Sylwia Zarzycka: Człowiek ma w sobie wielką moc

To nasze pierwsze spotkanie w cztery oczy, chociaż rozmowa już druga. Kilka lat temu pisałam o Fundacji Między Niebem a Ziemią i wymieniłyśmy wtedy krótkie maile.

Pamiętam. Dzisiaj przyjechała Pani specjalnie dla mnie?

Tak.

Bardzo mi miło.

Ja również się cieszę. Tak swoją drogą bardzo Pani pasuje ten blond.

Poważnie? Dziękuję. Zmieniłam jakiś czas temu.

Powinnam to zrobić już na początku spotkania – gratuluję nagrody Manager Award 2017, za prowadzenie Fundacji Między Niebem a Ziemią.

Ostatnio ciągle mnie nagradzają, choć zupełnie się tych nagród nie spodziewałam. To dla mnie ważne, że ludzie doceniają moją pracę dla Fundacji. Dziękuję bardzo.

Kiedy jechałam dziś do Pani biłam się z myślami, że ta nasza rozmowa będzie bardzo smutna…

Smutna? Dlaczego? Na pewno nie!

Pani zawsze powtarza, że pomaganie chorym dzieciom i ich rodzinom to Pani pasja. Z tym, że pasja przywodzi na myśl zazwyczaj radość i daje przyjemność. Pani pasja jest raczej bolesna i właśnie smutna.

To nie jest do końca tak. Pomaganie jest czymś bardzo budującym i daje mi niezwykle dużo satysfakcji. Nie jest w żaden sposób destrukcyjne. Rzeczywiście tematy, które podejmujemy jako Fundacja są smutne. Roztaczanie opieki nad bardzo ciężko chorymi dziećmi i dziećmi, które umierają nie jest…

… łatwe?

Nie jest. Od początku istnienia Fundacji odeszło od nas sześcioro dzieci, w tym roku już dwójka. Dla człowieka osadzonego w dzisiejszym świecie to nie jest normalne. Zresztą chyba nigdy nie było, ale współcześni ludzie na potęgę wypierają śmierć i choroby. Nie chcą o tym rozmawiać, ani myśleć.

To strach?

Widzę go w oczach innych, kiedy nieraz chcę poruszyć te tematy. Ludzie boją się śmierci. Ja podchodzę do tych kwestii w sposób naturalny. Może dlatego, że sama przeszłam ciężką chorobę i obrosłam pancerzem, który daje mi łatwość obcowania i zrozumienia. Przecież, czy jesteś biedny czy bogaty, czy codziennie rano gnasz krowy na pastwisko w małej miejscowości, czy pędzisz do pracy najnowszym BMW choroba nie selekcjonuje. Może spotkać każdego. Śmierć natomiast, jest dla mnie jeszcze bardziej naturalna niż choroba. Brzmi strasznie?

Trochę dziwnie się poczułam, przyznaję.

Większość osób tak reaguje. Ale ja mam dużą świadomość istnienia i w naszym życiu, gwarantuję Pani, nie ma nic bardziej pewnego niż śmierć. Ja tę śmierć oswoiłam. Nigdy nie bałam się o niej rozmawiać, chociaż wiem, jaki ładunek emocjonalny niesie.

Z tym, że śmierć jest czymś naturalnym wtedy, gdy człowiek rodzi się, żyje i umiera, kiedy jest stary. Ale śmierć dzieci i ich choroba są chyba wynaturzeniem?

Nie nazwałabym tego wynaturzeniem. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie dlaczego dzieci chorują i umierają. Myślę, że na pewne tematy nie ma jasnej odpowiedzi i człowiek nie jest w stanie ich uzyskać. W Fundacji część naszych podopiecznych urodziło się z wadami, ale są też takie i to są chyba najtrudniejsze przypadki, kiedy dziecko wspaniale się rozwijało przez kilka lat, a później coś zaczęło się dziać i nagle ten mały roześmiany człowiek cofnął się zupełnie w rozwoju i przestał chodzić, mówić… Przecież one pamiętają jak biegały, bawiły się z rówieśnikami, a teraz leżą. No i dlaczego?

