzieć chłopcu, który prosił mnie o adres po aryjskiej stronie: „Nie czas. Jeszcze za wcześnie.” Stasiek nazywał się… Widzisz, nie pamiętam nazwiska. „Marek (mówił) przecież jest TAM jakieś miejsce, dokąd mógłbym pójść…” Miałem mu powiedzieć, że nie ma takiego miejsca? Więc powiedziałem: „Jeszcze za wcześnie…”.

Czy zza muru widać było coś po aryjskiej stronie?
Tak. Mur sięgał tylko pierwszego piętra. Już z drugiego widziało się TAMTĄ ulicę. Widzieliśmy karuzelę, ludzi, słyszeliśmy muzykę i strasznie żeśmy się bali, że ta muzyka zagłuszy nas i ci ludzie niczego nie zauważą, że w ogóle nikt na świecie nie zauważy – nas, walki, poległych… Że ten mur jest tak wielki – i nic, żadna wieść nigdy się o nas nie przedostanie. Ale powiedzieli z Londynu, że Sikorski nadał pośmiertnie Krzyż Virtuti Militari Michałowi Klepfiszowi. Chłopakowi, który na naszym strychu zasłonił sobą karabin maszynowy, żebyśmy się mogli przedrzeć. Inżynier, dwadzieścia parę lat. Wyjątkowo udany chłopak. Odparliśmy atak dzięki niemu – i zaraz potem przyszli ci trzej z białą kokardą. Parlamentariusze. Tu stałem. Dokładnie tu, tylko brama była wtedy drewniana. Słupek betonowy był ten sam, barak, i chyba nawet te topole. Czekaj, dlaczego właściwie stałem zawsze z tej strony? Aha, bo z tamtej szedł tłum. Bałem się pewnie, żeby mnie nie zgarnęli. Byłem wtedy gońcem w szpitalu i to była moja praca: stać przy bramie na Umschlagplatzu i wyprowadzać chorych. Nasi ludzie wyławiali tych, których należało uratować, a ja ich, jako chorych, wyprowadzałem. Byłem bezwzględny. Jedna kobieta błagała, żebym wyprowadził jej czternastoletnią córkę, ale ja mogłem zabrać tylko jedną osobę, więc zabrałem Zosię, która była naszą najlepszą łączniczką. Cztery razy ją wyprowadzałem i za każdym razem z powrotem ją zgarniali. Kiedyś pędzili koło mnie ludzi, którzy nie mieli numerków życia. Niemcy rozdali te numerki i tym, którzy je otrzymali, obiecano przetrwanie. Całe getto miało wtedy jeden jedyny cel: zdobyć numerek. Ale później przyszli i po tych z numerkami. Z kolei ogłoszono, że mają prawo do życia pracownicy fabryk. Potrzebne tam były maszyny do szycia, ludziom zdawało się więc, że maszyny do szycia uratują im życie i płacili za nie każde pieniądze. Ale potem przyszli i po tych z maszynami. Wreszcie ogłosili, że dają chleb. Wszystkim, którzy się zgłoszą na roboty, po trzy kilo chleba i marmoladę. Słuchaj, moje dziecko. Czy ty wiesz, czym był chleb w getcie? Bo jak nie wiesz, to nigdy nie zrozumiesz, dlaczego tysiące ludzi mogło dobrowolnie przyjść i z chlebem jechać do Treblinki. Nikt przecież tego dotychczas nie zrozumiał. Tutaj rozdawali, w tym miejscu. Podłużne, rumiane bochenki sitka. I wiesz co? I ludzie szli, porządnie, czwórkami, po ten chleb, a potem do wagonu. Chętnych było tylu, że musieli w kolejce stać, dwa transporty dziennie trzeba było odprawiać do Treblinki – i jeszcze nie mogły pomieścić wszystkich, którzy się zgłaszali.
Owszem, my – wiedzieliśmy. Posłaliśmy w czterdziestym drugim roku kolegę, Zygmunta, żeby zorientował się, co się dzieje z transportami. Pojechał z kolejarzami z dworca Gdańskiego. W Sokołowie powiedzieli mu, że linia się rozdwaja, jedna bocznica idzie do Treblinki, codziennie jedzie tam pociąg towarowy załadowany ludźmi i wraca pusty, żywności nie dowozi się. Zygmunt wrócił do getta, napisaliśmy o wszystkim w naszej gazetce – i nie uwierzyli. „Oszaleliście?” mówili, kiedy próbowaliśmy ich przekonać, że to nie do pracy ich wiozą. „Posłano by nas na śmierć z chlebem? Tyle chleba zmarnowaliby?!” Akcja trwała od dwudziestego drugiego lipca do ósmego września 1942, sześć tygodni. Przez sześć tygodni stałem przy bramie. Tu, w tym miejscu. Odprowadziłem czterysta tysięcy ludzi na ten plac. Widziałem betonowy słupek, który teraz widzisz. W tej szkole zawodowej mieścił się szpital. Zlikwidowali go ósmego września, ostatniego dnia akcji. Na górze było kilka sal z dziećmi, kiedy Niemcy weszli na parter, lekarka zdążyła podać dzieciom truciznę. No widzisz, jak ty nic nie rozumiesz. Przecież ona uratowała je od komory gazowej, to było nadzwyczajne, ludzie uważali ją za bohaterkę. W szpitalu chorzy leżeli na podłodze, czekając na załadowanie do wagonu, a pielęgniarki wyszukiwały w tłumie swoich ojców i matki, i wstrzykiwały im truciznę. Tylko dla najbliższych tę truciznę chowały – a ona – ta lekarka – swój cyjanek oddała obcym dzieciom. Jeden tylko człowiek mógł powiedzieć głośno prawdę: Czerniaków. Jemu uwierzyliby. Ale on popełnił samobójstwo.To nie było w porządku: należało umrzeć z fajerwerkiem. Wtedy fajerwerk był bardzo potrzebny – należało umrzeć, wezwawszy przedtem ludzi do walki. Właściwie tylko o to mamy do niego pretensję.