Dlaczego?Sylwia Zarzycka, dojrzała, świadoma kobieta, prawnik, założycielka Fundacji Między Niebem a Ziemią. Na zdjęciu skupiona i poważna.

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Rozmawiałam z duchownymi, księżmi, pastorami i buddystami. Każdy przyjmuje własną wersję, która pozwala mu to w pewnym stopniu zrozumieć, ale jedno wytłumaczenie nie istnieje. Począwszy od teorii katolickich duchownych, skończywszy na tych wysnuwanych przez lamów buddyjskich nie sposób znaleźć uniwersalnej odpowiedzi. Ja uważam, że na świecie istnieją zjawiska i sprawy, które muszą pozostać dla nas niewiadomą.

Iks w równaniu zwanym życiem.

Tak, ale to, że czegoś nie wiem nie znaczy, że sobie tego po swojemu nie tłumaczę. Uważam, że Ci, którzy doświadczają czegoś w życiu, przechodzą różne ciężkie i bolesne przeżycia, rozwijają się dzięki temu. Pewnie Pani sama o tym wie.

Lekcja od życia.

Kiedy idzie nam jak z płatka, mamy pieniądze pozwalające na luksusy, mamy możliwość zwiedzania świata, jesteśmy zdrowi i możemy o to zdrowie dbać to wtedy bardzo często stoimy w miejscu, nie rozwijamy się. Często stajemy się próżni i dopada nas wewnętrzna pustka, którą niektórzy zapełniają popadając w różne nałogi. Wypełniamy Internet zdjęciami z wakacji, przepełniamy garderobę kosztownościami, a garaż luksusowymi autami, ale nie mamy bogactwa. Ani wewnętrznego, ani duchowego. To właśnie trudne sytuacje jakie los na nas zsyła odkrywają przed nami prawdziwe życie. Proszę sobie wyobrazić jaki byłby świat, gdyby składał się tylko z pięknych i zdrowych ludzi! I nie byłoby chorób, biedy, smutku, nic, tylko dobra i luksusy. Ludzie byliby wtedy bardzo płytcy….

I te choroby mają być antidotum?

One nas na pewno uwrażliwiają, wzbogacają, wartościują życie. Ja sama przez pewien czas byłam zaprogramowana. Chodziłam do pracy, zarabiałam pieniądze, wracałam do domu i zajmowałam się domem. Potem chodziłam do pracy, zarabiałam pieniądze, wracałam do domu i zajmowałam się domem. I tak non stop.

Teraz jest inaczej?

Porównując siebie teraz i tą sprzed dziesięciu lat, uważam, że wtedy byłam już prawie robotem. Dopiero, gdy zaczęłam działać w Fundacji ta moja uśpiona wrażliwość na nowo eksplodowała i zaczęłam jako człowiek, w całości, ewaluować.

Z tym, że pewnie rodzice tych chorych dzieci woleliby mieć zdrowego syna lub córkę.

Tak. Na pewno. Oddaliby za to wszystko. Oni często tego nie widzą, ale ja obserwując ich z boku wiem jacy to wspaniali ludzie, empatyczni, silni w swoim człowieczeństwie, będący blisko prawdziwego życia. To oni noszą w sobie wrażliwość tego świata. A dlaczego są to te konkretne osoby, a nie inne? Być może są oni wybrani? To może być rodzaj łaski, błogosławieństwa.

Inni powiedzieliby, że tacy rodzice „mają przechlapane”.

Większość osób tak myśli i nigdy nie chciałaby znaleźć się w ich sytuacji. Ale, wie Pani, jaką my ostatnio przyjęliśmy wspaniałą rodzinę pod opiekę naszej  Fundacji? W większości rodzin chore dzieci się rodzą, a ta nasza nowa rodzina  w pełni świadomie i z pełną odpowiedzialnością zaadoptowała bardzo ciężko chorego Oktasia, którego biologiczna mama zostawiła w szpitalu.

I to są cuda na ziemi.

Mimo, że ich życie zmieniło się bez reszty, oni sami mówią o Oktasiu, że to ich dar od Boga. Mieli przecież zdrową córeczkę, ktoś by pomyślał czego chcieć więcej. A oni zaadoptowali chore dziecko, które nie mówi, nie siedzi, nie chodzi. My też mamy przecież dzieci i one są pewnym ograniczeniem, bo jesteśmy za nie odpowiedzialni, ale wciąż pozostajemy wolni. Oni teraz jeżdżą tylko do szpitala i na rehabilitację, tak ciągle, ale to był ich świadomy wybór. Oni mówią dar. Ja nazywam to łaską.
Wiem, że wiele osób czytając tę rozmowę może pomyśleć, że łatwo mi tak mówić, ponieważ sama nigdy nie przeżyłam choroby czy śmierci własnego dziecka. Nie wiem jak reagowałabym będąc w takiej sytuacji, ale wiem, że śmierć to trudne doświadczenie. Będąc dwudziestoletnią dziewczyną wchodzącą w dorosły świat straciłam tatę. To była duża trauma.

Bardzo mi przykro.

Natomiast teraz, będąc dojrzałą kobietą, kiedy kilka lat temu czekałam na wyniki i przez pewien czas nie wiedziałam co ze mną będzie…

Wtedy się Pani bała?

Dzisiaj nie pamiętam już tych uczuć. Choroba była dla mnie dużym zaskoczeniem, ponieważ ja przez całe życie byłam zdrowa. Chyba to był strach. Tak, strach… Bo ja tak strasznie chciałam żyć i wydawało mi się, że za szybko na odchodzenie, że mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia w swoim życiu. Dziś spokojniej i bardziej świadomie podchodzę do tematu śmierci. Wiem, że każdy z nas prędzej czy później odejdzie. Po co udawać, że śmierci nie ma? Po co udawać niezniszczalnych? Myślę, że przerobiłam te kwestie w trakcie swojej choroby i później.

Przecież wszyscy dookoła mogą chorować, ale nie ja.

Tak mi się kilka lat temu wydawało. Aż mnie to spotkało. W tym roku organizowałam spotkanie dla ojców nieuleczalnie chorych dzieci, podopiecznych Fundacji. Było też kilku, których dzieci już odeszły . Oni mówili o tym co ich spotkało i płakali. Ja powiedziałam jedną rzecz: „Słuchajcie, nie wiem dlaczego wasze dzieci chorują i dlaczego tak szybko odchodzą, ale wiem jedną rzecz, każdy z nas odejdzie i wierzę, że się z nimi spotkacie.”

To wiara od Boga?

Od niedawna jestem osobą wierzącą. Być może to mi pomaga.

Od niedawna?

Tak, można powiedzieć, że się nawróciłam. Kiedy byłam młodą dziewczyną  bardzo wierzyłam, ale potem w moim życiu była duchowa pustka. Dziś, kiedy na nowo wierzę, głębiej rozumiem, że śmierć wcale nie jest końcem wszystkiego, lecz początkiem czegoś nowego. Czas na ziemi jest krótkim epizodem…

…a przed nami cała wieczność.

Śmierć to granica, którą przekraczamy na drodze do nowego życia. A wracając do tej mojej pasji, to są trudne sprawy, ale niosą niewyobrażalnie silną satysfakcję z tego, że się innym pomaga. Bo cierpienie dzieci jest trudne, ale to, że Fundacja może im pomóc niesie wielką siłę. Nasi podopieczni mówią, że dzięki nam mają po prostu poczucie bezpieczeństwa. Często przez długi czas o nic nie proszą, ale najważniejsze jest to, że mają ten azyl, skąd zawsze otrzymają wsparcie.

To wielka wartość. Na zdjęciu uśmiechnięta Sylwia Zarzycka- prawnik i założycielka Fundacji Między Niebem a Ziemią.