My?
Ja i moi przyjaciele. Ci nieżyjący. O to, że uczynił swoją śmierć własną, prywatną sprawą.
My wiedzieliśmy, że trzeba umierać publicznie, na oczach świata. Różne mieliśmy pomysły. Dawid mówił, żeby się rzucić na mury – wszyscy, ilu nas zostało w getcie, przedrzeć się na stronę aryjską, usiąść na wałach Cytadeli, rzędami, jeden nad drugim, i czekać, aż gestapowcy obstawią nas karabinami maszynowymi i rozstrzelają po kolei, rząd za rzędem. Estera chciała podpalić getto, żebyśmy wszyscy spłonęli razem z nim. ,,Niech wiatr rozniesie nasze popioły” mówiła, ale wtedy to nie brzmiało patetycznie, tylko rzeczowo. Większość była za powstaniem. Przecież ludzkość umówiła się, że umieranie z bronią jest piękniejsze niż bez broni. Więc podporządkowaliśmy się tej umowie. Było nas wtedy w ŻOB-ie już tylko dwustu dwudziestu. Czy to w ogóle można nazwać powstaniem? Chodziło przecież o to, żeby się nie dać zarżnąć, kiedy po nas z kolei przyszli. Chodziło tylko o wybór sposobu umierania.”

Fragment książki Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem

Latem 1942 r. Niemcy przeprowadzili tzw. wielką akcję likwidacyjną utworzonego w 1940 r. getta. Wywieźli do obozu zagłady w Treblince prawie 300 tys. Żydów. 19 kwietnia 1943 r. dwa tysiące Niemców wkroczyło do getta, by je ostatecznie zlikwidować. Napotkali jednak na opór nielicznych, słabo uzbrojonych powstańców, którzy przez kolejny miesiąc walczyli w ruinach systematycznie niszczonego getta. Powinniśmy o nich pamiętać.

Akcja Żonkile

19 kwietnia Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN już po raz szósty organizuje akcję społeczno-edukacyjną Żonkile, w ramach której rekordowa dotychczas liczba prawie 2000 wolontariuszy będzie rozdawać na ulicach Warszawy papierowe żonkile-przypinki – symbol pamięci o powstaniu w getcie.

– Jak co roku Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN organizuje akcję społeczno-edukacyjną Żonkile. Akcja ta upamiętnia wybuch powstania w getcie warszawskim w kwietniu 1943 roku. To wydarzenie jest ważne nie tylko w historii Warszawy, ale w historii całej Polski i Europy. Zapraszamy wszystkich do uczczenia pamięci o nim w symboliczny sposób, nosząc 19 kwietnia żółty żonkil. Niech łączy nas pamięć 
prof. Dariusz Stola dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN

Dlaczego akurat żonkile? Wiąże się to z postacią Marka Edelmana, ostatniego dowódcy Żydowskiej Organizacji Bojowej, która razem z  Żydowskim Związkiem Wojskowym zorganizowała powstanie. Edelman był jednym z nielicznych ocalałych bojowców i po wojnie, w rocznice powstania, składał pod Pomnikiem Bohaterów Getta bukiet żółtych kwiatów. Muzeum POLIN kontynuuje tę tradycję, rozdając 19 kwietnia tysiące papierowych kwiatów i ulotki informujące o powstaniu. Nosząc żonkile pokazujemy, że łączy nas pamięć o tych, którzy zginęli w walce o godność.