Oni nam o tym mówią. To mnie bardzo motywuje do działania. Żadna praca nigdy nie dała mi tyle satysfakcji, ile praca w Fundacji. Kiedy jadę do rodziny, gdzie jest chore dziecko i patrzę na tę jego niemoc, zawsze później czuję się dotknięta prawdziwym życiem. Patrzę na tych ludzi, którzy mimo cierpienia, są tak blisko życia. Właśnie oni. Oni dotykają życia. I mam wtedy wrażenie, że my wszyscy, którzy całe dnie tylko pracujemy, jesteśmy oderwani od życia. Większość czasu siedzimy przed komputerem i rzeczywistość umyka nam za monitorem laptopa. A to właśnie tam się dzieje życie.

Fundacja sprowadza Panią na ziemię?

I za to uwielbiam tę pracę.

A ja Panią podziwiam i dlatego też dzisiaj rozmawiamy.

Gdybym tej pracy nie lubiła, nie byłabym w stanie pomagać na taką skalę. Kiedyś, ktoś powiedział mi: „Ja strasznie Pani współczuję takiej pasji.” A ja  współczuję ludziom, którzy tak podchodzą do życia. Dzisiaj dotykam dwóch światów. Swojego środowiska zawodowego, prawników i biznesmenów, którzy pomagają naszym podopiecznym oraz świata fundacyjnych rodzin, gdzie pieniądze są na wagę złota, a wszystko co mają przeznaczają na leczenie swoich pociech i żyją naprawdę biednie.

Co trzeba powiedzieć tym pierwszym, aby zechcieli pomóc?

Ja już się nauczyłam jednej rzeczy: nie wszyscy chcą pomagać, nie wszyscy mają taką chęć czy taką potrzebę. Na początku odbierałam każdą odmowę bardzo osobiście, ale teraz to szanuję. Nie każdy musi być filantropem. Nie potępiam nikogo  i nie oceniam, a kiedy czuję, że ktoś nie chce – odpuszczam. Nie naciskam, to nie ma sensu. Często jednak jest tak, że gdy ktoś doświadczy czegoś bolesnego, trudnego, dopiero wtedy docenia wartość pomagania. Wiele osób w takich momentach budzi się, uwrażliwia, dostrzega pewne rzeczy.

Ale więcej niż tych, którzy odmawiają jest tych, którzy chcą pomagać.

Tak, a ja wcale nie robię nic szczególnego. Tylko opowiadam o Fundacji, o tym co robimy i komu pomagamy. Kręcimy również  filmiki, które są pokazywane na aukcjach, o naszych rodzinach. To, że ta pomoc jest bardzo zindywidualizowana jest naszym atutem i ma duże znaczenie dla naszych darczyńców. Ja osobiście znam prawie wszystkie rodziny, każde chore dziecko, wiem, czego potrzebują, przyjaźnimy się. Ta pomoc nie jest anonimowa. Po drugie, ludzie mówią mi, że doceniają moje własne zaangażowanie w pomoc. Niektórzy się dziwią: „Ale po co Ty to robisz? Nie musisz przecież jeździć do tych rodzin, przebywać z nimi, spędzać czas, organizować spotkania.” A ja właśnie bardzo to lubię i po prostu chcę to robić. Robię to z potrzeby serca i myślę, że ludzie, którzy nam pomagają – czują to.

Kiedy tak rozmawiamy dociera do mnie, ile chorych dzieci znam w swoim otoczeniu, chociaż nigdy o tym nie myślałam. Rodzina, przyjaciele, sąsiedzi. To naprawdę istnieje.

Do momentu, gdy  nie zaczęłam prowadzić Fundacji również nie zdawałam sobie sprawy, ile chorych dzieci jest wokół mnie. Byłam na to ślepa, nie zauważałam tego. I każdy chyba tak ma. Dopóki sami nie mamy z czymś doczynienia, nie dostrzegamy, że to istnieje.  Fundacja otworzyła mi oczy. Wtedy też pomyślałam: „Jestem szczęściarą.” Doceniłam wszystko, co mam i chciałam dzielić się z innymi tym, co robię, aby oni również mogli poczuć radość z pomagania.

Dzięki Fundacji droga tych dzieci do nieba staje się łatwiejsza.

Kiedyś ktoś mnie zapytał: „Jaki jest sens pomagać takim dzieciom, które wiadomo, że zaraz umrą? Chyba lepiej pomagać tym, którzy mogą wyzdrowieć i normalnie żyć, a Twoi podopieczni skazani są na wczesną śmierć”. Wtedy odpowiadam, że przecież oni ciągle żyją.

Chyba nie potrzeba więcej słów.

Przecież to są ludzie. Tacy jak my. Ich nie można zostawić. Rodzice tych dzieci, nawet w krytycznych sytuacjach, mówią mi, że dzięki Fundacji mogą godnie żyć. Mówią, że dzięki nam mogli rehabilitować swojego synka i on mniej cierpiał. My pomagamy, aby chore dzieci nie cierpiały i mogły godnie żyć, nawet, a może w szczególności gdyby miały wkrótce odejść. Chociaż niejednokrotnie ich nie wyleczymy, ale pomagamy im znosić to, z czym każdego dnia się zmagają, łagodniej, bardziej bezboleśnie.

Kiedyś powiedziała mi Pani, że między niebem a ziemią to przestrzeń dla nas niedostępna. Że jest to miejsce tych właśnie dzieci. Pani zna tą przestrzeń z obserwacji. Jest tam smutno?

Nie! Skądże znowu! Chociaż sama jeszcze rok temu kiedy pierwszy raz odwiedziłam bardzo ciężko chorego Kubusia wyrwało mi się „Ojej, jaki biedulek.” Po czym jego mama odparła „Jaki biedulek?!”. Wtedy coś zrozumiałam. Te chore dzieci są po prostu uwięzione w ciele, a człowiek to nie jest tylko ciało, ale przede wszystkim to, co żyje w nas, w środku. Niektórzy nazywają to duszą, inni nazywają to umysłem, jeszcze inni jakąś iskierką. I to jest człowiek. Ciało w przypadku tych dzieciaków jest ograniczeniem. Nam daje różne możliwości, im odmówiło posłuszeństwa. A rodzice bez względu na to, w jak ciężkim stanie są ich pociechy zawsze odpowiedzą, że one wszystko rozumieją i czują. Oni pozawerbalnie się porozumiewają. Dla kogoś takie dziecko może „tylko leżeć”…

…a ono żyje.

Ostatnio jeden z fundacyjnych ojców powiedział mi: „Ja nie widzę w naszej Julci chorego dziecka. To jest moja śliczna, kochana córeczka.” Te dzieciaki po prostu zniewoliło ich ciało. Proszę spojrzeć, jeśli my długo kogoś znamy, jesteśmy z kimś, to nie musimy niekiedy nic mówić, albo ta druga osoba nie musi mówić, abyśmy mogli poznać co czuje, bądź co myśli. To jest wspaniałe i to samo dotyczy również tych dzieci i ich rodziców. Chociaż one nie potrafią powiedzieć, wskazać, ani dotknąć tego, czego potrzebują- ze swoimi rodzicami komunikują się bez tych wszystkich słów i gestów.

Tak bardzo nam niezbędnych.

Tak. One wszystko czują, chociaż nie są w stanie wydusić z siebie słowa. W Fundacji tylko jedna nasza dziewczynka mówi. Nasi podopieczni nie są też w stanie jeść, pokarmy mają bardzo często podawane bezpośrednio do żołądka. Ale oni wszyscy żyją. I wierzę, że marzą i mają kolorowe sny.

Tą wiarą potrafi Pani zarażać. To jest Pani siła.