Nie możemy w żaden sposób zmienić przeszłości, ale możemy dbać o pamięć mieszkańców Warszawy, którzy walczyli o wolność, godność i życie podczas powstania w getcie warszawskim. Pamięć to właściwie wszystko co zostało po tych ludziach. Dlatego nie mogło nas zabraknąć podczas akcji Żonkile każdego 19 kwietnia. W trakcie akcji poznaliśmy wspaniałych ludzi, wolontariuszy, którzy podobnie myślą i odczuwają. Taka wspólnota dobrych ludzi, których ze świecą szukać w obecnych czasach. Bez wątpienia możemy ich nazwać naszą drugą rodziną. Największą wartością akcji Żonkile jest właśnie ta powiększająca się wspólnota wolontariuszy, którzy pamiętają i którzy nie dają zapomnieć –
 Ania i Janek Goliasz, wolontariusze akcji Żonkile

W tym roku do grona jej Ambasadorów dołączyli: Maja Komorowska, Katarzyna Nosowska, Zofia Wichłacz, Radzimir Dębski i Dawid Ogrodnik.

– Tylko pielęgnując pamięć o przeszłości możemy zagwarantować sobie bezpieczne schronienie przed powielaniem tragicznych doświadczeń, które stały się udziałem naszych przodków 
Katarzyna Nosowska

Urodziłam się na Muranowie, tutaj wychowałam się i dorastałam. Historia tej dzielnicy jest dla mnie szczególnie ważna. Mam poczucie, że dzięki akcji Żonkile organizowanej przez Muzeum POLIN, historia ta może dotrzeć do jeszcze większej liczby ludzi. To szalenie ważne, żeby pamiętać o powstaniu w getcie warszawskim
i przede wszystkim, odnosić się do tego wydarzenia z szacunkiem –
Zofia Wichłacz

Tegoroczna akcja społeczno-edukacyjna Żonkilezostała objęta Patronatem Narodowym Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy w Stulecie Odzyskania Niepodległości oraz patronatem honorowym Ministra Edukacji Narodowej. Do akcji włączają się – jak co roku – szkoły, biblioteki i inne instytucje z całej Polski, organizując różne działania wpisujące się w obchody 75. rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim.

Koncert Łączy nas pamięć

O godz. 20.00 obchody rocznicy powstania zwieńczy organizowany przy Pomniku Bohaterów Getta koncert Łączy nas pamięć. Wystąpią Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach i Chór Filharmonii Narodowej. W programie koncertu celowo m.in. IV część IX symfonii Ludwiga van Beethovena. Jesienią 1940 roku przebywający w getcie warszawskim muzycy powołali do życia Żydowską Orkiestrę Symfoniczną. Wśród jej członków znaleźli się artyści pracujący przed wybuchem II wojny światowej m.in. w Filharmonii Narodowej i Orkiestrze Polskiego Radia. Mimo zakazu grania muzyki nieżydowskich kompozytorów, Żydowska Orkiestra Symfoniczna wykonywała utwory Beethovena, Czajkowskiego, Schuberta czy Mozarta. W kwietniu 1942 r. władze niemieckie zawiesiły działalność Orkiestry. Mimo to muzycy pracowali dalej, w ukryciu. Latem 1942 Orkiestra, wspólnie z 80-osobowym Chórem Szir (hebr. Pieśń) rozpoczęła próby do IX Symfonii Ludwiga van Beethovena. Tekst Ody do radościz IV części Symfonii miał być zaśpiewany po hebrajsku. Muzycy Żydowskiej Orkiestry Symfonicznej i Chóru Szir nie traktowali muzyki Beethovena jako wytworu kultury niemieckiej. Jego muzyka była częścią ich muzycznego świata przed wojną – a także ich artystycznej tożsamości. Wykonanie IX Symfonii w getcie mogło być formą protestu przeciw barbarzyństwom nazizmu, przymusowemu zamknięciu za murami getta i symbolicznemu wykluczeniu Żydów z człowieczeństwa. Do koncertu niestety nie doszło. 22 lipca 1942 roku Niemcy rozpoczęli Wielką Akcję Deportacyjną z warszawskiego getta. W ciągu następnych tygodni ponad 300 tysięcy więźniów, w tym niemal wszyscy artyści Żydowskiej Orkiestry Symfonicznej i Chóru Szir, zginęli w obozie zagłady w Treblince.

19 kwietnia – w 75. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim – będzie wyjątkowym momentem na dokończenie tego, co zaczęła Orkiestra pod batutą Szymona Pullmana i Chór prowadzony przez Izraela Fajwiszysa. W drugiej części koncertu Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach wykona premierowo utwór Radzimira Dębskiego (JIMKA) napisany specjalnie na 75. rocznicę powstania w getcie warszawskim. Koncert Łączy nas pamięć finansowany jest ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce.

źródło materiały prasowe Muzeum Żydów Polskich Polin

1 2