Miałam w Fundacji ciężkie pierwsze dwa lata. Bardzo wewnętrznie przeżywałam każdą historię, płakałam. Ale w końcu zdałam sobie sprawę, że jeśli chcę pomagać, to muszę przestać płakać. Bo co to jest za wsparcie jak się do kogoś przychodzi i ryczy? Muszę być pozytywna. Chcę i właściwie taka zawsze byłam, pozytywna i optymistyczna – to bardzo pomaga w tak trudnej pracy. Czasami ludzie popłaczą nad losem chorego dziecka i na tym się kończy. Ale też nie mogę powiedzieć, że mnie historie tych dzieciaków zupełnie nie obciążają. Niekiedy są momenty bardzo trudne i wyczerpujące. Ale, jakkolwiek brzydko to zabrzmi, ja się troszkę uodporniłam.

Często mówi się, że jak np. lekarze się uodpornią to dopada ich znieczulica i mają pacjenta w nosie.

Mnie raczej znieczulica nie grozi. Natomiast to, że staram się nie rozczulać i nie płakać powoduje, że mogę skuteczniej pomagać. Kiedy odwiedzam podopiecznych staram się nastrajać ich optymistycznie i podnosić na duchu. Oni lubią gdy ich odwiedzam. Niekiedy jest prawdziwa uczta – obiad, słodkości. Te spotkania są dla nich świętem, w szczególności dla tych, których od lat już nikt nie odwiedza, o których ludzie zapomnieli.

Optymistka.

Zawsze taką byłam.

A ta wewnętrzna siła?

Ona przyszła do mnie z czasem. Chociaż myślę, że zawsze ją w sobie miałam, ale nie taką jak teraz. Wiele rzeczy sprawiło, że stałam się silna, wszystkie moje doświadczenia życiowe. Ja nawet w czasie choroby, gdy już otrząsnęłam się z pierwszego szoku, wierzyłam, że wszystko będzie dobrze i planowałam co robić, jak wyjść z choroby. Trudne doświadczenia zawsze bardzo nas wzmacniają. Ja staram się patrzeć zawsze do przodu, a działalność Fundacji bardzo mi to ułatwia.

Czuję teraz takie wibrujące ciepło. To od Pani.

Spotykając się z chorymi dziećmi trzeba wnosić ze sobą dobrą energię, radość, uśmiech. Nie rozumiem dlaczego ludzie tak często patrzą na te dzieci z żalem i ze smutkiem. Owszem, one przez swoją chorobę bardzo wiele tracą, takie normalne – w naszym pojęciu – życie, ale ja wierzę, że one są bardzo szczęśliwe. Dostają ogrom miłości od swoich rodziców, bliskich, a niekiedy od całkiem obcych ludzi. Te dzieci przede wszystkim jednak są nauczycielami dla innych – cierpliwości, siły, miłości.

A to przecież nie jest zwykła miłość.Na zdjęciu piękna, spełniona kobieta, Sylwia Zarzycka, założycielka Fundacji Między Niebem a Ziemią.

Każdy z rodziców powtarza, że miłość do chorego dziecka jest zupełnie inna niż ta do zdrowego. To najpiękniejsza miłość krążąca w świecie. Ja też tak uważam.

Bezinteresowna i niewymagająca.

Dokładnie. My przecież często mamy oczekiwania w stosunku do swoich dzieci. Żeby się dobrze uczyły, miały same piątki, mówiły w kilku językach. W stosunku do chorego dziecka nie ma żadnych oczekiwań. Dla tych rodziców największym szczęściem jest uśmiech ich dzieci.

Okropny żal, że tak wcześnie zostawiają po sobie jedynie wspomnienia.

Zakładając Fundację byłam świadoma, że przyjdzie mi się spotkać ze śmiercią. Ale do momentu, gdy nie odeszło pierwsze dziecko, chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to trudne dla rodzin tych dzieci. Gdy zmarł Kubuś, pierwszy nasz podopieczny, doszło do mnie, że to się dzieje, tu i teraz. I, że to się będzie naprawdę zdarzało w naszej Fundacji. Później odeszło drugie, trzecie, czwarte, piąte i szóste dziecko…

Niesprawiedliwy los?

Nie. Taka jest kolej rzeczy. Każdy z nas odejdzie. Prędzej czy później. Ja nie wiem dlaczego ludzie tak mówią. Nie potrafię sobie w ogóle wyobrazić idealnego świata. Czym to właściwie miałoby być? Wszyscy mieliby wszystko? Prędzej czy później okazałoby się to totalną degrengoladą. Świat idealny wcale nie byłby dobry.

Potrzeba by niezłomnych charakterów, żeby ludzie pozostali ludźmi.

Dziś, ci, którzy dysponują większymi finansami mają chociaż możliwość, żeby pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują. To generuje pewną równowagę w świecie. Choć z drugiej strony, aby pomagać nie potrzebne są pieniądze tylko dobre serce. Niekiedy ci, którzy naprawdę dużo posiadają, nie lubią oddawać, a ci którzy mają niewiele oddadzą swój ostatni grosz. Nie przemawiają do mnie komentarze w stylu: ”Boga nie ma, bo gdyby był to nie istniałoby zło tego świata.” Do pewnych sytuacji ludzie sami doprowadzają- przemoc, terroryzm, wojny.

Człowiek może wyrządzić wiele krzywd, ale też dać dużo dobra.

Człowiek ma w sobie wielką moc. Dziś żyjemy w komfortowym świecie, możemy spełniać marzenia, realizować się. W życiu ciężko pracując można naprawdę bardzo wiele osiągnąć.

Pomaganie było sposobem na uzdrowienie własnej duszy?

Ja tak do tego nie podchodziłam. Nie potrzebowałam takiego rodzaju oczyszczenia, ale z czasem tak się właśnie stało. Kiedy widzimy staruszkę, która potyka się i upada, pomagamy jej wstać. To jest normalny odruch. Tak też było w przypadku Fundacji – poznałam chore dziecko, jego mamę, bardzo skromne mieszkanie i od razu wykonałam jeden telefon, drugi, trzeci. Przecież im trzeba pomóc! A jak już zarejestrowałam Fundację w KRS-ie to wtedy zaczęłam na poważnie się zastanawiać, co dalej robić. Przecież muszę zacząć działać. Ale to były impulsy. Z czasem dopiero odkryłam jak wielką moc ma pomaganie innym, jaką niesie wartość i jak intensywnie nas samych uzdrawia. Na początku tego nie wiedziałam. I chociaż cały czas, w życiu, uczę się twardości i konsekwencji, odkopałam w sobie ogromne pokłady wrażliwości.

Spoczywa na Pani odpowiedzialność za te rodziny?

Odpowiedzialność bardziej czuję w stosunku do darczyńców, aby dobrze spożytkować środki przez nich przekazywane. A w stosunku do rodzin fundacyjnych? Odpowiedzialność chyba nie jest dobrym słowem. Ja im po prostu chcę pomagać. Oni bardzo na mnie liczą i dzięki Fundacji zmieniło się życie wielu rodzin. Wiem na pewno, że nigdy nie zostawię pracy w Fundacji.

I taki człowiek jak Pani jest pięknem tego świata.

Nie uważam się za nikogo wyjątkowego. Robię to, co lubię.

Kocha Pani życie?

Uwielbiam życie i ludzi. Czasami też załapuje doły i zaliczam różne wpadki, jak każdy, ale chcę się cieszyć każdym dniem. Wcale nie jestem chodzącym ideałem, który pomaga innym i jest obdarzony nadprzyrodzoną mocą. Jestem normalnym człowiekiem. Lubię swoją codzienność, kocham swojego syna, który jest taki cudowny i śmieszny. Dzieci są w ogóle cudem życia i żałuję, że nie mam ich więcej.

Wierzy Pani w Anioły?

Wierzę. Tak, myślę, że są, czuwają nad nami i roztaczają skrzydła swojej opieki. Wielu ludzi jest takimi Aniołami dla innych.

To bardzo kojące co Pani mówi. Będzie mi się dobrze wracało do domu.

A o której odjeżdża pociąg?

Za 45 minut.

Spokojnej podróży. Mam nadzieję, że ta rozmowa nie była taka smutna, jak Pani myślała jadąc do mnie…

Rozmawiała: Ola Grądzka
Zdjęcia: Bartek Sadowski

1 2 3